Zielono im nie jest czyli Werder Brema w opałach

Share on facebook
Share on twitter
DEU99999990045349348_sized_800_0

Chyba żaden z niemieckich klubów nie poczynił tak ogromnego regresu w porównaniu do poprzedniej dekady jak Werder Brema. Z klubu, który był regularnym uczestnikiem europejskich pucharów stał się typowym przeciętniakiem. Teraz po 17 kolejkach Bundesligi, Bremeńczykom poważnie zagraża widmo spadku. A przecież miał być po 10 latach powrót do poważnej rywalizacji w Europie. Co więc poszło nie tak?

ODLEGŁE WSPOMNIENIA

Werder Brema to klub, który odcisnął swój ślad w niemieckiej piłce. Od sezonu 1980/1981 Zielono-biali nieprzerwanie występują w Bundeslidze. Bremeńczycy czterokrotnie zdobywali mistrzostwo niemiec (1965, 1988, 1993,2004), a sześciokrotnie Puchar Niemiec (1961, 1991, 1994, 1999, 2004, 2009). W 1992r. sięgnęli po Puchar Zdobywców Pucharów. Wtedy trenerem Werderu był słynny Otto Rehaggel, pod którego wodzą ekipa z Bremy była dominującą siłą w Bundeslidze (2x mistrzostwo w 1988 i 1993r.). O ile osiągnięcia Werderu w latach 80. i na początku lat 90. robią wrażenie to wszyscy najmilej wspominają sezon 2003/2004. To wtedy drużyna prowadzona przez Thomasa Schaffa sięgnęła po mistrzowską paterę i Puchar Niemiec. Niekwestionowaną gwiazdą Werderu był Brazylijczyk Ailton, który w 33 spotkaniach zdobył 28 bramek. Filigranowy napastnik z nadprogramowymi kilogramami czarował na boisku swoimi nietuzinkowymi umiejętnościami i regularnością w strzelaniu goli. Precyzyjnymi podaniami obsługiwał go Francuz Johan Micoud (10 bramek i 6 asyst), a innymi wyróżniającymi się zawodnikami byli kapitan Frank Baumann, Tim Borowski, Mladen Krstajić czy Ivan Klasnić.

Po tym pamiętnym sezonie Ailton i Krstajić opuścili Bremę, ale Werder nadal był jedną z czołowych ekip w Bundeslidze, nie schodząc przez następne cztery sezony z podium. Zielono-biali swój pierwszy sezon w Lidze Mistrzów (2004/2005) zakończyli na 1/8 finału. Rok później osiągnęli identyczny rezultat. W 2007r. awansowali do półfinału Pucharu UEFA, a dwa lata później miał miejsce ich ostatni poważny akord w europejskiej piłce. W 2009r. w finale Ligi Europy przegrali z Szachtarem Donieck Mariusza Lewandowskiego 1:2. Największe gwiazdy tamtego Werderu – Brazylijczyk Diego, Torsten Frings, Claudio Pizarro, nasz ”farbowany lis” Sebastian Boenisch czy w końcu Mesut Ozil. Od tego momentu minęła już dekada, a fani z Bremy z utęsknieniem pragną, żeby ich drużyna wróciła na europejskie salony.

WIELKI PLAN SPALIŁ NA PANEWCE

Tęsknota za powrotem do pucharów udzieliła się dyrektorowi sportowemu, a kiedyś kapitanowi Werderu, Frankowi Baumannowi. Zielono-Biali zatrzymali wszystkich kluczowych zawodników z poprzedniego sezonu, oprócz Maxa Kruse, najskuteczniejszego zawodnika, który odszedł do Fenerbahce. Pomimo, że Werder nie należy do klubów szastających gotówką, to wydał latem trochę pieniędzy. Do drużyny dołączyli Niclas Füllkrug (6,5 mln euro) oraz Marco Friedl (3,50 mln euro), a poza nimi wypożyczono za gotówkę Omera Topraka, Michaela Langa oraz Leonardo Bittencourta. Ekipa z Wesserstadion na papierze prezentuje się nieźle: w bramce dobrze spisujący się Jiri Pavlenka, w środku pola brylują Davy Klaasen i Maximilian Eggenstein, a w formacji ofensywnej występują równie obiecujący brat Maxa, Johannes oraz błyskotliwi Yuya Osako i Milot Rashica. Wydawało się, że to jest ten rok, w którym Werder zaatakuje po miejsce premiowane conajmniej grą w Lidze Europy.

Rzeczywistość ostro zweryfikowała oczekiwania kibiców i włodarzy. Po pierwszej rundzie Bundesligi, Werder zajmuje przedostastnie miejsce z bilansem 14 punktów, co jest niechlubnym rekordem w historii klubu. Do bezpiecznego 15. miejsca, które obecnie piastuje 1.FC Koln traci zaledwie trzy punkty, ale i tak ten wynik woła o pomstę do nieba. Przy 23 zdobytych bramkach, ekipa z Bremy straciła aż 41 – najwięcej w lidze. Defensywa Bremeńczyków często wygląda jak skecze Kabaretu Koń Polski, czego najlepszym przykładem może być mecz z FSV Mainz przegrany 0:5, gdzie absurdalnym babolem popisał się popisał się Milos Velijkovic do spółki z bramkarzem Jirim Pavlenką.

