Tego nabyć się nie da. Jak Jagiellonia ograła „Nowy Widzew”?

Screenshot

Wydarzenia okołoboiskowe dostarczają kibicom Widzewa Łódź ponadnormatywnej dawki emocji. Od momentu zmiany większościowego właściciela klub stawia organizacyjne kroki naprzód. Kwoty transferowe robią wrażenie na tle zdecydowanie silniejszych lig, problem pojawia się jednak wówczas, gdy wybrzmiewa pierwszy gwizdek arbitra. W minioną sobotę rozpoczął się kolejny etap budowy Wielkiego Widzewa – na inaugurację rundy wiosennej RTS podjął Jagiellonię Białystok. Kolejna porażka nie poprawiła sytuacji ekipy z Łodzi, po 19. kolejce znalazła się ona w strefie spadkowej. 

Pierwsze spotkanie rundy wiąże się z wielkimi oczekiwaniami, tym razem nie było inaczej. Zimowe okienko w obozie Widzewa i Jagiellonii przebiega w zupełnie odmiennych nastrojach. Według nieoficjalnych informacji RTS wydał na wzmocnienia wcześniej niespotykane 13,2 miliona euro, bijąc po drodze kilka rekordów. Do klubu trafiło siedmiu uznanych graczy o zróżnicowanej charakterystyce, mających zapewnić niemal natychmiastową poprawę wyniku sportowego. 

Jagiellonia straciła w sumie trzech skrzydłowych: młodego Oskara Pietuszewskiego a także nieporadnych jesienią Pripa i Cantero. Zastępcy budzą jeszcze więcej wątpliwości. W ostatnich dniach Łukasz Masłowski sięgnął po Nahuela Leivę, który po wyjeździe ze Śląska Wrocław nie podołał w izraelskiej ekipie Maccabi Hajfa. 

To było zderzenie dwóch rzeczywistości: agresywnie budowany Widzew kontra długodystansowa Jagiellonia. Mimo trudnych warunków atmosferycznych kibice wypełnili stadion, przed pierwszym gwizdkiem na trybunie C pojawił się kartonowy napis: „chcemy być wyżej”. Kibice RTS-u manifestowali niezadowolenie z pozycji w tabeli, przed 19. kolejką Widzew był tuż nad kreską. W wyjściowej jedenastce gospodarzy na mecz wybiegło czterech nowych graczy: Bartłomiej Drągowski, Christopher Cheng, Lukas Lerager oraz bohater rekordowego transferu – Osman Bukari. 

Wybrzmiał pierwszy gwizdek sędziego Raczkowskiego, Widzew w swoim stylu rozpoczął od intensywnego naporu. Zmarznięta murawa dała się gościom we znaki – w ciągu kilku minut piłkarze Jovicevica stworzyli sobie dwie groźne okazje. Na połowie przeciwnika brakowało jednak precyzji i optymalnej decyzyjności. Z czasem spotkanie się wyrównało, dochodziło do wielu pojedynków. Mimo kilkunastu stopni Celsjusza na minusie temperatury odczuwalnej kibice głośno wspierali gospodarzy, ci jednak nie potrafili stworzyć klarownej sytuacji do zdobycia bramki.

„One to watch”

Z czasem goście nabierali odwagi. W strefie wysokiej szczególnie błyszczał Bartosz Mazurek. Młody piłkarz wielokrotnie zaskakiwał rywala odważnymi decyzjami z piłką przy nodze, a przyzwoity okres spuentował trafieniem, Strzałem z pola karnego dał gościom prowadzenie, choć miał przy tym pewną dozę szczęścia. Przed zejściem do szatni kolejną groźną okazję miał Pululu. 

