Występy polskich ekip w europejskich pucharach od kilku lat na stałe zagościły w naszych kalendarzach. Dzięki nim Ekstraklasa nieprzerwanie się rozwija, wiąże się z tym jednak także spora odpowiedzialność organizacyjna – tak po stronie klubów, jak i zarządców rozgrywek. Pierwsze inwestują w logistykę i regenerację, liga musi stworzyć najkorzystniejsze warunki wielofrontowej konkurencji. Świetnym narzędziem do wspierania reprezentantów Polski w Europie jest układ terminarza. W jakim stopniu ułatwiał on rywalizację pucharowiczom?
Ekstraklasa od kilku lat próbuje wspomagać ekipy, które walczą na kilku frontach. W kwestii terminarza należy zwrócić uwagę na kilka kwestii. Pierwsza z nich to często stosowane ułatwienie inauguracji rund. Przed utworzeniem Ligi Konferencji gigantycznym wyzwaniem był sam awans polskiej ekipy do pucharów, toteż okres letni był maksymalnie odciążony. Ekstraklasa jasno wskazała, że mają oni unikać silnych rywali i dalekich wyjazdów.
Grunt to awansować?
Efektem założeń jest natłok trudnych meczów w zaawansowanej fazie rundy. W obecnym sezonie niemal każde spotkanie jawi się jako spore niebezpieczeństwo utraty oczek, jednakże patrząc na marzec i kwiecień pucharowiczów – hitów nie zabraknie. Ciekawie wygląda sytuacja Legii Warszawa, która jako jedyna odpadła po jesieni z pucharów. Kolejność rywali w obu rundach jest jednak identyczna, toteż „Wojskowi” mają przed sobą wir wymagających rywalizacji. Ich sytuacja w walce o utrzymanie jest o tyle korzystna, że ani razu nie zagrają w tygodniu. Najbliższe 11 meczów to starcia min. z Jagiellonią, Cracovią, Rakowem, Pogonią, Górnikiem, Lechem czy Widzewem. Do tego wyjazd do Radomia, który brzmi jak wyrok.
Być może należy zatem pomyśleć o nieco bardziej równomiernym rozłożeniu sportowego i logistycznego ciężaru – występy w fazach ligowych nie są już wyjątkiem, wszak w kampanii 2025/26 100% startujących w eliminacjach polskich drużyn zagrało jesienią.
Przykład ułatwień w początkowych fazach sezonu? Pierwsze bezpośrednie starcie pucharowiczów miało odbyć się dopiero w szóstej serii gier. Miało, gdyż spotkania Lecha z Rakowem oraz Legii z Jagiellonią zostały wówczas przełożone, właśnie z uwagi na zmagania w Europie.
Płynnie przeszliśmy zatem do drugiego narzędzia, którym jest przekładanie meczu na wniosek pucharowicza. W 2022 roku pojawiły się regulacje które umożliwiły klubowi rywalizującemu w w III rundzie eliminacji jednego meczu w lidze i jeszcze jednego w razie dostania się do fazy play-off.
„Przekładać czy nie przekładać?” – oto jest pytanie
Debata na temat skuteczności zmian terminów spotkań toczy się niemal nieustannie. Ma bardzo wielu zwolenników, pojawiały się jednak wyraźne zdania odmienne. W minionym sezonie Goncalo Feio wskazywał, że przekładanie meczów jest nieopłacalne: – […] Poza tym, proszę sprawdzić statystyki spotkań przeniesionych na inne terminy. To nigdy nie wychodziło na dobre. Dobre drużyny czasami mogą się potknąć w lidze, ale potrafią też reagować – mówił ówczesny trener Legii Warszawa.
Jak wyglądają statystyki? Nie licząc meczów przekładanych między pucharowiczami (np. Raków – Lech) to 24 mecze, 10 wygranych, 4 remisy i 10 porażek. Nie jest to zatem bilans wybitnie korzystny. Średnia 1,41 pkt na mecz dawałaby w tym sezonie ósmą pozycję w tabeli, w poprzednim nieco niższą. Statystyka wyglądała lepiej przed bieżącą kampanią, która pod tym względem jest rekordowo słaba. Przełożone na wniosek klubów mecze prezentują się następująco:
- Legia Warszawa 0:1 Piast Gliwice
- Motor Lublin 1:1 Jagiellonia Białystok
- Raków Częstochowa 0:1 Zagłębie Lubin
- Piast Gliwice 1:0 Lech Poznań
Dramat. Najlepiej na przekładaniu meczów wyszedł Piast, który zmienił trenera i wygrał oba spotkania z pucharowiczami. Wliczając mecze bezpośrednie, do zestawienia dołożymy dwa remisy. Wówczas średnia spada do 1,38 punktu na mecz. Można zatem z dzisiejszego punktu widzenia przyznać portugalskiemu trenerowi rację.
Mecze „popucharowe”
Najwięcej emocji budzi jednak ułożenie meczów w danej kolejce. Tutaj także liga wspiera ekipy grające w Europie. Naturalnie grający w czwartek pucharowicz nie może wybrać się do Lubina w piątkowy wieczór. Problem pojawił się jednak w obecnym sezonie, gdy do Ligi Konferencji dostały się aż cztery polskie zespoły. Najbardziej optymalnym dniem meczowym w połączeniu z pucharowym czwartkiem byłaby niedziela, w której jednak zwyczajowo w Ekstraklasie rozgrywane są trzy mecze. Gdzie zmieścić czwarte spotkanie? Jest kilka opcji.
