Udany debiut Michniewicza. Legia wykonała swój obowiązek

Share on facebook
Share on twitter
2020.09.24, Warszawa, Pilka nozna, UEFA Liga Mistrzow 2020/2021, III Runda Elimacyjna
Mecz Legia Warszawa - Drita FK
N/z Bartosz Slisz, Tomas Pekhart gol, bramka, radosc
Foto Rafal Oleksiewicz / PressFocus

2020.09.24, Football, UEFA Champions League 2020/2021, Third Qualifying Round
Legia Warszawa - Drita FK
Bartosz Slisz, Tomas Pekhart gol, bramka, radosc
Credit Rafal Oleksiewicz / PressFocus

Legia z debiutującym w roli trenera mistrza Polski Czesławem Michniewiczem pokonuje Dritę 2:0 i przechodzi do IV rundy eliminacyjnej Ligi Europy, gdzie zmierzy się z azerskim Karabachem Agdam. Wszołek i Pekhart strzelali, Legioniści nie powalali, a Kosowianie statystowali. Selekcjoner kadry U-21 w trzy dni nie zmienił za dużo w grze Polaków.

Legia jaka jest, każdy widzi. Jej europejskie batalie przyprawiają widzów o gęsią skórkę, wszakże trudno znaleźć klub z takim budżetem, który gromiłby północnoirlandzkie drużyny wynikami pokroju 1:0. Do tego wyśmienita postawa w lidze skutkująca porażkami z Jagiellonią i Górnikiem oraz męczarniami z Wisłą Płock. Warszawiacy trafili na kolejną trudną przeszkodę, tym razem mistrz ligi kosowskiej. Drita na swojej drodze zwyciężyła już macedoński Sileks. Co z tego? Ano polskie zespoły potrafiły odpadać z Macedończykami – przykład Cracovii i Shkendiji.

Legioniści od razu siedli na przeciwniku, trudno, żeby tego nie zrobili. Umówmy się, Drita raczej nie przyjechała na Łazienkowską w celu dominacji nad mistrzem Polski. Inna sprawa, że Czesław Michniewicz w 3 dni nie mógł przeprowadzić żadnych zmian taktycznych i oprócz zmian personalnych (debiut Valencii i Juranovicia) wyglądało to porównywalnie z Legią Vukovicia. Dużo podań wokół szesnastki, nieudane dośrodkowania i fantazyjne podrygi Luqhiniasa. Pierwsza groźna akcja „Wojskowych” pojawiła się dopiero w 16. minucie. Wcześniej wspomniany Portugalczyk został wykoszony równo z trawą, do wolnego poszedł Mladenović i huknął w poprzeczkę. Później groźnie zakotłowało się w szesnastce Polaków, spowodował to głupi faul na żółto Wieteski po długiej ladze Drity i dośrodkowanie ze stałego fragmentu gry.

Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź, Slisz przerzucił ciężar gry ze środka na skrzydło do Mladenovicia, lewy obrońca zacentrował w pole karne, a tam w 24. minucie znalazł się Paweł Wszołek. Gra się na dłuższą chwilę uspokoiła, co prawda podopieczni Czesława Michniewicza parli do przodu, jednak kosowscy obrońcy sprawnie radzili sobie z niebezpieczeństwem. Niemniej jednak po 42 minutach wynik zmienił się na 2:0. Po serii wywalczonych kornerów udało się w końcu dojść do dośrodkowania Mladenovicia Pekhartowi i groźny w powietrzu Czech umieścił piłkę w siatce.

Mimo dwóch bramek trudno prawdziwie chwalić Legię. Z ich atakami przez większość czasu radzili sobie, co by tu nie mówić, dosyć mierni piłkarze mistrza Kosowa. Grę cechowała dużo niedokładność podań, brak zagrań na jeden kontakt i notoryczne wrzutki, z których zwykle nic nie wynikało. W skrócie – typowa Legia Vukovicia, tylko już bez serbskiego trenera. Pojawił się w końcu wyższy pressing, choć mając takiego oponenta to tylko formalność.

Legia rozpoczęła drugie 45 minut od groźnie uderzonego przez Bartosza Slisza rzutu wolnego, który zmusić golkipera przeciwnika do piąstkowania nad poprzeczkę. W 51. minucie cudowną okazję miał Paweł Wszołek. Joel Valencia dostał dopieszczoną długą piłkę, przerzucił z jednego końca szesnastki na drugi, tym samym prezentując futbolówkę polskiemu skrzydłowemu, który zmusił Maloku do wyciągnięcia się jak struna. Kosowianie jakoś rozbudzili się, a razem z nimi ich chęci na zdobycie kontaktowej bramki.