Druga część rozpoczęła się podobnie, jak pierwsza. Widzew stworzył groźną okazję, pomylił się jednak Bukari. Jagiellonia potrafiła wytrzymać chwilowy napór gospodarzy, o czym po spotkaniu wypowiadał się Adrian Siemieniec:.- Wiedzieliśmy z jaką skalą oczekiwań po stronie przeciwnika się zmierzymy. Przez to też mieliśmy wyobrażenie o tym, jaki scenariusz meczu może nas czekać. Widzew może przejąć kontrolę, zagrać wysoko, zdominować ten mecz. Mamy jakieś doświadczenie z gry na wyjeździe z zespołami, które chcą przybrać taki scenariusz spotkania. Te doświadczenia pomagają nam zarządzić sytuacją w takich meczach. Mniej więcej wiemy czego nam potrzeba, jak musimy reagować.

Początek obu części spotkania był kluczowym taktycznie fragmentem spotkania przy Alei Piłsudskiego. Neutralizacja zapalonego przeciwnika pozwoliła Białostoczanom wyruszyć do realizacji ofensywnych planów. Po dziesięciu minutach drugiej części ponownie zrobiło się groźnie pod bramką Drągowskiego, gdy w polu karnym padł Pululu. 

„Nowe” rzuty karne?

Sędzia Raczkowski po interwencji VAR-u wskazał na wapno. Ta decyzja odbiła się w mediach gigantycznym echem. Ekspert Canal+ Sport, Adam Lyczmański, stanowczo odniósł się do decyzji arbitra. – Tutaj ten kontakt być może minimalny jest, natomiast nie jest to w mojej ocenie rzut karny – wskazał. Założeniem na rundę wiosenną dla sędziów miało być podwyższenie progu przewinienia przy wskazaniu na wapno, hasłem często się pojawiającym było „brak miękkich karnych”. 

W sytuacji z 52. minuty konfrontacji w Łodzi Pululu zastawia piłkę, a Julian Shehu kopie przeciwnika w podudzie. O ile można zgodzić się z argumentem, że upadek napastnika był wyolbrzymiony, to brak jedenastki w tej sytuacji byłby jednak zdecydowanie większą kontrowersją. Nastąpił wyraźny kontakt między zawodnikami, Albańczyk próbował wybić piłkę z opóźnieniem. Wątpliwości pozostają na tle faktu, iż w myśl przepisów interwencja VAR-u powinna nastąpić przy „jasnym i oczywistym” błędzie boiskowym. Trudno jednak nie przychylić się do interpretacji sędziego VAR – Tomasza Musiała, którą podzielił chwilę później arbiter główny. 

Atmosfera na stadionie zrobiła się niebywale gęsta, doszło do kilku konfrontacji między zawodnikami. Były one o tyle istotne, że przy minusowej temperaturze powietrza przestoje były dla graczy bardzo kosztowne. Po spotkaniu Bartłomiej Pawłowski mówił o „gotowaniu się” w trakcie przerw w grze. Były one bolesne dla publiczności o tyle, że jednocześnie upływał czas, a Widzew przegrywał dwoma, a później trzema bramkami. 

Czerwona flaga

Kategoryczna ocena zespołu czy nowych piłkarzy po jednym meczu rundy byłaby irracjonalna, należy jednak postawić pewne zastrzeżenia. W ostatnich kilkunastu miesiącach znacząco zmienił się profil klubu, który stał się teraz zespołem piłkarzy z wielkim CV. Martwić może sytuacja, do której doszło przed wykonaniem rzutu karnego. Piłkę w celu oddania strzału zabrał Bukari, lecz błyskawicznie u jego boku pojawił się Bergier. Między piłkarzami doszło do nieporozumienia, w którego efekcie piłkę zabrał Shehu, ustawiając ją na jedenastym metrze. Po krótkiej wymianie słów między pomocnikiem a napastnikiem, były snajper GieKSy pewnie egzekwował jedenastkę. 

Tarcia występują w niemal każdym zespole, nie można jednak uzasadniać takiego zachowania przy stanie 0:3. Nie dość, że zawodnicy tracą czas, to jeszcze pokazują niebywałą dezorganizację. Widzew rozwścieczył kibiców przebiegiem rywalizacji, a do tego teoretycznie kluczowe postaci postanowiły dolać oliwy do ognia. Fakt ten dziwi tym bardziej, że trener Jovicević wielokrotnie odwoływał się do mentalności i jedności w ekipie. 

