Rekordowa wygrana Lecha, Legia na łopatkach!

4755e64c-27c4-4458-b109-a05a200a3104 (1)

To był pogrom, a wyrok i tak wydaje się być łaskawy. Poznańska lokomotywa przejechała się po Legii Warszawa, wygrywając z Wojskowymi 4:0 w niedzielnym meczu 30. kolejki PKO Bank Polski Ekstraklasy. Lech dzięki zwycięstwu – swojemu największemu w historii tej rywalizacji – umocnił się na pozycji lidera, zaś Legia niebezpiecznie zbliżyła się do strefy spadkowej, mając nad nią tylko punkt przewagi.

Podopieczni trenera Marka Papszuna przystępowali do tego spotkania w raczej dobrych nastrojach. Tydzień wcześniej zostali zaledwie trzecim zespołem tego sezonu Ekstraklasy, który zaliczył serię 10 meczów bez porażki (po Wiśle Płock i Jagiellonii Białystok). Jednocześnie Wojskowych cały czas prześladuje chroniczny wręcz… Brak zwycięstw. 8 meczów przechylonych na swoją korzyść to drugi najgorszy wynik w lidze (po Termalice), co więcej jako jedna z zaledwie dwóch drużyn (obok Arki Gdynia) Legia nie wygrała jeszcze w obecnych rozgrywkach dwóch spotkań z rzędu. Pokonanie w Poznaniu mistrza Polski nie tylko bardzo pozytywnie wpłynęłoby na te statystyki, ale nawet pozwoliłoby marzyć o… pucharach. Tak, o pucharach – w końcu wygrana z Lechem zmniejszyłaby stratę stołecznego klubu do 5 punktów, co na dystansie 4 kolejek nie jest łatwe do odrobienia, ale zdecydowanie możliwe.

Nie mniej ważny ten mecz był dla Kolejorza. Oczywiście, nie można pomijać względów pozasportowych – antagonizacja między kibicami jednej, a drugiej drużyny jest dobrze znana w całej Polsce. Mecz z Legią jest w stolicy Wielkopolski świętością – nic więc dziwnego, że bilety na to spotkanie były już dawno wyprzedane, a stadion wypełnił się po brzegi. Gra toczyła się jednak też, a może nawet przede wszystkim o odskoczenie od Górnika Zabrze, który przed meczem miał tyle samo punktów co gospodarze. Kolejna grupa pościgowa złożona z Jagiellonii i Rakowa Częstochowa była 3 oczka za liderami, stawka rywalizacji na tym decydującym etapie sezonu była ogromna.

Piękna klepka Lecha, Legia po raz pierwszy na deskach

Przed pierwszym gwizdkiem sędziego Piotra Lasyka więcej powodów do obaw zdawać się mieli gospodarze. Na środku obrony dziurę po Miliciu, będącym dziś na ławce, nadal łatał Robert Gumny. Na skrzydle brakowało Luisa Palmy, który w ostatnich dwóch meczach zdobył dwie bramki i zaliczył asystę. Pocieszające było jednak to, że Gumny spisywał się na stoperze naprawdę dobrze, a Leo Bengtsson wydawał się być godnym zastępstwem dla Honduranina. Najbardziej zastanawiać mógł jednak wybór trenera Nielsa Frederiksena o postawieniu w środku pola na Timothy’ego Oumę, któremu w tym sezonie zdarzało się grać dobre mecze, ale też być niesamowicie elektryczny. – Myślę, że to były moje dwie najlepsze decyzje – mówił po meczu Duńczyk o wystawieniu Kenijczyka oraz Gumnego. – Wiemy, że Timothy jest niesamowicie silny, dobrze radzi sobie w pojedynkach i zbieraniu drugich piłek, więc była to defensywna decyzja – przyznał szkoleniowiec gospodarzy.

Pierwszy cios przyszedł niezwykle szybko po odbiorze Antoniego Kozubala w kole środkowym. Ali Gholizadeh na prawej stronie boiska zagrał do Joela Pereira, który oddał piłkę Patrikowi Walemarkowi. Szwed dotychczas nie zanotował w tym sezonie ani jednej liczby – do teraz. Piękne podanie piętką doszło z powrotem do Irańczyka, który dostając piłkę przed polem karnym na lewą nogę nie pomylił się, posyłając ją w dalszy róg bramki. Nie był to strzał aż tak efektowny, jak ten dający zwycięstwo Lechitom rok temu w Warszawie, ale nadal na tyle ładny, by wprawić wszystkich na stadionie przy ulicy Bułgarskiej w ekstazę już w 124 sekundzie rywalizacji. To tylko potwierdziło fantastyczną formę Gholizadeha, który do asyst z Pogonią i Gieksą oraz gola z Termalicą dołożył bramkę z Legią. Kilka minut później swoją szansę miał kapitan Lechitów, Mikael Ishak, który nie wykorzystał podania Bengtssona – choć będąc szczerym, Szwed nie był wcale w najlepszej pozycji do strzału.

