Wizerunkowo – tragedia, sportowo – katastrofa, perspektywy – trudno powiedzieć. Co wyprawia Mikel Arteta z Arsenalem?

Share on facebook
Share on twitter
Arsenal manager Mikel Arteta during the Premier League match at Turf Moor, Burnley
Picture by Matt Wilkinson/Focus Images Ltd 07814 960751
02/02/2020
2020.02.02 Burnley
Pilka nozna liga angielska 
Premier League
Burnley - Arsenal
Foto Matt Wilkinson/Focus Images/MB Media/PressFocus

!!! POLAND ONLY !!!

Co się dzieje z Arsenalem pod wodzą Mikela Artety? Wielu kibiców notorycznie zadaje sobie to pytanie, ale odpowiedź wbrew pozorom nie jest taka prosta. Postanowiliśmy zajrzeć w szczegóły jego kadencji, by rzetelnie ocenić, w jakim kierunku zmierza londyński zespół.

„Foursenal” wspominany z sentymentem

Przez wiele ostatnich lat na Arsenie Wengerze ciążyła łatka, że stworzył z Arsenalu „Foursenal”. Oczywiście wynikało to z faktu, że Arsenal notorycznie osiągął czwarte miejsca w lidze. Miało to miejsce w np. sezonach 2008/09, 2010/11, 2012/13, 2013/14. Oczywiście Francuz współpracę z londyńskim zespołem zakończył dopiero w 2018 roku, więc kilka ostatnich lat „Kanonierzy” nie zdobywali akurat konkretnie tego miejsca, ale łatka się utarła i końcówka kadencji Wengera wciąż jest tak wspominana. Ale jak to się mawia – łatki nie zmienisz, lecz możesz zmienić to, jak na nią reagujesz. Kibice mieli tego dość, żądali, by klub zaliczał stopniowy progres i zaczął coraz mocniej liczyć się w grze o mistrzostwo Anglii, a to zmierzało w przeciwnym kierunku. Zaczęły nawet powstawać transparenty „Wenger out”, mimo tego, ile dobrego 71-latek wprowadził w tym klubie, jeszcze we wcześniejszych latach. Ci bardziej rozsądni sugerowali natomiast, że powinno podchodzić się do tego z bardziej chłodną głową, co wynikało z ich przeczucia, iż po Wengerze może to się mieć znacznie gorzej. I jak widać – mieli rację… Ale wiadomo – człowiek z reguły mądry po fakcie.

Po 22 latach Wengera w Arsenalu nastąpił kres jego rządów. Francuz zrezygnował ze stanowiska, zapewne przez coraz większe naciski grup kibicowskich oraz brak progresu od wielu lat. Wbrew pozorom, był to znakomity okres – „Kanonierzy” notorycznie utrzymywali się w topie Premier League, zdobyli trzykrotnie mistrzostwo Anglii oraz siedmiokrotnie Puchar Anglii i Tarczę Wspólnoty (Superpuchar Anglii). Mało tego – w sezonie 2003/04 Arsenal nie przegrał żadnego meczu w lidze. Ponadto, ustanowił jeszcze chociażby inny rekord Premier League – 27 spotkań wyjazdowych bez porażki, który został pobity dopiero… wczoraj przez Manchester United prowadzone przez Ole Gunnara Solskjaera. Co prawda, większość tych sukcesów miała miejsce na początku XXI wieku, ale końcowy okres także wcale nie należał do najgorszych, jak uważała w ówczesnym momencie spora rzesza kibiców Arsenalu. Szczególnie biorąc pod uwagę, to co dzieje się dziś…

Po Wengerze, zespół przejął Unai Emery. Hiszpan sterował zespołem przez półtora roku. W swoim debiutanckim sezonie wyglądało to nawet całkiem obiecująco. Wprowadził kilku młodych do pierwszego drużyny, między innymi Bukayo Sakę. Styl gry prezentował się nawet nieźle, aczkolwiek nie wybitnie – 49-latek preferował grę wahadłami, stawiał także na zabójczy duet – Alexandre Lacazette i Pierre-Emerick Aubameyang, którzy w parze ze sobą wyglądali doskonale. Swoją chemią tworzyli nie lada zagrożenie pod bramką rywali w wielu spotkaniach. Zajął piąte miejsce w lidze oraz zaszedł do finału Ligi Europy. W drugim sezonie stracił całą szatnię, czego efektem były fatalne wyniki i zimą stery objął Mikel Arteta. No właśnie…

A jak jest dziś?

