Święto małopolskiego futbolu. Bruk-Bet Termalica remisuje z Pogonią Szczecin na powitanie Ekstraklasy w Niecieczy

Zdjęcie własne

Na inaugurację sobotniego grania zmierzyły się ze sobą drużyny o odmiennych nastrojach i oczekiwaniach względem niedawno rozpoczętego sezonu, ale z takim samym dorobkiem punktowym. Wobec tego można było się spodziewać bardzo emocjonującego spotkania, jak się okazało – słusznie.

Ponad 38 miesięcy czekała Nieciecza na powrót do krajowej elity. W sobotnie wczesne popołudnie ekstraklasowy głód w tętniącej życiem podtarnowskiej wsi był aż nadto wyczuwalny. Władze klubu zadbały o to, żeby ponowne przywitanie z najwyższą klasą rozgrywkową było prawdziwym świętem dla lokalnej społeczności. Wokół stadionu na długo przed startem spotkania gromadzili się kibice odziani w charakterystyczne pomarańczowe koszulki i pomarańczowo-niebieskie szaliki, korzystając z licznych atrakcji. Entuzjazm kibiców z Niecieczy był tym większy, że ich ulubieńcy, pomimo dwóch wyjazdów, bardzo dobrze rozpoczęli sezon. Na inaugurację rozprawili się w efektownym stylu z Jagiellonią 4:0, a tydzień później ulegli 0:2 Cracovii, lecz nie przynieśli wstydu swoją postawą.

Utracona kontrola

O podtrzymanie doniosłej atmosfery postarali się piłkarze Marcina Brosza, którzy rozpoczęli mecz z dużą energią, poprzez wysokie ustawienie uniemożliwiając Pogoni przedostanie się na dłużej w okolice ich pola karnego. Gospodarze poprzez swoją grą pokazywali dużą pewność siebie i przekonanie o własnej jakości. Potwierdzili to już w 18. minucie, gdy z piłką przy dośrodkowaniu z rzutu rożnego minął się Krzysztof Kamiński, a z bliska do bramki wpakował ją Arkadiusz Kasperkiewicz. Pierwsza połowa, poza uderzeniem Leonardo Koutrisa nad bramką i strzałem Pozo tuż obok słupka, poprzedzonym ładnie rozegraną akcją, toczyła się pod dyktando Bruk-Betu. Niecieczanie szybko udaremniali próby ataków Pogoni. Mądrze zarządzali przebiegiem gry i potrafili wyczuć, kiedy wyjść z szybkim atakiem, przytrzymać piłkę czy też ruszyć do wysokiego pressingu. Beniaminek tym samym udowodnił, że nie jest drużyną jednowymiarową, lecz przygotowaną na różne fazy gry, co na tak wczesnym etapie sezonu jest bardzo dobrym znakiem w kontekście skutecznej walki o utrzymanie.

Marcin Brosz po meczu tonował jednak nastroje: „musimy poprawić się w wykorzystywaniu sytuacji, które stwarzamy. W polu karnym nie jesteśmy tak pewni, jak w początkowej fazie akcji. Straty w środku pola były dzisiaj bardzo kosztowne. Nad tym ewidentnie musimy pracować. Ta nasza gra musi być bardziej zdecydowana i ukierunkowana w stronę światła bramki. Mam przed oczami sytuacje, po których mogliśmy strzelić kluczowego gola”. W słowach 52-letniego szkoleniowca była wyczuwalna świadomość, że jego drużyna mogła zdobyć w sobotę pełną pulę punktów. Słonie bardzo dobrze rozpoczęły drugą połowę, utrzymując wysoki poziom, prezentowany przed przerwą. W początkowym okresie po zmianie stron de facto zepchnęli Pogoń pod jej pole karne, a w 53. minucie po płynnie zbudowanym ataku w polu karnym w sytuacji sam na sam znalazł się Maciej Ambrosiewicz, ale znakomicie powstrzymał go czujnie wychodzący Kamiński. Sam Marcin Brosz ubolewał, że jego pomocnikowi nie udało się trafić do siatki i przyznał, że tamten moment zmienił oblicze meczu.

Próba charakteru

Był to bowiem sygnał dla Pogoni, że najwyższa pora się przebudzić. W takim też celu Robert Kolendowicz w przerwie przeprowadził aż trzy zmiany, wprowadzając między innymi Muse Juware za Patryka Paryzka. Sprowadzony tego lata skrzydłowy w 57. minucie popisał się olśniewającym strzałem, gdy dołożył nogę do wybitej przed pole karne piłki, nadając jej impetu i trudnej do obrony rotacji. Euforia Portowców szybko przerodziła się we wściekłość, gdy zasiadający w wozie VAR Tomasz Kwiatkowski dopatrzył się przewinienia ręką. Powtórki pokazały jednak, że Marian Huja, od którego odbiła się futbolówka zrobił wszystko prawidłowo, zagrywając ją zgodną z przepisami częścią ciała.

