Szkoła rocka – Curtis Jones zwycięzcą konkursu talentów The Reds!

Share on facebook
Share on twitter
Curtis_Jones_2017

W trzeciej rundzie FA Cup piłkarze Liverpoolu rozprawili się z odwiecznym rywalem, pokonując sąsiadów z Goodison Park 1:0. Ozdobą spotkania był fantastyczny gol osiemnastoletniego Curtisa Jonesa dla którego było to premierowe trafienie w barwach „The Reds”.

Nerwowe akordy kapeli grającej swój premierowy koncert

Z wyjątkiem przewagi w pierwszym kwadransie spotkania, kiedy Adrian San Miguel musiał trzykrotnie interweniować po strzałach między innymi Richarlisona i Dominica Calverta-Lewina, podstawowa jedenastka The Toffees nie przysporzyła Scouserom problemów na tyle dużych, żeby pokusić się w tym spotkaniu o wyjście na prowadzenie.

Wydarzenia te nastąpiły chwilę po tym, gdy James Milner próbując powstrzymać szarżującego Theo Walcotta, nabawił się urazu mięśniowego wskutek interwencji we własnym polu karnym. Problem okazał się na tyle poważny, że Milner musiał przedwcześnie, bo już w 9. minucie meczu opuścić murawę.

W jego miejsce na boisku pojawił się dziewiętnastoletni Yasser Larouci, zabrany na to spotkanie z drużyny Liverpoolu U23. Trzeba przyznać, że na przestrzeni całego spotkania nie dało się odczuć utraty jakości na lewej flance za którą odpowiedzialny był zmiennik Milnera ściągnięty w 2017 roku z akademii Le Havre.

Bębniarze nadający rytm

Nadzwyczaj dobrze spisała się środkowa formacja na której czele stał Adam Lallana, wspierany przez hiszpańskiego dyrygenta Pedro Chirivellę.

Pomimo braku liderów środka pola, zmiennicy utrzymali wysoki poziom agresywności a momentami wręcz podnosili poprzeczkę, jeśli chodzi o umiejętności od strony czysto technicznej.

W początkowym fragmencie meczu, średnio do tempa i zaangażowania swoich kolegów potrafił się dopasować Curtis Jones. Jednak wszystko co najlepsze mieliśmy od niego otrzymać dopiero w końcowym wymiarze partii, kiedy po zejściu Harveya Elliotta, zmienił on pozycję i zastąpił rodaka na prawym skrzydle.

Szesnastoletni Elliott ściągnięty przed sezonem z Craven Cottage, raz za razem wiercił dziurę w brzuchu występującemu na lewej obronie Lucasowi Digne nie dając mu choćby chwili na złapanie oddechu.

Pierwsze dźwięki wydawane przez japońskie klawisze

Większość oczu skierowana była na filigranowego Japończyka, debiutującego w czerwonym trykocie The Reds. Takumi Minamino, bo o nim mowa, zaliczył udane przetarcie. Aktywnie poruszał się w wyznaczonej strefie napadu. Starał się kilkukrotnie rozegrać futbolówkę, agresywnie napierał na obrońców, co w jednej sytuacji o mało nie przyniosło mu trafienia. Piłka dostarczona z prawego sektora przez Neco Williamsa o centymetry minęła „Takiego” który – gdyby ją sięgnął – bez problemu trafiłby do siatki ku uciesze rozentuzjazmowanego tłumu.

Mocny akcent brytyjskiej fali rocka

Jeśli już jesteśmy przy Neco, warto zwrócić uwagę na doskonały występ tego kolejnego już wychowanka. Można zauważyć u niego cechy, przemawiające za byciem kopią Trenta Alexandra-Arnolda.

Odważna gra do przodu, doskonale ułożona prawa stopa i przede wszystkim podłączanie się oraz zapoczątkowywanie akcji ofensywnych. Z porównaniem do utytułowanego starszego kolegi, należy się nieco wstrzymać, choć trudno będzie mu przed nimi uciec.

Czerwona fabryka prawych obrońców wypuszcza na świat kolejny produkt, obok którego trudno przejść świadomym fanom futbolu obojętnie i jestem przekonany, że jeszcze niejednokrotnie o tym chłopaku usłyszymy.

Riff wprawiający w osłupienie

Wracając do wydarzeń meczowych, druga połowa toczyła się pod znakiem wyraźnej przewagi młodych piłkarzy The Reds. Coraz większa dominacja doprowadziła ostatecznie do wykreowania sobie decydującej akcji bramkowej.

Divock Origi, bo warto podkreślić jego decydującą rolę przy tym trafieniu, przez całe spotkanie umiejętnie uciekał obrońcom rywala i rozgrywał piłkę z lewego skrzydła. Nie inaczej stało się w 71. minucie, kiedy na skraju szesnastki w szybkiej klepce wymienił dwa podania z Curtisem Jonesem. Następnie odegrał mu przed linię wyznaczającą koniec pola karnego, a wychowanek The Reds pozwolił sobie na odrobinę magii, posyłając prawą nogą strzał skierowany pod samą poprzeczkę przelatującego nieopodal Jordana Pickforda.

Strzał był na tyle precyzyjny, że próbujący sięgnąć piłkę Anglik w rywalizacji ze świstem piłki wpadającej do jego bramki, pozostał bez najmniejszych szans.

Ekspresyjna radość trybun sprawiła, że stadion niemal eksplodował po szczerej i niezwykle radosnej chwili jaką osiemnastolatek miał okazję przeżywać w miejscu w którym spędził cały swój żywot.

Decydujący ton

Do końca spotkania piłkarze The Reds zachowali pełną koncentrację a Joe Gomez wspierany w defensywie przez Yassera Larouciego nie pozwolił sobie choćby na najmniejszy błąd i bezproblemowo doprowadził znacznie mniej doświadczonych kolegów do zachowania kolejnego czystego konta.

Jeśli ktoś wątpił w stabilizację formy Big Joe i sprowadzał rewelacyjną dyspozycję tego środkowego obrońcy jedynie do partnerowania Virgilowi van Dijkowi, miał okazję się przekonać, że Gomez może być równie wartościowym liderem całej formacji. Jest w stanie wyłączyć przeciwnika z łatwością jaką fani Evertonu gasili teleodbiorniki po końcowym gwizdku Michaela Olivera.

Czas zadumy

Carlo Ancelotti opuszczał stadion największego rywala ze niewyraźną miną. Na pomeczowej konferencji dodał jedynie, że muszą zasiąść we własnym gronie i na spokojnie porozmawiać o tym co zaszło w trakcie konfrontacji przeciwko dzieciakom z Anfield.
Możemy być zatem pewni burzy jaka niebawem rozpęta się po niebieskiej stronie miasta.

Niektórzy od pewnego czasu non stop zadają sobie pytanie czy obecny Liverpool da się w ogóle pokonać. Tworzą zbędne tezy, podburzają do prowadzenia niepotrzebnych dyskusji.

Myślę, że nie można tego wykluczyć, jednak Everton nie był wystarczająco godnym rywalem, by móc tego dokonać a już na pewno nie na Anfield, gdzie mentalnych potworów Jurgena Kloppa przegrywać nie nauczono.

Krzysiek Perchał

Obserwuj autora na twitterze. Możesz to zrobić tutaj.