Dziś… jest po prostu tragicznie. Arsenal po trzech pierwszych kolejkach Premier League ma na swoim koncie okrągłe zero punktów, z ujemnym bilansem bramkowym (-9). „Kanonierzy” musieli przełknąć gorycz porażek w starciach z Brentford (0:2), Chelsea (0:2) oraz Manchesterem City (0:5). O ile przegraną z podopiecznymi Thomasa Tuchela da się faktycznie wytłumaczyć różnicą jakościową, a kompromitację z City można usprawiedliwić czerwoną kartką Granita Xhaki (co nie zmienia faktu, że póki Szwajcar przebywał na boisku, to „Obywatele” prowadzili już dwoma bramkami), to mecz z Brentford trzeba już uznać za niesmaczną sensację.

Warto napomknąć, że w przypadku Xhaki nie jest to zdarzenie precedensowe. Szwajcarowi bardzo często puszczają nerwy, co kończy się tym, że dopuszcza się skandalicznych i zwyczajnie głupich wybryków, które doprowadzają do tego, że osłabia swoją drużynę. Ponadto przez brak chłodnej głowy często inicjuje konflikty oraz popełnia katastrofalne błędy.

Gwoli ciekawostki – Arsenal zapisał się na czarnych kartach historii. Podopieczni Mikela Artety zanotowali najgorszy start sezonu od 1953/54, kiedy to właśnie… Manchester City po trzech ligowych kolejkach nie zdobył jakichkolwiek punktów i miał identyczny bilans bramkowy, co Arsenal. Ostatecznie „Obywatele” zajęli wówczas siedemnaste miejsce (liga angielska liczyła wtedy 22 zespoły). Czy podobna przyszłość czeka „Kanonierów”? Kierując się potencjałem, jeśli chodzi stricte o jednostki w kadrze, to takie coś nie ma prawa mieć miejsca.

Dedukcja

Przejdźmy zatem do dedukcji. Od ogółu do szczegółu.

Mikel Arteta rządy nad Arsenalem objął 20 grudnia 2019 roku, gdy klub z Londynu po rozstaniu z Unaiem Emerym znajdował się na zaledwie dziesiątej lokacie. Kiedy Hiszpan zastąpił swojego rodaka, gra londyńskiego zespołu zaczęła wreszcie rokować. „Kanonierzy” w końcu zaczęli punktować, wygrywając 16 spotkań, remisując i przegrywając po sześć razy, uzyskując tym samym średnią punktów na mecz 1,93. Za Emery’ego wyglądało to natomiast zgoła gorzej – osiem zwycięstw, siedem remisów, pięć porażek, średnia punktów – 1,55. Ponadto, Arteta doprowadził swój zespół do zdobycia Pucharu Anglii.

Sezon 2020/21 był pierwszym samodzielnym sezonem Artety. Arsenal miewał w nim momenty różne. Od fatalnych po rokujące. Początek był doskonały – zdobycie Tarczy Wspólnoty. Ostatecznie, Arsenal zajął jednak zaledwie ósme miejsce w lidze i od startów w eliminacjach do Ligi Konferencji dzielił go jeden punkt. Miejsce w pucharach „Kanonierzy” musieli ustąpić swojemu największemu rywalowi – Tottenhamowi, co z pewnością zabolało kibiców. W Pucharze Anglii odpadli już na etapie ćwierćfinału, natomiast w Lidze Europy niewiele zabrakło do finału. Arsenal przegrał w półfinale z Villarrealem, prowadzonym przez…Unaia Emery’ego. Cóż za paradoks.

Przejdźmy zatem do szczegółowego opracowania, co chce sobą wykazać Arteta i jakie to niesie za sobą skutki. Omówimy dwie kwestie: styl gry oraz szeroko pojęte zarządzanie, gdzie duży nacisk położymy na kwestię najbardziej elektryzującą kibiców – transfery.

