Złote dziecko polityki Orbana chce rozrabiać w Europie

Share on facebook
Share on twitter
ferencvaros

22-tysięczny stadion Groupama Arena wybudowany za 63 miliony euro z państwowych funduszy. Prezesem Gábor Kubatov, były deputowany partii Fidesz do węgierskiego Zgromadzenia Narodowego. Najbardziej znany kibic? Viktor Orban. Po 25 latach Ferencvaros wraca do Ligi Mistrzów i ma za sobą ogromne wsparcie.

Patrząc na to, że węgierski zespół dostał się do fazy grupowej Ligi Mistrzów, możemy uznać, że cofamy się w rozwoju. Wszakże jeszcze niedawno węgierskie kluby były zmuszane do uznania wyższości swoich „bratanków” znad Wisły. Nic bardziej mylnego, po prostu Węgrzy ruszyli z kopyta dzięki milionowym zastrzykom od premiera swojego państwa. Sumy wydawane na sport, w szczególności piłkę nożną, dawno przerosły grubo ponad 100 milionów euro. Czy ma to sens? Trudno powiedzieć. Nie zmienia to jego poparcia wśród kibiców, zdarzało mu się być wybuczanym na stadionie. Jest to raczej jego osobiste marzenie, aby wprowadzić węgierski futbol na salony. Jak sam mówił w jednym z wywiadów: „Futbol jest dla nas życiem. Życiem, którym żyjemy my, Węgrzy”. Węgrzy żyją raczej czymś innym (ok. 40% społeczeństwa żyje na granicy ubóstwa), co innego sam Orban. Swoją karierę piłkarską zakończył dopiero mając za sobą pierwszą kadencję jako premier. Teraz może oglądać dzieło swoich wieloletnich inwestycji – Ferencvaros zagra w Lidze Mistrzów.

Od rezerwowych z polskiej ligi do rekordowych sum

Jeszcze w sezonie 2016/17 węgierski zespół odpadł z eliminacji do Ligi Mistrzów z mistrzem Albanii – FK Partizanim. Za to rok temu doszli do fazy grupowej Ligi Europy zdobywając tam 7 punktów i przegrywając zaledwie jedno spotkanie. W 2014 roku do obecnych mistrzów Węgier przeszedł Michał Nalepa, ówczesny rezerwowy stoper Wiślaków. Dwa lata później ściągnięto również Gergő Lovrencsicsa, wypalonego już w Lechu. Kolejny sezon i na wypożyczenie przychodzi legijny niewypał w postać Dominka Nagy’a. Od sezonu 2018/19 postawiono na wydawanie większych sum. Na transfery wyłożono wtedy ponad 3 miliony euro. Większych nazwisko co prawda nie było, ale jeden piłkarz mógł obić się nam o uszy – Lasza Dwali, przybył za 500 tysięcy euro. Następne okienko? 2,40 miliona euro, ale za to dwa transfery o wartości miliona euro. W tym roku wydano 4,10 miliona euro, w tym 1,80 miliona euro na Myrto Uzuniego, gwiazdę ligi chorwackiej. Oprócz tego ściągnięto chociażby Roberta Maka, gwiazdę kadry Słowacji i byłego gracza Zenitu, albo dobrze znanego z Korony Kielce stopera Adnana Kovacevicia. To nie liga szła do przodu wraz z Ferencvarosem, to Ferencvaros szedł wraz z ligą. Ligą, w której kluby zarządzane są przez polityków partii rządzących.

Ligowa dominacja

Obecny mistrz Węgier jest też najbardziej utytułowanym węgierskim klubem – to 31-krotni mistrzowie tego kraju. Niemniej jednak ostatnie lata były dosyć suche. Niby ostatnie dwa sezony to dwa mistrzostwa, ale przed tym w zdobywaniu złotych medali mieli niemałe przerwy. Teraz zmienił to Serhij Rebrow, kiedyś twórca sukcesów Dynama Kijów (dwukrotnie poprowadził ich do mistrzostwa), dzisiaj architekt węgierskiej maszyny. Działacze nie oszczędzają pieniędzy na rozwój klubu, a ściągnięcie ukraińskiego trenera jest tego najlepszym przykładem. Postawiono przed nim zadanie kreowania gwiazd z zawodników bez nazwiska. W tym celu silnie rozbudowano też siatkę scoutingu – coś, o czym większość polskich klubów może tylko pomarzyć. Dzięki mądrym ruchom zarządu odskoczono wspieranemu dużymi pieniędzmi od MOLu (ichniejszy Orlen) Fehervarowi. Oto skrót z ich ostatniego spotkania.

