Zaranie piłkarskiej wiosny budziło u wielu sympatyków Lecha Poznań poważne obawy. Mało kto jednak zakładał wejście w nowy rok zmagań dwiema porażkami. Upragniona obrona tytułu znacznie się oddaliła, a Kolejorz stracił miejsce na potknięcia. Z kolei Górnikowi Zabrze marzy się 15. gwiazdka. Zespół Gasparika chciałby w bieżącej kampanii dokonać historycznego powrotu na tron. W najbliższą sobotę obie ekipy spotkają się w ramach 20. kolejki Ekstraklasy. Konfrontacja przy Roosevelta powie nam bardzo wiele na temat obecnej dyspozycji mistrza. Czego można spodziewać się po ekipie Frederiksena w hicie weekendu?
Charakterystycznym elementem ostatnich kilkunastu miesięcy w postawie Lecha Poznań jest umiejętność spektakularnego przebijania balona z nadziejami. Sezon postmistrzowski ponownie wiąże się ze sporymi perturbacjami ligowymi. Ekipa Frederiksena wplątała się w wiele niepokojących serii. Wyciąganie daleko idących wniosków po dwóch spotkaniach w temperaturze kilkunastu stopni Celsjusza na minusie byłoby pochopne. W postawie mistrza pojawiło się jednak sporo czerwonych flag, które potwierdzają jesienne obawy.
Bilans Lecha na poziomie Ekstraklasy to 19 meczów, sześć zwycięstw, osiem remisów i pięć porażek. Statystyka mówi sama za siebie. Ponadto na dziewięć ostatnich gier ligowych ekipa z Poznania triumfowała ledwie raz. Należy jednak zaznaczyć, że na przestrzeni ostatniej dekady łączenie gry w Europie z ligą sprawiało polskim drużynom gigantyczne trudności. Lech Frederiskena rywalizuje na trzech frontach jednocześnie po raz pierwszy, toteż można było spodziewać się pewnych przewrotności.
Ligowa postawa jest jednak czymś więcej, niż perturbacją. Jeśli silny zespół powinien stać na dwóch nogach, to jedną z kończyn mistrzowskiego Lecha były mecze przy Bułgarskiej. W obecnej kampanii ktoś ją brutalnie wyłamał, gdyż w meczach domowych Kolejorz zdobył dotąd zaledwie 13 oczek (czwarty najgorszy wynik). Wprawdzie ograł w sierpniu dwie silne ekipy, jednakże od zakończenia lata kibice uczęszczający na ligowe mecze najczęściej wracali do domów wściekli. Spotkania miały często dość obiecujący przebieg, w decydujących momentach ekipa Frederiskena jednak zawodziła. Zupełnie przespany początek starcia z Motorem, nieporadność w meczu z Pogonią czy majstersztyk rywali w końcówce z Zagłębiem – w ten sposób mistrz w lekkomyślny sposób zaprzepaścił szansę na siedem dodatkowych oczek.
Kardynalne pomyłki
W miniony wtorek kibice Kolejorza przeżyli deja vu. Starcie z Piastem przyniosło charakterystyczne dla irytującej wersji Lecha momenty. Początek spotkania był kompromitujący. W ciągu pierwszego kwadransa na placu gry była tylko ekipa gospodarzy. Gracze Frederiskena nie mieli pojęcia, co zrobić z futbolówką. Wyprowadzenie było karą, a Wojciech Mońka w desperacji wybiegł nawet z piłką za linię boczną. Tymczasem Piast się rozpędzał, a jego ofensywni boczni obrońcy nieśli spore zagrożenie.
Duński szkoleniowec tłumaczył na pomeczowym briefingu, że planem było posyłanie dłuższych piłek. Istotnie, po kilkunastu minutach był to powtarzalny element w grze Lecha. W obliczu bardzo trudnych warunków atmosferycznych były to założenia wskazane, co goście pokazali w końcówce pierwszej części. Gdy wydawało się, że piłkarze z Poznania wrócą do spotkania, nadszedł drugi niebywale irytujący aspekt. Luis Palma we własnej „szesnastce” zupełnie odłączył wtyczkę z zasilaniem rozsądku, a spadająca przez kilka sekund piłka trafiła Honduranina w rękę. Gwiazdor wypożyczony do ekipy z Poznania był krytykowany po spotkaniu, wielu obserwatorów wskazywało na brak liczb ofensywnego piłkarza. Palma potrafi jednym zagraniem zrobić wrażenie, po którym wiele grzechów jest mu wybaczanych. Po widowiskowej akcji w Gliwicach mógł trafić z dystansu, nieznacznie się jednak pomylił. W ostatnich spotkaniach jednak brakuje mu ostatnich podań i trafień, być może paradoksalnie dzięki temu jego wykup będzie bardziej przystępny.
Bohaterem pierwszej części został Bartosz Mrozek. Jeśli celem sprowadzenia Plamena Andreeva było wzmożenie rywalizacji i pobudzenie 25-latka, na podstawie pierwszych meczów możemy orzec, że pion sportowy trafił w dziesiątkę. Problemy Lecha obrazuje fakt, że w tym czasie Polak wpuścił cztery bramki i był na nieznacznym minusie pod kątem uratowanych goli oczekiwanych, a i tak jest najjaśniejszą postacią w ekipie z Poznania.