Styl gry

Po Mikelu Artecie widać, że czerpie wzór z dwóch inspiracji, które wspólnie łączą się w jedno: Pep Guardiola (którego zresztą był niebywale cenionym asystentem, uważano go za jednego z najlepszych w tym fachu w Premier League) oraz Jose Mourinho. Jako ich mieszankę w pewnym sensie można określić George’a Grahama. Szkot prowadził Arsenal w latach 1986-1995. W tym okresie zdobył mnóstwo trofeów – aż siedem. Mowa tutaj o dwukrotnym mistrzostwie Anglii (1988/89, 1990/91), jednokrotnym zwycięstwie w finale Pucharu Zdobywców Pucharu (1993/94), jednokrotnym wzniesieniu Pucharu Anglii (1992/93), dwukrotnym triumfie w Pucharze Ligi Angielskiej (1986/87, 1992/93) oraz o zdobyciu Tarczy Wspólnoty (1991/92). W całej swojej karierze trenerskiej zdobył ich łącznie… osiem (jedno z Tottenhamem – Puchar Ligi Angielskiej). Jak widać, 76-latek miał patent na seryjne osiąganie sukcesów z „Kanonierami”. Jego Arsenal cechowało przede wszystkim to, że do momentu zdobycia gola gra wyglądała widowisko i londyńczycy za wszelką cenę szukali sposobu na pokonanie golkipera rywali. Gdy już do tego dochodziło, to zespół skupiał się na zablokowaniu przeciwnikom dostępu do własnej bramki.

Czyli coś jak… Adam Nawałka z reprezentacją Polski, a tak bardziej poważnie i sensownie – Jose Mourinho. Może nie w zupełności, ale podobieństwo jest spore.

Po Artecie właśnie widać doskonale to, że pragnie, aby zespół grał ciekawy dla oka futbol, lecz potem stara się kłaść nacisk raczej na dowiezienie wyniku do końca.

Warto mieć na uwadze jednak, że gdy nie posiadasz na tyle uniwersalnych graczy, to musisz raczej wybrać jedno albo drugie, jeśli chcesz zacząć odnosić wymierne korzyści. Ciężko jest murować się, gdy twoich podstawowych defensorów cechuje raczej umiejętność wyprowadzania piłki, a nie silna i twarda gra w obronie (patrz Gabriel bądź Ben White). Nie da się mieć wszystkiego na raz, gdy masz ograniczone pole manewru.

Podstawowym ustawieniem Arsenalu (w szczególności na starcia z rywalami na papierze gorszymi) jest standardowe 4-2-3-1. Natomiast w momentach przejściowych lub w spotkaniach z silniejszymi przeciwnikami Hiszpan decyduje się grać raczej systemem 5-2-3. Teoretycznie można określić to także jako 3-4-3, ale to pierwsze bardziej pasuje, gdyż w tych spotkaniach „Kanonierzy” są raczej dość nisko ustawieni. Druga formacja wydaje się jak najbardziej sensowna pod możliwości Arsenalu, ale tylko jedynie w wypadku, gdy faktycznie ma do dyspozycji wszystkich zawodników podstawowego składu, a z tym w ostatnim czasie był pewien problem. Co istotne, w momencie gdy Arteta objął stery nad Arselalem w trwających rozgrywkach Premier League po Unai Emerym, to właśnie preferował grę tym systemem i wtedy wyniki pod jego batutą były najlepsze. Czy może faktycznie to byłoby najlepszą opcją dla londyńczyków, gdyby odpowiednio się wzmocnili i poszerzyli kadrę?

Najczęściej w zespole Arsenalu powtarzalne schematy to rozegranie piłki od bramkarza czy niskie ustawianie linii obrony. Rzuca się w oczy także to, że gdy jeden z wahadłowych/bocznych defensorów podłącza się (zazwyczaj Kieran Tierney), to jeden z defensywnych pomocników asekuruje lukę, którą on wytworzył poprzez podłączenie się do przodu (z reguły zajmuje się tym Granit Xhaka). Widać też, że podopieczni Artety unikają ryzykownych zagrań w ofensywie, co wynika zapewne z tego, że londyńczycy raczej nie podejmują się wysokiego pressingu, gdyż są w tym elemencie zwyczajnie słabi. W przypadku więc ewentualnej straty, trudno im o kontrpressing, a brak odpowiednio płynnego przejęcia piłki może spowodować szybki kontratak rywali.

Zarządzanie

Tutaj skupimy się głównie na transferach i ich kosztach oraz faktycznej jakości, nie uwzględniając w tej kategorii wypożyczeń. Bo jak powszechnie wiadomo – niewielki one mają wpływ na koszta i z reguły nie wnoszą nic specjalnego do zespołu.