Po kilku minutach ataków Pogoni, nieco przebudzili się gospodarze, ale nie byli już w stanie przejąć pełnej kontroli nad wydarzeniami boiskowymi. Tym bardziej że szczecinianie nie podłamali się niesłusznie nieuznanym trafieniem. Po 10 minutach ich radość nie została już zakłócona. Najpierw świetnym rajdem środkiem popisał się Pozo, ale refleks Miłosza Mleczki utrzymał Bruk-Bet na prowadzeniu. Kilkadziesiąt sekund później bramkarz nie zdołał już uchronić swojego zespołu. Dobre dogranie Fredrika Ulvestada sprytnym strzałem wykorzystał Kamil Grosicki, wcielając się w rolę rasowego napastnika. W tym meczu Duma Pomorza musiała bowiem radzić sobie bez pauzującego przez uraz pleców Efthymiosa Koulourisa. Trener Kolendowicz znalazł jednak na to rozwiązanie. Dzięki wprowadzeniu na boisko Juwary Pogoń zyskała większą mobilność, a jej ofensywni piłkarze mogli się często rotować, wprowadzając zamieszanie w defensywnych szykach rywali.

Mają wiele do poprawy

Przez ostatnie pół godziny meczu obie drużyny mocno pracowały, by rozstrzygnąć go na własną korzyść. Po stronie Bruk-Betu dobre sytuacje mieli Rafał Kurzawa i Diego Deisadze. Ten pierwszy otrzymał podanie w polu karnym, sprawnie się obrócił i oddał płaski strzał po rykoszecie tuż obok słupka. Natomiast ten drugi po zdecydowanym skoku pressingowym był bardzo bliski wykorzystania zawahania Kamińskiego. W szeregach gości najlepszą okazję miał Mor Ndiaye, gdy po dośrodkowaniu uderzył głową nieznacznie obok bramki.

– Nie rozpoczęliśmy tak, jak chcieliśmy. Pierwsza polowa mi się nie podobała. Po zmianach w przerwie mój zespół dobrze zareagował. Druga połowa była już bliższa tego, jak chcemy wyglądać. Dużo pracy przed nami. Musimy być lepsi i prezentować podobną intensywność oraz poziom budowania akcji, co w drugiej połowie. W trzecim mecz z rzędu tracimy gola jako pierwsi. To my byśmy chcieli zadawać ciosy pierwsi, a nie odpowiadać – podsumował spotkanie Robert Kolendowicz. Dla Pogoni dorobek czterech punktów po trzech kolejkach z pewnością nie jest zadowalający. 44-letni trener doskonale zdaje sobie sprawę, że gra jego zespołu wymaga większej stabilizacji. Jeśli uda mu się tego dokonać, to umiejąca efektownie grać Duma Pomorza, będzie jedną z najgroźniejszych drużyn w lidze.

Podczas pomeczowej konferencji opiekun Portowców zwrócił uwagę na elementy, dzięki którym jego podopieczni zaczęli radzić sobie z bardzo dobrze zorganizowanymi szykami niecieczan i wychodzić z płynnymi atakami: „Zmiany wniosły dużo spokoju w nasze poczynania. Był też taki moment, że obniżyliśmy jedną z „ósemek” i graliśmy na dwie „szóstki”. Myślę, że to wprowadziło trochę zamieszania. Plus boczni obrońcy, którzy wykorzystywali ten moment wyjścia spod presji i przestrzeń za „dziesiątkami” Bruk-Betu. Po zmianie strony szybciej szliśmy w górę i zdobywaliśmy przestrzeń. No i Jose Pozo, który w tych momentach, gdy graliśmy na dwie „szóstki” i jedną „dziesiątkę” był bardzo dobry z piłką i stwarzał zagrożenie non stop. Czy to swoim prowadzeniem, czy piłkami prostopadłymi. Miał też świetną sytuację do zdobycia gola”.

Tonowanie nastrojów

Choć Bruk-Bet ma taki sam dorobek punktowy, co jego sobotni rywale, jako beniaminek może być bardziej zadowolony ze swojego położenia w tabeli. Szczególnie zważywszy na to, że zespołowi z województwa małopolskiego przyszło się do tej pory zmierzyć z drużynami o dużych aspiracjach. Marcin Brosz po meczu przyznał jednak, że w grze jego zawodników jest jeszcze wiele do poprawy: „W pierwszej lidze te sytuacje, straty w środku, nie miały takich konsekwencji. Dzisiaj każda kolejna strata, podanie czy akcja już jest namiastką bramki przeciwnika. Druga rzecz to bramka dla zespołu ze Szczecina. Tak naprawdę Kamil Grosicki tam był sam. To tylko świadczy o jego umiejętnościach i zaawansowanej technice. W poprzednich meczach z naszych błędów nie było aż takich konsekwencji, ale w kolejnych musimy się z tym liczyć. Dlatego istotna jest odpowiedzialność za zespół. Jeżeli masz sytuację, wyciśnij z niej maksimum, czyli najlepiej strzel bramkę. W poprzedniej lidze nie było aż takich konsekwencji, co jest też kwestią adaptacji, wrzucenia w trening odpowiedzialności, egzekwowania tego w treningu”.

Jeśli Słonie na przestrzeni całego sezonu będą grały na podobnym poziomie, co w pierwszych kolejkach, stadion w Niecieczy jeszcze niejednokrotnie wypełni się do ostatniego miejsca, a lokalna społeczność będzie miała powody do entuzjastycznego celebrowania gry w elicie.

Igor Dziedzic