Pierwsza to zaplanowanie jednego meczu na poniedziałek. Jesienią została jednak wykorzystana tylko raz – wówczas Legia zremisowała 1:1 w Lublinie. Co ciekawe, gdy wiosną sezonu 24/25 „Wojskowi” grali z Molde, także mecz wyjazdowy do województwa lubelskiego zaplanowano na poniedziałek. Także padł remis (3:3), jednak później Legia zdołała odwrócić losy dwumeczu z Norwegami, wygrywając po dogrywce 2:0.
Drugą jest rozegranie aż czterech meczów w niedzielę, co jesienią miało miejsce aż cztery razy. Dotychczasowy wyjątek zamienił się więc w pewien standard. Pojawia się pytanie, kto powinien wówczas grać o jakże zaszczytnej godzinie, piętnaście minut po południu. Patrząc na kolejki po meczu fazy ligowej – raz była to Jagiellonia, w drugim przypadku dwa mecze odbyły się o 14:45. Po trzeciej i czwartej rundzie eliminacji w niedzielę także odbyły się 4 spotkania, dwa o 17:30 i dwa o 20:15. Biorąc pod uwagę letnie temperatury powietrza, było to rozwiązanie zasadne. Tylko dwa razy pucharowicz grał w sobotę – był to Lech Poznań po środowych meczach eliminacji do Ligi Mistrzów.
Dla kibica konkretnej ekipy nie ma to większego znaczenia, niektórzy mogą narzekać na niedzielną grę o 12:15. Ogólna oglądalność równocześnie rozgrywanych meczów z pewnością cierpi, szczególnie że jesienią brak było łączonej transmisji obu spotkań.
Mecze „przedpucharowe”
Kolejnym instrumentem jest dostosowanie terminu meczu poprzedzającego tydzień pucharowy. Tutaj możliwości jest znacznie więcej, a ostatnia kolejka Ekstraklasy pokazała nam, jak spory rozdźwięk może wystąpić w tym aspekcie. Jagiellonia grała mecz z Cracovią w sobotę o 14:45, Lech mierzył z Piastem w niedzielę o 17:30. W komunikacie ligi nie znajdujemy genezy takiej decyzji. Dziwi ona tym bardziej, że starcie z Piastem poprzedzało wylot Lecha do Finlandii.
Obowiązują rzecz jasna także niepisane zasady. Wiadomo, że terminarz ustalany jest w porozumieniu z nadawcą transmisji telewizyjnej. To na wniosek Canal+ przed sezonem 2024/25 zmieniono godziny rozpoczęcia spotkań. Logiczne zatem jest to, że w godzinach największej oglądalności planuje się spotkania najbardziej uznanych marek.
Dzięki opakowanym transmisjom polskiej ligi niebywałego prestiżu nabrały piątkowe mecze, „Superpiątek” to zazwyczaj jeden z hitów piłkarskiego weekendu. Poza nim „prime time” to rzecz jasna wieczorna sobotnia rywalizacja i niedzielny mecz o 17:30 lub 20:15. Ta druga pora wykorzystywana jest jednak wyjątkowo: latem, lub gdy nie można rozegrać meczów innego dnia. Najczęściej niedzielne granie zamykała warszawska Legia – aż siedmiokrotnie! Drugi Lech grał w niedzielę o 20:15 ledwie dwa razy.
Jak wyglądały terminarze pucharowiczów przed tygodniem ze zmaganiami w fazie ligowej Ligi Konferencji?
- Lech Poznań pięciokrotnie grał w niedzielę.
- Legia Warszawa trzy razy w niedzielę, dwa w sobotę.
- Raków Częstochowa trzy razy w niedzielę, dwa w sobotę.
- Jagiellonia Białystok dwa razy w niedzielę, dwa razy w sobotę. Mecz z GKS-em Katowice miał odbyć się w niedzielę, lecz został odwołany ze względu na warunki atmosferyczne.
Zestawienie zamyka się na pięciu przypadkach, gdyż szósta kolejka fazy ligowej planowo odbyła się po weekendzie w którym Ekstraklasa pauzuje. Odbyły się wówczas jednak trzy zaległe mecze – Raków (14:45), Jagiellonia (17:30) i Legia (20:15) rozegrały dodatkowe starcie w niedzielę. W teorii zatem Lech miał nieco ciężej niż reszta pucharowiczów. Trzeba jednak brać pod uwagę także rozgrywki Pucharu Polski, które dwa razy odbywały się w tygodniu przed pucharami europejskimi.
Skomplikowane kwestie terminarzowe są jednak tylko drobną opłatą za gigantyczne tempo rozwoju ligi. Dzięki Lidze Konferencji Polska awansowała do czołowej dwunastki Rankingu UEFA. Już w tym sezonie dwie czołowe ekipy zagrają w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Wiele wskazuje także na to, że będą rozstawione w drugiej rundzie kwalifikacji, więc szansa na awans minimum do Ligi Europy jest spora. Żeby odciążyć czwartkowy termin, potrzebna jest piłkarska elita. Ta powinna nadejść, być może już w przyszłym sezonie. Jeśli nie, z dość sporym prawdopodobieństwem polskie ekipy powalczą w nim o top 10 w rankingu, które z automatu wprowadza drużynę do Ligi Mistrzów.
Hugo Braun