Warszawa – szalet piłkarskiej Europy

Share on facebook
Share on twitter
image0

To już dawno przestało być śmieszne. Los znów zadrwił z polskiej drużyny. Legia była o krok od tego, aby być rozstawiona w III rundzie kwalifikacji do Ligi Mistrzów. I jak w pewnej polskiej komedii cały misterny plan…

Po wczorajszym zwycięstwie Crveny Zvezdy nad zespołem z Tirany, włodarze Legii Warszawa z niespokojem patrzyli na rezultaty dzisiejszych potyczek Celticu Glasgow, Dinama Zagrzeb, Ludogortsa Razgrad, Young Boys Berno i Qarabagu Agdam. Aby stołeczny zespół był  rozstawionym w trzeciej rundzie kwalifikacyjnej Ligi Mistrzów minimum dwa z wyżej wymienionych zespołów musiały przegrać swoje spotkania. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem w Warszawie wiadomo już było, że nie można liczyć na „pomoc” Qarabagu, pomimo tego że wynik 2:1 tego nie odzwierciedla to Azerowie pewnie pokonali Sheriff Tyraspol.

Jedynym z zespołów który nie był na straconej pozycji w walce o awans, a jednocześnie pomógł by drużynie z nad Wisły, był duński Midtjylland. Mistrzowie z półwyspu jutlandzkiego od pierwszych minut rzucili się na gospodarzy. W przeciągu pierwszych dziesięciu minut trzykrotnie było gorąco pod bramką Bułgarów, piłka do siatki jednak wpaść nie chciała. Kolejna zmarnowana sytuacja już w 24’ kiedy to Awer Mabil spudłował z 10 metrów. Piłkarze Ludogortsa w niczym nie przypominali zespołu, który w cuglach zwyciężył Ligę Bułgarską. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie. W tym samym czasie Legia grała już kwadrans, a wynik spotkania taki sam jak w Razgradzie, natomiast po upływie takiej samej ilości minut Cluj przegrywało z Dinamo Zagrzeb 0:1, co znowu nie było dobrą informacją dla mistrza Polski z ubiegłego sezonu.

Druga połowa w Bułgarii znów zaczęła się od totalnej dominacji Midtjylland, natomiast pasmo niedokładnych podań nie pozwalało na zdobycie bramki. Napór i wysoki pressing Duńczyków przyniósł w końcu efekt w 78’ kiedy Junior Brumado zachował najwiecej spokoju i po zamieszaniu w polu karnym zapakował piłkę do bramki. Ten rezultat był wymarzony dla Legii, która sama po pierwszej połowie miała sporo kłopotów z podopiecznymi Henninga Berga. Tymczasem ze Szkocji dobiegła informacja że węgierski Ferencvaros również sprawia ogromną niespodziankę i po siedmiu minutach prowadził na Celtic Park 0:1. W tym momencie taki rezultat dawał Legii rozstawienie, jeśli sami przechyliliby szalę zwycięstwa na własną korzyść. Niestety powoli stawało się to misją ciężką do zrealizowania, ponieważ Lewczuk wyleciał z boiska za drugą żółtą kartkę.

Kiedy legioniści ofiarnie walczyli o awans, spotkanie w Bułgarii dobiegło końca i duńskie Byki sprawiły miłą niespodziankę wygrywając na wyjeździe 1:0. Rumuński Cluj także postanowił pobawić się emocjami Polaków i strzelił na 1:1 z Dinamo Zagrzeb, grającym tak jak stołeczny zespół w dziesiątkę, aby za chwilkę stracić gola. Żeby jednak ten rollercoster był na bogato, to zespół z Rumunii wyrównał w 93. minucie, przedłużając nadzieje Legii na rozstawienie. Niestety, w tym samym czasie Legia traci bramkę z rzutu karnego w dogrywce, zwiększajac szanse na rozpoczęcie co rocznego sezonu na „eurowpierdol” polskich drużyn. W tym momencie ekipa Vukovicia nie myślała już o rozstawieniu, ale o cudzie, aby odwrócić losy spotkania. Nadzieja jednak matką głupich i tuż po rozpoczęciu drugiej połowy dogrywki warszawiacy tracą gola na 0:2. Dopełniają tym samym czary goryczy.

W następnym roku polskie drużyny będą zaczynać kwalifikacje razem z krajami w których futbol to tylko zabawa. Po raz kolejny okazujemy się frajerami Europy trawiąc miliony euro na zawodników gorszego sortu, nie biorąc przykładu od Czechów czy Węgrów. Legia nie potrafiła wykorzystać atutu własnego boiska, a także pomocy ze strony Midtjylland i Ferencvarosu, którzy niespodziewanie wygrali swoje spotkania, gwarantując „wojskowym” rozstawienie w następnej rundzie.

I choć właściciel Legii realnie stawiał sprawę o awansie do Ligi Europy, a nie Ligi Mistrzów to odpadnięcie w tej rundzie elitarnych rozgrywek to hańba, wstyd, kompromitacja i skandal. Za chwilę również zacznie się debata o niepodyktowany rzucie karnym na Jose Kante, ale musimy jednak otwarcie i głośno powiedzieć, że mecz ma 90 minut i, że to koniec polskiej piłki klubowej. Trzeba to wszystko zaorać lub zrzucić na to bombę. Prezes Mioduski zapewne już szuka kupca na Karbownika i Luquinhasa, aby łatać budżet, co może sprawić, że legioniści nie zdobędą po raz drugi z rzędu mistrzostwa Polski.