Zgrzytające zęby
Kluczowym aspektem ostatnich porażek jest rażąca skuteczność, w obu spotkaniach Lech wykręcił łączny współczynnik goli oczekiwanych na poziomie ponad pięciu. Piłka w bramce rywali lądowała jednak raz. Lech w Gliwicach taktycznie od około 20. minuty spotkania wyglądał solidnie do momentu uderzenia. Antybohaterem został okrzyknięty Pablo Rodriguez, który paradoksalnie nie wyglądał najgorzej. Hiszpan genialnie obsłużył Bengtssona, który zmarnował stuprocentową okazję. W drugiej części po świetnie rozegranym stałym fragmencie piłkę do Rodrigueza zgrał Ishak, a ten wybił ją… do Zabrza.
We wtorkowy wieczór Rodriguezowi po raz trzeci zdarzyło się koszmarne pudło w kluczowym momencie. Jesienią nie trafiał bowiem w newralgicznych sytuacjach w starciach z Rayo Vallecano i Arką Gdynia. Przy minusowych temperaturach zawodnikom często zamarzają stopy, tutaj jednak pomyłka była niewytłumaczalna. Mimo kiksu uważam, że Hiszpan powinien w dalszym ciągu wychodzić od pierwszej minuty, nieźle spisywał się w realizacji meczowej strategii.
Martwić może dyspozycja kapitana. Mikael Ishak w ostatnich dwóch starciach zmarnował dwie świetne okazje. Biorąc pod uwagę klasę Szweda, były to setki. Snajper zaliczył 200. występ w barwach Lecha, w przeszłości potrafił świetnie radzić sobie z przestojami. Jego niemoc powinna wkrótce minąć.
Stracona bramka stanowi kropkę nad „i” w indolencji piłkarzy z Poznania. Joel Pereira niedługo po wejściu na boisko zupełnie zgubił we własnej „szesnastce” Andreasa Katsantonisa. Nie najlepiej zachował się także Wojciech Mońka. Była to seria błędów indywidualnych Kolejorza.
Nuta optymizmu?
Mecze z Lechią i Piastem przegrane zostały w odmiennych aspektach. W sobotniej konfrontacji strategia zawiodła na całej linii, plan trenera Frederiksena mógłby być przepisem na to, jak spotkanie z ekipą Carvera przegrać. Duńczyk mówił po meczu, że chciał zagrać „jak w sezonie mistrzowskim”. Sęk w tym, że taktyka z kampanii 2024/25 nie pasowała ani do warunków, ani do ustawienia, ani przede wszystkim do rywala.
Brawurowe granie „w piłkę” przy kilkunastostopniowym mrozie to wydanie na siebie wyroku, czego efektem były rozmaite błędy indywidualne. Trudno wybrać sobie bardziej wymagającego rywala do wymiany ciosów, niż naładowaną ofensywną energią Lechię. Jesienią dostaliśmy sporo dowodów na to, że do takiej strategii potrzebny jest także solidny defensywny pomocnik. Można jednak odnieść wrażenie, że teraz ktoś o tym zapomniał. W czwartek minął termin zgłaszania kadry do Ligi Konferencji, klub nie poinformował jednak, jacy piłkarze się w niej znaleźli. Można domniemać że do dyspozycji trenera będzie Ouma. Mówiąc najprościej: Kenijczyk „jest jaki jest, ale jest”. W obliczu kontuzji Radosława Murawskiego to jedyny zawodnik, który jest nominalną „szóstką”. Do zdrowia wraca także Gisli Thordarson. To rozwiązanie jednak nie ma wiele wspólnego z pewnością, której pożąda się na tej pozycji w Poznaniu.
„Pewność” to słowo klucz przy okazji Kolejorza w tym sezonie. Wielu wskazywało Lecha jako kandydata do obrony tytułu, zawsze jednak pojawiało się zastrzeżenie, że w spotkaniach Dumy Wielkopolski nagle dzieją się rzeczy niewytłumaczalne. Do trenera można mieć sporo pretensji, choćby o ustawienie personalne w niektórych meczach. Warto jednak zaznaczyć, że o ile we wtorkowym spotkaniu plan był optymalny, to wykonanie kluczowych zagrań zawiodło niemal na całej linii. Sztab szkoleniowy wyciągnął pewne wnioski, można zatem podejść do sobotniego starcia z nutą optymizmu.
Górnik Zabrze to bardzo silny przeciwnik, u siebie podopieczni Gasparika ulegli ostatnio 31 sierpnia ubiegłego roku. Dla 14-krotnych mistrzów będzie to starcie o kierunek na końcówkę sezonu. W przypadku wygranej pojawią się spore nadzieje na 15. tytuł. Obu ekipom towarzyszyć będzie gigantyczna presja. Lechowi skończyły się miejsca na potknięcia.
Hugo Braun