Ali Gholizadeh jest ostatnio najlepszym piłkarzem Lecha, a może i całej ligi. W zeszłym roku dał Lechowi zwycięstwo w Warszawie, dziś – otworzył wynik (fot. Lech Ponzań)

Kontrowersje wokół czerwonej kartki? Marek Papszun nie gryzie się w język

Momentem kluczowym dla całego spotkania okazała się 18 minuta gry. Wtedy błąd przy przyjęciu popełnił Rafał Augustyniak – źle ocenił piłkę zagraną przez Jurgena Elitima (który swoją drogą też nie popisał się podaniem…), gdy tuż przed nim znajdował się Leo Bengtsson. Wychowanek Widzewa Łódź nie trafił w piłkę nogą atakującą i ściął Szweda, za co Piotr Lasyk dał mu żółtą kartkę. Wydawało się już, że wszyscy zgodzili się z tą decyzją, jednak Tomasz Musiał wezwał arbitra głównego do monitora VAR. O wiele groźniejsze okazało się być wejście Augustyniaka drugą nogą, sunącą po boisku – ta zakleszczyła stopę Bengtssona między sobą a murawą i tylko dzięki szczęściu przy całym zajściu nie doszło do kontuzji. Choć ten atak był zupełnie przypadkowy, sędzia Lasyk nie miał wielkich wątpliwości i zmienił swoją decyzję na wykluczenie Legionisty z boiska. Innego zdania był trener Wojskowych, Marek Papszun. – Czerwona kartka w mojej opinii? Zupełnie nieuzasadniona. Mam nadzieję, że będzie anulowana. Wyniku nam to nie wróci, ale będziemy walczyć, by Augustyniak grał w następnym spotkaniu. Tu w ogóle nie było impetu, widziałem dynamikę tego zajścia. Gdyby [Rafał] uszkodził Bengtssona, gdyby on zszedł, to okej, nie ma problemu. Na zdjęciu to wygląda nienajlepiej, ale impet był praktycznie żaden – kategorycznie nie zgadzał się z decyzją arbitrów szkoleniowiec gości.

Nad słusznością tej kartki nie miał za to zamiaru pochylać się zespół Lecha. Kolejorz wiedział, że teraz będzie grał przeciwko rywalowi cofniętemu, broniącemu się w niskim bloku. Nie można za to winić Legii – to ma perfekcyjny sens, gdy grasz przeciwko mistrzowi Polski na jego stadionie w osłabieniu. Szybko okazało się, że sam sens nie wystarczy, gdy w grę wchodzi praktyka. Ali Gholizadeh tym razem zagrał rolę nie główną, co wspierającą, zagrywając zawieszoną piłkę w pole karne Otto Hindricha. Do niej wyskoczył Michał Gurgul, i barkiem skierował ją na 6 metr. Tam najlepiej odnalazł się Mikael Ishak, który położył na murawie mocno ślizgającego się Kamila Piątkowskiego, a potem też rumuńskiego bramkarza – kapitan Lecha delikatnie skiksował, podczas gdy Hindrich poszedł „na raz”, samemu siebie myląc. To był gol niezwykle ważny nie tylko dla przebiegu spotkania, ale też – a może i przede wszystkim – pewności siebie napastnika, który ostatnich meczów nie może zaliczyć do najlepszych.

Do czterech sztuk sztuka

„Ruszyła maszyna, już nikt nie zatrzyma, kto wejdzie pod koła, ten uciec nie zdoła” – nie, to nie komentarz meczowy Wojciecha Jagody, to cytat z utworu poznańskiego zespołu 52 Dębiec, z dzielnicy, w której Kolejorz miał swój początek. I ta niebiesko-biała maszyna rozpędzała się coraz bardziej z każdą minutą. Niemały udział miał w tym tak niepewny przecież w oczach kibiców Timothy Ouma. Pomimo kilku strat i gorszych decyzji rozgrywał bardzo solidne zawody w obronie, a w końcu postanowił też przypomnieć wszystkim, dlaczego nazywają go poznańskim Makelele. Kenijczyk zagrał prostopadłą piłkę między dwoma obrońcami do Patrika Walemarka, tak dobrą i niespodziewaną, że nawet fani na stadionie zaczęli swoją wrzawę z opóźnieniem. I, jak się okazało, bardzo dobrze – Szwed strzelił nieźle, ale wystarczająco dla Hindricha, by ten odbił piłkę w bok. Tam jednak czekał już asystent przy poprzednim trafieniu, lewy obrońca gospodarzy, Michał Gurgul. Wciąż zaledwie 20-letni wychowanek Lecha dobił piłkę do pustej siatki, zdobywając swojego drugiego gola w Ekstraklasie. A że poprzedni był przeciwko Rakowowi Częstochowa, to możemy chyba śmiało nazwać go mianem „big game player”.

