Zwycięska męczarnia z Florą – Legia górą w pierwszym meczu!

Share on facebook
Share on twitter
2021.07.21 Warszawa
Pilka nozna II runda eliminacji Ligi Mistrzow UEFA Liga Mistrzow 2021/2022
Legia Warszawa - FC Flora Tallin
N/z Bramka gol radosc Bartosz Kapustka Tomas Pekhart Luquinhas
Foto Lukasz Sobala / PressFocus

2021.07.21 Warszawa
Football UEFA Champions League 2021/2022 Second Qualifying Round
Legia Warsaw - FC Flora Tallinn
Bramka gol radosc Bartosz Kapustka Tomas Pekhart Luquinhas
Credit: Lukasz Sobala / PressFocus

Legia Warszawa pokonała 2-1 Florę Tallinn w pierwszym spotkaniu II rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Samo spotkanie było przeciętne, żeby nie powiedzieć – słabe. Ekipa Czesława Michniewicza ostatecznie wygrała i jest w lepszej sytuacji przed rewanżem.

Legia Warszawa po wyeliminowaniu norweskiego Bodo/Glimt trafiła na estońską Florę Tallinn. Umówmy się – mistrz Estonii to nie jest drużyna ze europejskiego topu. Kapitanem rywali jest Konstantin Vassiljev, czyli były piłkarz m.in. Jagiellonii Białystok i Piasta Gliwice. Dziś jednak popularny ,,Kosta” ma 36 lat i szczyt formy za sobą. Innymi piłkarzami, których mogą kojarzyć kibice ekstraklasy, są Henrik Ojamaa (były piłkarz m.in. Warszawa, Widzewa Łódź czy Miedzi Legnica) czy Ken Kallaste (były gracz m/in. Korony Kielce, Górnika Zabrze oraz GKSu Tychy). Mistrz Estonii jest w trakcie sezonu ligowego – zajmuje drugie miejsce w tabeli, choć ma dwa mecze zaległe. Drużyna Czesława Michniewicza podchodziła do meczu po porażce w Superpucharze Polski z Rakowem Częstochowa.

Spotkanie dobrze rozpoczęli gospodarze, ponieważ prowadzili już od trzeciej minuty. Bartosz Kapustka rozpoczął rajd z piłką przez kilkadziesiąt metrów, uderzył z okolic 16. metra i zdobył bramkę dającą prowadzenie. I to wszystko na oczach selekcjonera reprezentacji Polski, Paulo Sousy. Niestety, Kapustka, podczas celebracji tej bramki, nabawił się kontuzji i musiał po chwili opuścić boisko. Z jednej strony kuriozalna sytuacja, która idealnie wpasowuje się w klimat naszej ligi, a z drugiej, dlaczego miał się nie cieszyć? Wyszło dosyć niefortunnie, miejmy nadzieję, że to nic poważnego, bo szkoda by było, gdyby wypadł na dłuższy czas.

Kolejne minuty to przewaga warszawskiej Legii. Piłkarze Czesława Michniewicza utrzymywali się przy piłce i próbowali grać atakiem pozycyjnym. Taktyka Flory skupiała się na bronieniu i próbie kontrataków. Ataki Legii przyniosły okazje Andre Martinsa czy Luquinhasa, obaj piłkarze mieli jednak problemy z precyzją. Na plus można było zaliczyć te akcje, gdyż pomimo niecelnego wykończenia, samo stworzenie sytuacji wyglądało dobrze. Flora, mimo gry defensywnej, potrafiła zagrozić rywalowi – na przykład błąd w ustawieniu Mateusza Hołowni próbował wykorzystać Sergei Zenjov, na szczęście Legia ma Artura Boruca, który popisał się ładną i skuteczną interwencją. Później było widać nerwowość w poczynaniach drużyny ze stolicy Polski, a fatalnie wyglądał wspomniany wcześniej Hołowni. Były piłkarz m.in. Ruchu Chorzów i Śląska Wrocław, grał bardzo elektrycznie, co próbowali wykorzystać piłkarze Jurgena Henna. Legia prowadziła do przerwy 1:0, jednak wynik ciągle był otwarty. Po dobrym początku, niezłej grze przez pierwsze dwadzieścia kilka minut, przyszedł gorszy moment, a przeciętna Flora potrafiła postraszyć mistrza Polski.

Niestety, istnieje takie powiedzenie ,,co się odwlecze, to nie uciecze”, gdyż na początku drugiej połowy Flora doprowadziła do wyrównania. Henrik Ojamaa zabawił się z defensywą Legii, zagrał w pole karne do Rauno Sappinena, a król strzelców ligi estońskiej pokonał Boruca. Niepojęte jest, jak taki piłkarz jak Ojamaa, który grał słabo na zapleczu Ekstraklasy, teraz bawi się z obroną mistrza Polski. Ewidentnie wróciły demony polskich drużyn w europejskich pucharach.

Jedyny pozytyw jest taki, że UEFA zlikwidowała zasadę bramek zdobytych na wyjeździe, więc ewentualny remis nie był już tak korzystny dla gości z Estonii. Dalsza faza drugiej połowy była przeciętna. Niby Legia miała jedną okazję po strzale Jędrzejczyka po rzucie rożnym, ale nie tego oczekujemy po mistrzu Polski w starciu z mistrzem Estonii. Ciekawi mnie, co sobie myślał Paulo Sousa, kiedy oglądał tę mizerię na boisku. Kompletnie nie dziwi mnie to, że niechętnie przyjeżdża na mecze polskich drużyn. Nie zawiedli ponownie kibice Legii, którzy licznie zgromadzili się na stadionie i głośno dopingowali swoją drużynę przez całe spotkanie.

Kiedy wydawało się, że mecz zakończy się remisem, Legia zdobyła bramkę na wagę zwycięstwa! Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego, niefortunnie piłkę wybił obrońca Flory. Dlaczego niefortunnie? Bo wprost pod nogi Rafaela Lopesa, a ten mocnym uderzeniem pokonał Matveia Igonena.

Koniec końców, Legia Warszawa pokonała Florę Tallinn 2-1. Legioniści nie zaprezentowali się jednak z dobrej strony. Nie licząc niezłego początku, mistrzowie Polski grali fatalnie z mocno przeciętnym rywalem. Podopieczni Czesława Michniewicza przez sporą część spotkania grali nerwowo i bez pomysłu. Flora niejednokrotnie sprawiała kłopoty piłkarzom z Łazienkowskiej. Szkoda, że mistrz Polski nie potrafi zamknąć spokojnie spotkania z mistrzem Estonii…\

Cieszyć się można jedynie z tego, że ostatecznie mecz udało się wygrać, bo remis byłby wynikiem bardzo nerwowym. Pamiętać trzeba, że dwumecz się nie skończył, a w rewanżu Flora tanio skóry nie sprzeda. Oby w przyszłym tygodniu będzie nam dane zobaczyć lepszą Legię, pewniejszą Legię, Legię z pomysłem na grę. Już w weekend wraca Ekstraklasa, co sprawi, że trzeba będzie łączyć grę w lidze z grą w pucharach, a to zazwyczaj nie jest dobre dla polskich ekip.

Legia Warszawa – Flora Tallin 2:1 (1:0)

Bramki: Bartosz Kapustka 3′, Rafa Lopes 90+1′ – Rauno Sappinen 53′.

Jakub Mirosławski