Juljan Shehu dotąd wyróżniał się na tle ekipy wysoką koncentracją, ale w sobotnim meczu zupełnie jej zabrakło. Wybory Albańczyka pozostawiały wiele do życzenia, a zachowanie w sytuacji gdy Wdowik zagrał piłkę z wrzutu o plecy pomocnika zupełnie obnażyła beznadziejny występ. 

Nowe twarze

Indywidualne meldunki nowych piłkarzy nie były najgorsze, najwięcej optymizmu wlał Emil Kornvig. Duńczyk przeniósł z norweskich boisk ofensywne zacięcie, kilkukrotnie znalazł się w polu karnym rywala. Wygląda na faworyta do wyjściowej jedenastki na stracie z GKS-em Katowice. Największe oczekiwania wzbudzał Osman Bukari. Ghańczyk również przeniósł swoje atuty z innych lig do Ekstraklasy. Przy otwartej przestrzeni potrafi być bardzo groźny. W sobotnim meczu powinien wykorzystać dogodną okazję, czego nie zrobił i pozostawił po sobie dość ambiwalentne pierwsze wrażenie. 

Cristopher Cheng za to wykazał się niedbałością przy pierwszym golu. Ponownie Widzew ma do czynienia z ofensywnie grającym bocznym obrońcą. W ustawieniu 1-4-4-2 potrzebna jest przede wszystkim solidność w defensywie – być może Norweg pokaże ją w kolejnych starciach. Największe zastrzeżenia można było mieć do postawy znanych z rundy jesiennej napastników. Bergier i Zeqiri w ostatnich meczach poprzedniej rundy całkiem nieźle współpracowali, lecz w starciu z Jagiellonią było jednak zupełnie inaczej. Zawodnicy podwajali pozycję, często w nieprzydatnym miejscu. Pomocnik prowadzący piłkę widział w centrum mur ustawiony z pomocników Jagiellonii, piłkarze RTS-u nie stwarzali mu możliwości zagrania. 

Obecność Szwajcara nie wniosła niemal nic. Jest to zjawisko powtarzalne, znane z wielu meczów rundy jesiennej. W ciągu 56 minut zaliczył 15 kontaktów z piłką, stoczył 9 pojedynków. Dopiero po meldunku Kornviga gra nieco się ożywiła. 

Goście na stabilnym szlaku

W dyskusji o sobotnim spotkaniu pojawia się pytanie: Jagiellonia była mocna, czy Widzew był słaby? Z pewnością nie było to w wykonaniu gospodarzy spotkanie beznadziejne. Potrafili docierać do trzeciej tercji, tam jednak brakowało umiejętności stworzenia klarownej okazji. Oddali aż 17 uderzeń, ponad trzy razy więcej niż rywal. Trener Jovicevic przed spotkaniem mówił sporo o pragmatyzmie, który przy zmarzniętej murawie miał okazać się kluczowy. Tak w istocie było, sęk w tym, że wykład z wykorzystywania meczowych okoliczności zaprezentował Adrian Siemieniec. Jagiellonia oddała trzy strzały celne, z których każdy zakończył się golem. Goście kontrolowali mecz z piłką i bez niej, pokazali obycie w warunkach Ekstraklasy.

Jagiellonia ma coś, czego narazie brakuje Widzewowi – ciągłość w pracy trenera z zawodnikami. Na placu gry przebywa kilku liderów, którzy potrafią wdrożyć nowe, często młode twarze. To aspekt, którego kupić się nie da. W ekipie z Łodzi dotychczasowi liderzy, Shehu i Pawłowski, pozostali zupełnie bezbarwni. 

Wielu kwestionuje trenera Jovicevica, trzeba jednak wskazać, że na start rywal był bardzo wymagający. Z drugiej strony Chorwat wielokrotnie odwoływał się do mentalności i organizacji, której w sobotę wyraźnie brakowało. Gwałtowne rewolucje rzadko kończą się pozytywnie, zwykle wymagają czasu i cierpliwości. Na szczęście dla kibiców RTS-u, Robert Dobrzycki wydaje się dość odporny. 

Hugo Braun