Poprzednia akcja działa się w 38. minucie. Dlaczego to istotne? Bo już 4 minuty później stało się coś, co ostatecznie stworzyło historię. Niemrawa obrona Legii pozostała… no cóż, niemrawa. Spokojne wyprowadzenie piłki z własnego pola karnego pozwoliło podopiecznym Nielsa Frederiksena w dość łatwy sposób przesunąć ciężar gry pod bramkę rywali. Znów wielką rolę odegrał Ouma, który dobrze znalazł wolnego Pereirę, a ten wypuścił prostopadle Ishaka. Kapitan Lecha Poznań tym razem stając oko w oko z bramkarzem wiedział co miał zrobić i uderzył nie do obrony. Szwedzki napastnik nie tylko podłączył się do walki o koronę króla strzelców, mając na koncie już 15 trafień, ale też dał swojemu klubowi coś, czego nikt nie dał mu nigdy – możliwość czterobramkowej wygranej z odwiecznym wrogiem. Tak tak, ani razu wcześniej Kolejorz tak wysoko z Legią nie wygrał – ostatnim rekordem było przecież… 5:2 w zeszłym sezonie, już za kadencji Frederiksena. A tej niedzieli 4:0 było przecież wynikiem dopiero po pierwszej połowie, gdy jeszcze 45 minut czekało zawodników obu drużyn.

Taką radość prezentuje ktoś, kto rok nie grał w piłkę. Radek Murawski wrócił do Lecha w wielkim stylu i to w wielkim meczu. (fot. Lech Poznań)

Lech z debiutem i powrotem, Legia – z kłopotem

Druga połowa rywalizacji wyglądała podobnie, a jednocześnie – totalnie inaczej. Prawdą jest, że przyjezdna drużyna zagrała lepszy futbol niż w pierwszej części. Lech mimo wszystko dalej przeważał i miał swoje sytuacje, jednak w przeciągu 45 minut zobaczyliśmy z obu stron zaledwie jeden strzał celny – Ishak kopnął piłkę w środek bramki, z czym problemów nie miał Otto Hindrich. Poza tym najciekawszym wydarzeniem na murawie było uderzenie Antoniego Kozubala w boczną siatkę, po którym cały stadion przed krótką sekundę wiwatował, nawet włącznie z kolegami Polaka z zespołu. O wiele ważniejsze rzeczy wydarzyły się w strefie zmian. Najpierw na boisko wszedł Radosław Murawski, który ostatnie spotkanie rozgrywał przeciwko Radomiakowi, 27 kwietnia, ale 2025 roku. Równo 364 dni bez grania nie sprawiły jednak, że „Muraś” wyglądał tak, jakby odstawał od przeciwników. To może napawać kibiców z Poznania optymizmem, nawet jeśli ich rywalem była „tylko” Legia. Po raz pierwszy za to w spotkaniu seniorskiej drużyny Lecha zagrał Hubert Janyszka. 17-latek stworzył pod koniec meczu duet z Wojciechem Mońką na środku obrony, który łącznie miał 36 lat – to o 2 mniej od… Artura Jędrzejczyka, który przecież grał w tym spotkaniu po stronie Legii.

W końcowych minutach spotkania swoją cegiełkę do wyniku chciał dołożyć Filip Jagiełło. Jeden jego strzał zza pola karnego zatrzymał Jędza, a drugi – słupek. Brak piątego gola nic jednak nie zmienił – dla Lecha ten mecz to był statement. Możliwość pokazania, że rozkład sił między tymi dwoma klubami zmienił się i to (jak się wydaje, przynajmniej na razie) na dobre. Ta wygrana pozwoliła Niebiesko-Białym wejść w decydującą fazę sezonu z zaliczką, pozwalającą na co najmniej jedną pomyłkę, może nawet dwie. Ale przede wszystkim, był to sposób, by oznajmić wszystkim polskim klubom „to my jesteśmy najlepsi i to my wygramy mistrzostwo”. To się udało – z tym terminarzem trudno liczyć na jakiś inny wynik, niż ten dający Kolejorzowi dziesiąty tytuł, dzięki czemu nad herbem klubu będzie mogła pojawić się gwiazdka. W przypadku Legii za to do rangi meczu o 6, a może nawet i o 9 punktów, urasta piątkowe spotkanie przeciwko Widzewowi. Dwie wielkie firmy, obie na granicy relegacji, w walce, z której może wyjść dwóch rannych lub jeden przegrany. Rola trenera Papszuna w tym, by zespół za bardzo nie upadł mentalnie po kompromitacji w Poznaniu. W przeciwnym razie skończenie nawet w grupie tych „rannych” może być zadaniem z gatunku „mission impossible”…

Lech Poznań – Legia Warszawa 4:0 (4:0)

Bramki: Gholizadeh 3’, Ishak 31’, 42’, Gurgul 38’

Lech: Mrozek – Pereira (Janyszka 86’), Mońka, Gumny, Gurgul – Kozubal (Jagiełło 65’), Ouma (Murawski 78’), Walemark (Hakans 65’) – Bengtsson, Ishak, Gholizadeh (Palma 65’).

Legia: Hindrich – Piątkowski, Augystyniak, Pankov (Reca 72’) – Wszołek, Elitim, Szymański (Kovacik 65’), Kun (W. Urbański 65’) – K. Urbański (Kapustka 46’), Adamski (Jędrzejczyk 22’) – Rajović.

Żółte kartki: Kapustka 61’

Czerwona kartka: Augustyniak 21’

Sędzia: Piotr Lasyk (Bytom)

Patryk Chyła