SZPITAL I DOM SPOKOJNEJ STAROŚCI

Ogromny wpływ na beznadziejne wyniki Werderu miała plaga kontuzji, która dotknęła niemal wszystkich kluczowych zawodników zespołu. Trener Florian Kohfeldt musiał szyć z naprawdę ubogiego materiału, a największą zagwoztkę miał na środku obrony. Przez całą rundę z powodu problemów z urazami wypadali kapitan Niklas Moisander, Omer Toprak, Sebastian Langkamp czy Milos Veljković, a pech dopadł też bocznych obrońców, Ludwiga Augustinnsona i Theodora Gebre-Selassie, który z powodu urazu uda wróci dopiero w lutym. Kłopoty nie ominęły zawodników ofensywnych, bo takie mieli Osako, Rashica czy Bartels. Pozyskany za największe pieniądze, Niklas Füllkrug zerwał więzadło krzyżowe na treningu i możliwe, że ominie go cały sezon.

źródło: https://www.transfermarkt.pl/sv-werder-bremen/ausfallzeiten/verein/86

Trener Werderu z braku laku musiał posiłkować się 30-letnim środkowym obrońcą Christianem Grossem, który był zawodnikiem rezerw i dopiero po trzydziestce mógł zadebiutować w Bundeslidze. Możecie o tym przeczytać tutaj. Trochę czasu na boisku spędził ”nieśmiertelny” Claudio Pizarro, który w wieku 41 lat wciąż śmiga po niemieckich boiskach. Peruwiańczyk nie przypomina siebie z dawnych lat, a dodatkowo, ostatnio rozsierdził włodarzy Werderu dodając na instagrama zdjęcie z wakacji z piwkiem w ręku. Biorąc pod uwagę to jak nerwowa sytuacja panuje w Bremie, wrzucenie takiego zdjęcia do sieci jest wysoce nieprofesjonalne.

Trzeba jednak zganić też Franka Baumanna za brak odpowiedniego zbalansowania kadry. Obecny Werder przypomina dom starców. Aż 9 piłkarzy skończyło conajmniej 30 lat, w tym wcześniej wspomniany ”dziadek” Pizarro. Nie dość, że większość zawodników ma notoryczny problem z urazami, to jak nawet są zdrowi, odbiegają od dobrej dyspozycji. Jest to kadra, która fizycznie nie dorasta do poziomu rozgrywek. Zielono-biali to najwolniej biegająca drużyna Bundesligi – 2752 sprinty, a zajmująca o jedno miejsce wyżej w tej kategorii Fortuna Dusseldorf ma na koncie 3120 sprinty. Te przerażające statystyki pokazują, że Bremeńczycy potrzebują szybkich, zwrotnych i atletycznych zawodników. Poza szybkim jak rakieta Rashicą i w miarę zwrotnym Osako próżno szukać dynamicznych graczy. Środkowi obrońcy Moisander i Velijković mieszczą się w klasyfikacji 20 najwolniejszych piłkarzy ligi, a tempa dotrzymuje im środkowy pomocnik Nuri Sahin, który także ma swoje miejsce w tym „zaszczytnym” rankingu.

CZY LOJALNOŚĆ SIĘ OPŁACI?

Pomimo kompromitujących wyników, dyrektor sportowy Frank Baumann murem stoi za trenerem Florianem Kohfeldtem i zapowiedział, że jak spadną do 2. Bundesligi to tylko razem. Takie zachowanie jest godne podziwu, bo gdyby niemiecki szkoleniowiec trenował z takimi wynikami zespół z naszej kochanej Ekstraklasy to już dawno byłby na walizkach. Nie można jednak się dziwić, że dyrektor wspiera swojego trenera. 36-letni Kohfeldt nazywany jest kolejnym Julianem Nagelsmannem i zbiera pozytywne recenzje od zawodników klubu. Jeszcze nie tak dawno usługami Kohfeldta zainteresowana była Borussia Dortmund, ale młody szkoleniowiec przedłużył kontrakt z Werderem do 2023 roku Kohfeldt całą swoją karierę szkoleniową spędził w Werderze. W 2006 roku prowadził drużyny juniorskie, a od 2016r. rezerwy. W październiku 2017 roku przejął zespół seniorów, który zajmował…przedostatnią pozycję. Kohfeldt sprawnie poukładał zespół i sprawił, że można było go przyjemnie oglądać z racji na dobrą grę w ofensywie. Z sezonu na sezon jego Werder notował progres, najpierw kończąc rozgrywki 2017-2018 na 11 miejscu, a sezon później na 8. Teraz przyszedł pierwszy poważny kryzys, który pokaże jak ukształtowanym trenerem jest 36-latek.

Być może cierpliwość i lojalność działaczy opłaci się w stosunku do obiecującego trenera jakim jest Kohfeldt. Owszem, nie jest bez winy w całej sytuacji, bo jak głosi stare porzekadło ”jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz”. Jednakże, duży wpływ na wyniki Zielono-białych miały kontuzje oraz ruchy transferowe dyrektora sportowego. Być może przy wzmocnieniu kadry w trwającym okienku i przy mniejszej ilości urazów, Werder odbije się od dna.

Mieszkańcy Bremy mają zwyczaj zatrzymywać się przed pomnikiem ”muzykantów z Bremy”, symbolem miasta i bohaterami baśni braci Grimm. Jak głosi legenda, gdy ktoś złapie osiołka za obie pęciny, to tej osobie przyniesie szczęście. Nie można wykluczyć, że w czasie przerwy fani Werderu również spróbują dotknąć słynnego zwierzęcia, mając nadzieję na poprawę losu swojej ulubionej drużyny.

Okazję na polepszenie pozycji w tabeli piłkarze Kohfeldta będą mieli już 18 stycznia w Dusseldorfie, gdzie zmierzą się z sąsiadem w tabeli, szesnastą Fortuną, do której tracą zaledwie punkt. Jeżeli Werder nie chce po 40 latach spaść z Bundesligi, zwycięstwo w pierwszym meczu nowej rundy będzie potrzebne.