Odkąd zespołem dowodzi Mikel Arteta, to na Emirates Stadium trafili: Willian (free), Cedric (free), Pablo Mari (5 mln euro), Gabriel (26 mln euro), Thomas Partey (50 mln euro), Ben White (58 mln euro), Martin Odegaard (35 mln euro), Albert Sambi Lokonga (17 mln euro), Nuno Tavares (8 mln euro), Aaron Ramsdale (28 mln euro). Natomiast z klubem pożegnali się: Emiliano Martinez (17 mln euro), Joe Willock (30 mln euro), David Luiz (koniec kontraktu).

Łączny bilans daje stratę aż 180 milionów euro. To też pokazuje, że włodarze Arsenalu wcale nie są takimi dusigroszami, za jakich uważają ich kibice.

Na ten moment przy rubryce „udane transfery” moglibyśmy jedynie zapisać tutaj Gabriela. Ciekawie zapowiada się także Lokonga, choć wciąż za wcześnie, by oceniać.

Willian, co prawda, przyszedł za darmo, ale jego tygodniówka znacząco obciąża budżet Arsenalu, a na boisku wygląda dramatycznie. Na papierze transfer Brazylijczyka wydawał się całkiem sensowny, biorąc pod uwagę to jak łatwo zawodnika pozbyła się Chelsea, której Willian był głównym motorem napędowym. W Arsenalu jednak furory nie zrobił. Po bezproduktywnym roku spędzonym w klubie z Londynu, 33-latek wróci do ojczyzny i zagra w Corinthians.

Jednym z największych problemów Arsenalu jest obrona, składająca się z piłkarzy ściągniętych za sumy, które nie są adekwatne do jakości danego zawodnika.

Cedric to przeciętny gracz, ale i tak lepszy niż Pablo Mari. Deal z Hiszpanem to naprawdę fascynujące posunięcie. „Kanonierzy” zapłacili Flamengo za wypożyczenie osiem milionów euro, po czym następnie dokonali jego transferu definitywnego za… 5 milionów euro. Co ciekawe, Mari został ściągnięty awaryjnie i wywiązał się ze swojej roli należycie, ale potem szybko jego pozycja w klubie uległa zmianie, gdy wszyscy wrócili do zdrowia i teraz, gdy kadra jest nieco okrojona i on musi grać, to wygląda to naprawdę dołująco. Żeby klub z taką marką i budżetem musiał grać kimś takim w obronie?

Thomas Partey to zdecydowanie spore wzmocnienie i jego występy są niezłe, lecz łapie zbyt dużo kontuzji. By ocenić Bena White’a trzeba jeszcze trochę poczekać – Anglik, fakt faktem, zadebiutował już w czerwonym trykocie, ale później zaraził się koronawirusem, przez co nie rozegrał, jak dotąd, więcej spotkań. Nuno Tavares nie miał natomiast jeszcze zbyt wielu okazji, by zaprezentować swoje umiejętności i biorąc pod uwagę fakt, że przychodzi mu konkurować z Kieranem Tierneyem, to wątpliwe, by stał się zawodnikiem podstawowego składu. Patrząc jednak na jego ekscesy z poprzedniego klubu, raczej nie okaże się dobrym posunięciem.

Aaron Ramsdale to obiecujący golkiper, wobec którego mam pewnego rodzaju słabość, ale mimo wszystko trzeba patrzeć na fakty – to piłkarz ściągnięty ze spadkowicza Premier League, Sheffield United. Tego samego, który szorował dno tabeli w poprzednim sezonie. W dodatku, Anglik zawodził na całej linii w swoich poprzednich klubach, choć jego przewagą nad Berndem Leno jest lepsza komunikacja z linią obrony. Na wygryzienie Niemca ma jednak iluzoryczne szanse.

Martin Odeegard na wypożyczeniu w zeszłym sezonie prezentował się ciekawie, choć na pewno nie lepiej niż Emile Smith-Rowe, czyli jego główny konkurent do składu. Norweg może być ważnym obliczem Arsenalu, ale trzeba mieć na niego konkretny plan.

I choć trzeba przyznać, że Arsenal nieźle wyszedł na dealu Joe Willocka, to w przypadku Emiliano Martineza już niekoniecznie. Argentyńczyk stał się jednym z najlepszych bramkarzy poprzedniego sezonu Premier League, broniąc barw Aston Villi, a londyńczycy zyskali za niego zaledwie 17 milionów euro, co jest śmieszną sumą w dzisiejszych realiach za gracza wysokiej jakości.