Coś z niczego

Jednym z takich mądrych ruchów było ściągnięcie Adnana Kovacevicia z Korony Kielce. Jasne, już u nas pokazywał umiejętności i należało się spodziewać, iż nie będzie za długo czekał na oferty z niezłych zespołów. Dopiero w „Zielonych Orłach” prawdziwie rozwinął skrzydła i stał się z miejsca generałem defensywy. Kibice go uwielbiają, a eksperci nie mają złudzeń – ten gość to istne rozbicie banku. Obok niego często gra inny były ekstraklasowy zawodnik. Chodzi oczywiście o Lasza Dwaliego, o którym można było już zapomnieć. W Pogoni nie wyróżniał się niczym szczególnym, choć poziomu definitywnie nie zaniżał. Rebrow zobaczył w nim coś więcej i zdecydował, że warto wydać na niego 500 tysięcy euro. Obecnie stracił miejsce w pierwszej jedenastce.

Franck Boli, Ferencvaros / fot. Xinhua / PressFocus

Trudno jednakże w temacie „Fradi” mówić o gwiazdach. Są piłkarze, którzy wyróżniają się na tle ligi węgierskiej. Mają przede wszystkim świetną ofensywę. Skuteczne duo Boliego i Tokmac Nguena zostało uzupełnione przez ściągniętego z Lokomotiwa Zagrzeb Myrto Uzuniego. To egzotyczne trio (Iworyjczyk, Norweg i Albańczyk) sieje popłoch w obronie rywali, a należy też wspomnieć o wprowadzanym do zespołu Robercie Maku i sprowadzonym za milion euro z Szachtaru Oleksandrze Zubkowie. Ceniona jest również dwójka środkowych pomocników w postaci Somálii (były gracz m.in. Toulouse) i Kharatina (sprowadzony rok temu z Zorii Ługańsk). Nie sposób też zapomnieć o Isealu, który jednakże powoli nie wyrabia kondycyjnie. Mimo to jest kluczowym trybikiem w maszynie Rebrowa. Warto wspomnieć o Lovrencsicsie, przeformowanym już na prawego obrońcę i noszącym z dumą opaskę kapitańską. Czy jednak tak skonstruowana drużyna ma jakiekolwiek szanse w Europie?

Narodowe święto

Po awansie do fazy grupowej Ligi Mistrzów ogłoszono, że Ferencvaros będzie rozegra mecze z Barceloną i Juventusem na węgierskim stadionie narodowym.

Niech to będzie przykładem tego, ile dla Węgrów oznacza Liga Mistrzów. To sukces porównywalny z awansem do Mistrzostw Europy czy Mistrzostw Świata. Droga do tegoż zdarzenia nie była taka prosta. Djurgarden, Celtic, Dinamo Zagrzeb, Molde – nie są to anonimowe marki. Najwięcej emocji dał dwumecz z norweskim zespołem. W Norwegii padł remis 3:3, u siebie 0:0, „Fradi” przeszli dzięki zasadzie bramek na wyjeździe. Podczas losowania szczęście im nie sprzyjało. Barcelona, Juventus i Dynamo Kijów, ałć.

Fajne drużyny do obejrzenia, trudne do grania. Czy Ferencvaros ma większe szanse? Cóż, jeśli chodzi o Barcę i Juve to raczej wiadomo, Dynamo Kijów jest zaś w podobnym stanie co Ferencvaros. Ukraiński zespół został odbudowany przez dobrze znanego Mirceę Lucescu. Po cienkim okresie, kiedy zostali mocno odstawieni przez Szachtara, wrócili do gry. Węgrzy będą mieli ogromnie trudne zadanie, jeżeli chcą zająć 3. miejsce.

Przed stadionem Groupama Arena stoi taki wielki złoto-zielony orzeł, który łapie w swoje szpony piłkę. Jest to symbol Ferencvarosu, symbol, który wszystkie osoby związane z klubem mają w sercu. Wszystkie te osoby marzą teraz o tym, aby mieć w pamięci europejskie sukcesy swoich ulubieńców. Bez względu na to, czy „Zielone Orły” zdobędą coś więcej niż tylko proporczyki Barcelony i Juventusu, kibice już są z nich dumni. 25 lat posuchy w końcu zakończone, a zapowiada się to tylko lepiej.