Zmarnowany wieczór we Wrocławiu, czyli najnudniejsze derby ever

2020.12.17 Wroclaw
Pilka nozna PKO Ekstraklasa sezon 2020/2021
Slask Wroclaw - Warta Poznan
N/z Robert Pich
Foto Mateusz Porzucek / PressFocus

2020.12.17 Wroclaw
Football Polish League PKO Ekstraklasa season 2020/2021
Slask Wroclaw - Warta Poznan
Robert Pich
Credit: Mateusz Porzucek / PressFocus

Dzisiejsze derby były okazją by nieco odkurzyć rywalizację obydwu klubów i podnieść temperaturę na linii Wrocław – Lubin. Nie oszukujmy się, ostatnie spotkania obydwu drużyn nie podnosiły ciśnienia u przeciętnego kibica. Kojarzyły się raczej ze zwykłymi starciami ligowych średniaków, bez większych emocji i podtekstów. Jednak ten mecz miał potencjał by to zmienić.

Różnica pomiędzy obydwoma zespołami wynosiła zaledwie 1 punkt (na korzyść Zagłębia). Dawało to im możliwość walki o 4. miejsce w Ekstraklasie, które przy ewentualnym zwycięstwie Rakowa w Pucharze Polski dałoby szansę na europejskie puchary. Dlatego mieliśmy prawo oczekiwać, by ten mecz zapewnił nam emocje w ten piątkowy wieczór. Czy obydwie drużyny udźwignęły presję i stworzyły nam ciekawe widowisko?

Pierwsza połowa zaczęła się w bezbarwny sposób. Walka w środku pola i wrzutki za linie obrony, które lądowały najczęściej w koszyczku u bramkarzy. Najbardziej w pamięć zapadł strzał z rzutu wolnego Mączyńskiego w mur i sytuacyjna przewrotka Picha, po której piłka przeleciała koło słupka. Brakowało intensywności i tempa w akcjach obydwu zespołów. Na początku optycznie lepiej wyglądał Śląsk, ale nie przekładało się to na wiele sytuacji, a z biegiem czasu mecz się jeszcze bardziej wyrównał. Wszystkie znaki na ziemi i niebie po pierwszych 45 minutach świadczyły o tym, że czeka nas paździerz zamiast hitu. Ciężko było upatrywać jakichś nadziei na odmienienie gry obydwu drużyn.

Druga część spotkania rozpoczęła się równie bezbarwnie, co pierwsza. Kibice spokojnie mogli pójść zrobić sobie herbaty. W 55. minucie jednak ze snu powinien nas wybudzić Drazić. W doskonałej sytuacji po podaniu Szysza nie trafił on w piłkę, mając przed sobą tylko bramkarza. Cytując klasyka – to powinna być bramka. Gola nie było, za to z miejsca podniosła się temperatura na boisku. W ciągu niecałych 10 minut sędzia pokazał 3 żółte kartki, co spowodowało jeszcze większy spadek tempa meczu. Zagłębie lekko przeważało, ale celny strzał zdołało oddać i tak dopiero w 80. minucie zza pola karnego i do tego prosto w bramkarza. Szczerze mówiąc ciężko powiedzieć coś więcej o dalszym przebiegu spotkania. Z przodu poszarpał trochę Musonda, kilka stałych fragmentów gry bitych przez Starzyńskiego i w zasadzie tyle. Mecz skończył się remisem, który może i nie wyklucza obu drużyn z gry o 4. miejsce za to przyprawił kibiców o nudności i niestrawności.

Miał być to mecz o 4. miejsce, pierwsze derby od tych sprzed dwóch lat, które przyniosą nam emocje, a skończyło się (prawie) jak zawsze. Kit a nie hit. Tylko najtwardsi kibice byli w stanie wytrzymać do końca przed telewizorami. Całe szczęście, że zaczęła się majówka, która choć trochę osłodzi nam niesmak po tym wybitnie paździerzowym „widowisku”. Jeśli tak mają prezentować się te zespoły w Europie to może już będzie lepiej jak Puchar Polski wygra Arka. Przynajmniej wstydu będzie mniej.

Śląsk Wrocław – Zagłębie Lubin 0:0

Żółte kartki: Starzyński, Balić

Czerwona kartka: Balić (druga żółta)

Śląsk Wrocław: Szromnik – Bejger, Lewkot, Tamas – Janasik, Makowski (68′ Piasecki), Mączyński, Pich (87′ Łyszczarz), Praszelik, Stiglec (74′ Musonda) – Exposito (74′ Sobota)

Zagłębie Lubin: Hładun – Chodyna, Kruk, Crnomarković, Balić – Szysz, Żubrowski, Baszkirow, Starzyński, Drazić (78′ Ratajczyk) – Podliński

Sędzia: Mariusz Złotek (Stalowa Wola)

Ignacy Zieliński