Mimo dosyć szczelnej defensywy Drita dochodziła do głosu, oczywiście poprzez kontrataki. Nie było jednak mowy o zagrożeniu, po prostu legioniści oddali trochę inicjatywy i lekko cofnęli się na swoją połowę. Choć starania „Wojskowych” nie ustały, to wydarzenia meczowe się uspokoiły. Po zejściu Luquinhasa trudno było o jakieś ciekawe konstruowanie akcji, skupiano się na niecelnych wrzutkach i nabijaniu bocznych obrońców. Z minuty na minutę wyglądało to gorzej, zmiennicy nie wprowadzili nowej jakości, a starą biedę. Ostatnie 30 minut było bardzo nudne, bardzo leniwe i bardzo minimalistyczne. Jasne, oszczędzano energię, jednakże Lech Poznań ogrywając 5:0 Apollon na wyjeździe zrobił apetyt na bezkompromisowe odprawianie zagranicznych klubów z kwitkiem. Jeszcze w 88. minucie Bartosz Kapustka świetnie odnalazł dośrodkowaniem Jose Kante, którego strzał głową nie zmieścił się w światle bramki. W 90. minucie Alidema po składnej akcji Drity i rozkojarzeniu obrony warszawiaków został zatrzymany sprawnie przez Artura Boruca. 2:0, meh.

Co tu dużo mówić, pozostałości po Vukoviciu trudno będzie usunąć. Oczywiście nie zamierzam nijak oceniać pracy Michniewicza po 3 dniach spędzonych w klubie. Niemniej jednak Legii należy się krytyka. Nie rozumiem tak zachowawczej gry w spotkaniu z kosowskim zespołem, nie rozumiem gry na niesprawdzonych schematach. Liczba wrzutek (w szczególności nieudanych) jest niewyobrażalnie duża, do tego dochodzi niedokładność podań i póki co brak wkomponowania w zespół nowych transferów. Juranović i Valencia nie zrobili żadnej różnicy, ten pierwsze nieźle radził sobie w obronie, ale nie trzeba być jakimś geniuszem defensywy, by neutralizować ataki Drity. Kolumbijczyk zaś był przez większość czasu totalnie niewidoczny, na jego skrzydle rządził Filip Mladenović, który zaliczył dzisiaj dwie asysty. Na pochwałę zasłużyli właśnie lewy obrońca oraz Paweł Wszołek. Strzelec pierwszej bramki był bardzo aktywny, ale nie za bardzo miał z kim grać, szczególnie po ściągnięciu Luquinhasa. Bardzo dorośle wyglądał także Slisz, dokonał widocznego progresu względem poprzedniego sezonu.

Czy widzę potencjał? Kadrowa jakość tego zespołu jest ogromna i ci piłkarze będąc w formie mogą być nie do zatrzymania. Wystarczy spojrzeć na samą ławkę: Kapustka, Antolić, Gwilia, Lopes, Kante. Każdy z tych zawodników mógłby być gwiazdą innych ekstraklasowych drużyn, a dzisiaj nie zmieścili się w pierwszej jedenastce. Liczę na to, że nowy trener Legii zdąży ogarnąć podopiecznych jeszcze przed IV rundą eliminacyjną, bo w obecnej formie nie widzę większych szans na awans. O tyle dobrze, że kompromitacją ani razu nie zaśmierdziało.

Legia Warszawa – Drita Gnjilane 2:0

Bramki: Paweł Wszołek 24’, Tomáš Pekhart 43’

Żółte kartki: MateuszWieteska, Paweł Wszołek – Hamdi Namani

Legia Warszawa: Artur Boruc –Josip Juranović, Mateusz Wieteska, Artur Jędrzejczyk, Filip Mladenović – Paweł Wszołek, Bartosz Slisz, Michał Karbownik, Luquinhas (67’, Bartosz Kapustka), Joel Valencia (63’, Walerian Gwilia) – Tomáš Pekhart (71’, José Kanté).

Drita Gnjilane: Faton Maloku –Vladica Brdarovski (66’, Erjon Vuçaj), Fidan Gërbeshi, Ardian Cuculi, Ilir Blakçori –Xhevdet Shabani, Hamdi Namani, Bujar Shabani, Almir Ajzeraj (74’, Festim Alidema) – Astrit Fazliu, Kastriot Rexha (56’, Betim Haxhimusa).

Sędzia: Halis Özkahya (Turcja)

Stadion: Stadion Miejski Legii Warszawa im. Marszałka J. Piłsudskiego

MVP: Filip Mladenović