Kibice Lecha Poznań po godnej walce swojego zespołu w dwumeczu z Crveną Zvezdą liczyli, że ich ulubieńcy znowu dostarczą im pozytywnych emocji i postawią się silnemu rywalowi. Ich oczekiwania zostały jednak brutalnie zweryfikowane.
Początek spotkania zwiastował kolejny piękny wieczór z europejskimi pucharami w Poznaniu. Tempo gry od pierwszego gwizdka było wysokie, a obie drużyny postanowiły pójść na wymianę ciosów, wychodząc z kolejnymi szybkimi atakami. Już w drugiej minucie bliscy trafienia do siatki byli Mikael Ishak i Leo Bengtsson, którzy na dalszym słupku zamykali dośrodkowanie Luisa Palmy. Chwilę później kapitan Kolejorza znów otrzymał dobre podanie od Honduranina i po obrocie z piłką uderzył z ostrego kąta w boczną siatkę, a już i tak wysoki poziom decybeli na stadionie wzrósł do imponującej skali, godnej meczu o Ligę Europy.
Zabójczy kwadrans
W 10. minucie został on chwilowo obniżony, gdy prawą stroną Lecha ruszył dynamiczny atak i Bartosz Mrozek na dalszym słupku wykazał się świetną interwencją, ale przy dobitce Patrika Hrošovskiego był już bezradny. Entuzjazm wśród kibiców w 19. minucie wskrzesił Filip Jagiełło, który zaliczył świetny odbiór i po podaniu Ishaka oddał precyzyjny kąśliwy strzał po ziemi przy dalszym słupku, doprowadzając do wyrównania. Mogłoby się wydawać, że poznańska lokomotywa po tym golu ruszy z impetem, ale między 25. a 40. minutą została ona rozmontowana wraz z szynami prowadzącymi do Ligi Europy. Genk zabrał gospodarzom piłkę i zaczął się nią bawić. Belgowie bezlitośnie atakowali prawą flanką polskiego zespołu, gdzie za kontuzjowanych Joela Pereire i Roberta Gumnego grał nominalny stoper – Alex Douglas.
Najpierw nastąpił jednak atak z drugiej strony boiska, gdy zawodnicy Thorstena Finka pieczołowicie rozgrywali piłkę, aż w pole karne znakomicie zagrał Jarne Steuckers, a tam przytomnie odnalazł się Hrošovský i po raz kolejny wpisał się na listę strzelców. „Patrik dobrze się spisuje między liniami. Potrafi wcinać się za linię obrony. Chcieliśmy to dzisiaj wykorzystać” – komplementował grę Słowaka niemiecki szkoleniowiec. Jego podopieczni czwartkowego wieczoru wypunktowali swoich rywali, sunąc z kolejnymi huraganowymi atakami. Schemat był prosty, acz zabójczy – podanie na lewego skrzydło do Yiry Sora i groźne dogranie w pole karne. Kilka razy niebiesko-biała defensywa potrafiła w ostatniej chwili się wybronić, ale w 40. minucie, gdy krycie zgubił Mateusz Skrzypczak, a instynktem snajperskim wykazał się Hyeongyu Oh, skapitulowała po raz czwarty. Wcześniej piłkę w „szesnastce” po rzucie rożnym zebrał Bryan Heynen i mocno uderzył pod poprzeczkę. Wspomniane trafienie koreańskiego napastnika poprzedził jego pojedynek z Bartoszem Mrozkiem przy rzucie karnym, wygrany przez bramkarza poznaniaków, który wybronił również dobitkę.
Zastanawiająca nieobecność
Po przerwie na boisko nie wyszedł już Douglas, który nie poradził sobie w awaryjnej roli. „Kiedy masz dwóch kontuzjowanych prawych obrońców, to z reguły naturalną decyzją jest przesunięcie stopera na bok obrony albo zestawienie, na jakie zdecydowaliśmy się w drugiej połowie. Wariant wybrany od pierwszej minuty nie sprawdził się. To jest moja odpowiedzialność” – przyznał po meczu trener Frederiksen. Duńczyk w bój posłał Michała Gurgula, a na prawą flankę przesunięty został João Moutinho. Młody polski defensor po niespełna 180 sekundach zanotował trafienie samobójcze, gdy po dośrodkowaniu Steuckersa, pod presją rywala klatką piersiową skierował piłkę do własnej bramki. Z czasem defensywa Kolejorza zaczęła się prezentować nieco lepiej, a jej prawa strona już tak bardzo nie przeciekała. Przyzwoicie radzącego sobie Moutinho asekurował Wojciech Mońka, który jeszcze przed przerwą zmienił kontuzjowanego Antonio Milica. Na razie nie wiadomo jak długo potrwa przerwa Chorwata, ta kwestia zostanie rozstrzygnięta po badaniach.