Biorąc więc pod uwagę, że Arsenal po oknach transferowych z sezonów 2020/21 i 2021/2022 jest stratny aż około 180 milionów, to mimo że niektóre nazwiska wyglądają nieźle, to nie wydaje się jednak, aby były to najmądrzej spożytkowane pieniądze. Nie można tutaj też patrzeć na to w tak skrajny sposób. Musimy pamiętać, że „Kanonierzy” sportowo obecnie nie mają zbyt wiele do zaoferowania, przez co ciężko im przyciągnąć duże marki piłkarskie. Porównując jednak ich okienko transferowe ostatnie do okienka w wykonaniu Manchesteru United – to oba te kluby wydały podobne sumy na wzmocnienia, a szeregi „Czerwonych Diabłów” zasilili: Jadon Sancho, Raphael Varane, Tom Heaton oraz Cristiano Ronaldo. Różnica kolosalna.

Za transfery w Arsenalu odpowiada nie Arteta, a w głównej mierze Edu Gaspar. Gdy spoglądamy na tę kwestię, to największą odpowiedzialność należy zrzucić właśnie w jego kierunku. I choć coraz więcej jest już fanów wypisujących wszędzie „Arteta out”, to Ci sami kibice mają także świadomość o istnieniu Gaspara i jego odejścia żądają chyba jeszcze bardziej.

Może to zabrzmieć dość groteskowo, ale w kwestii zarządzania Arsenal mocno przypomina warszawską Legię. Brak jednolitego długofalowego planu, dużo niezrozumiałych decyzji, zmian, co coraz bardziej odbija się na projekcie sportowym. A w Premier League, w porównaniu do Ekstraklasy, nie ma przebacz.

Co ten Arteta?

Wiele spotkań Arsenal przegrywa po błędach indywidualnych. Po bardzo głupich błędach. Można więc całą winę przerzucać na piłkarzy, ale jeśli coś na dłuższą metę nie funkcjonuje należycie, to chyba leży w tym także choćby po części wina szkoleniowca.

Wiele mówiło się o tym, że Mikel Arteta dobrze oczyścił atmosferę w szatni po Unaiu Emerym, który pozostawił za sobą całkiem spory bałagan. Hiszpan pozbył się Mesuta Oezila, który należał do jednych z głównych przyczyn problemów. Ale patrząc na grę Arsenalu, to śmiało można rzec, że nadal w tej materii nie wszystko gra, jak powinno. Liderzy zespołu (Alexandre Lacazette, Pierre-Emerick Aubameyang) mają problemy z odpowiednim zdyscyplinowaniem się, a przecież lider w szatni musi stanowić przykład na każdej płaszczyźnie. Tutaj tego nie ma.

Pewną kwestią nurtującą mnie jest także rozwój pojedynczych jednostek. Arteta początkowo w tej kwestii wyróżniał się bardzo dobrze – wprowadził Gabriela Martinelliego, Emile’a Smith-Rowe’a czy Bukayo Sakę. Z dzieciaków zrobił panów piłkarzy. Ale patrząc wielokrotnie na dyspozycję Lacazette’a, Aubameyanga, Xhaki czy całej defensywy Arsenalu (i jeszcze pewnie z kilka przykładów, by się znalazło), to można mieć wątpliwości, czy na obecnym etapie wciąż sobie z tym radzi, tak jak wcześniej.

39-latek wciąż zapewnia, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, że widzi, że wokół klubu wszystko staje się coraz lepsze, coraz bardziej profesjonalne, że dostrzega ogromny postęp, odkąd tu dołączył. Deklaruje, iż nadal musi wprowadzać młodych zawodników, którzy mają stanowić o przyszłości tego klubu, ale na to wszystko potrzebują czasu. Problem jest jednak jeden – tego typu piłkarze, gdy zaczną faktycznie się wybijać w Arsenalu, to od razu uciekną do innej drużyny. Bo Arsenal przez notoryczny brak wyników i gwałtowny regres, zaczyna tracić swoją markę i poważanie w Europie. Rozsądniejszym rozwiązaniem byłoby znaleźć jakiś złoty środek i wyszukiwać nieoczywistych zawodników pasujących do tego, co chce grać Arteta. Tylko, że Hiszpan ma na tyle skomplikowany i rozłożony plan na futbol, że trudno o takich graczy, będąc na takim poziomie.

Panie Mikelu, czas przemyśleć pewne kwestie i wziąć się w garść. Za duży z pana futbolowy romantyk i idealista.