Wobec zejścia Milica i kolejnego słabego występu obrony Kolejorza bardzo zastanawiający jest brak minut dla Bartosza Salamona, który w tym sezonie nie pojawił się jeszcze na boisku. „Jest wiele powodów. Nie o wszystkich z nich mogę też powiedzieć. To moja decyzja. Wojciech Mońka w treningu prezentował się nieźle, dlatego postawiliśmy na takie rozwiązanie” – takie słowa opiekuna lechitów z dużą dozą prawdopodobieństwa zwiastują, że doświadczonego stopera prędko na boisku w barwach KKS nie zobaczymy, o ile w ogóle to nastąpi.
Zatamować krwawienie
Choć Mrozek jeszcze kilkukrotnie prezentował swój kunszt bramkarski, druga połowa nie miała dla Mistrzów Polski już tak dramatycznego przebiegu. Gra w tyłach była stabilniejsza, ale wciąż daleka od oczekiwań. Pomimo prób Ishaka, Bengtssona czy też Moutinho, poznańska ofensywa nie nawiązała do obiecującej postawy z pierwszych dwóch kwadransów. „Mogło się wydawać, że chcieliśmy jak najmniej się wykrwawić i tak też było. Gdybyśmy kontynuowali grę z pierwszej połowy, mogłoby się skończyć jeszcze wyższą przegraną. Jako trener musisz też chronić swój zespół” – tłumaczył przebieg drugich 45 minut Frederiksen.
Bardzo zadowolony z postawy swoich podopiecznych był Fink: „To dla nas znakomity wynik. Zagraliśmy bardzo dojrzale. Dobrze zachowywaliśmy się przy piłce. Byliśmy też efektywni. Praktycznie każdy z moich ofensywnych zawodników był skuteczny w tym, co robił. Dziś pokazaliśmy, że potrafimy być efektywni. Jesteśmy w miejscu, w którym chcemy być. Lech nie był dziś w swojej optymalnej dyspozycji. Widać było jego zdziesiątkowanie kontuzjami. Cieszymy się, że potrafimy zagrać tak dobry mecz przeciwko Mistrzowi Polski”.
(Nie)osiągalny poziom
Tym razem Kolejorzowi werwy i jakości starczyło na jeszcze mniej czasu. Genk bezlitośnie wykorzystał problemy kadrowe i taktyczne naszego przedstawiciela, prezentując bardzo wysoki poziom i kulturę gry, które zdają się nieosiągalne w dłuższym wymiarze czasowym dla wybrakowanego z kilku ważnych ogniw Kolejorza. Lechici będą mieli czas, by wylizać rany przed rewanżem, bo na ich wniosek ligowy mecz z Rakowem Częstochowa został przeniesiony na inny termin.
Jakiekolwiek myśli o nadrobieniu strat i powrocie do realnej walki o awans w obecnej sytuacji należy włożyć między bajki. „Powiedziałem w szatni, że za nami bardzo trudny i rozczarowujący wieczór. Gdy przychodzi ci grać przeciwko tak jakościowym drużynom, musisz prezentować się znacznie lepiej. Za tydzień chcemy bronić dobrego imienia klubu. Potrzebowalibyśmy cudu, żeby odwrócić losy rywalizacji, ale chcemy się w Belgii dobrze zaprezentować” – skwitował czwartkowy wieczór Niels Frederiksen, który z pewnością marzy, by plaga kontuzji przestała dotykać jego zespół, a on mógł pracować w optymalnych warunkach. Pierwsze 15 minut spotkania pokazało bowiem, że Lecha stać na naprawdę jakościową grę.
Igor Dziedzic