„Rasiaka widziałem na boisku 15 minut. Kupiłem go za 150 tysięcy”

Share on facebook
Share on twitter
GDANSK 21.07.2012 TRAUGUTTA 29 PILKA NOZNA POLSKA T-MOBILE EKSTRAKLASA SEZON 2012/2013 FOOTBALL POLISH EKSTRAKLASA SEASON 2012/2013 SPARING MECZ SPARINGOWY LECHIA GDANSK - STOMIL OLSZTYN N/Z GRZEGORZ RASIAK 
FOT PIOTR MATUSEWICZ / PRESSFOCUS

Zenon Jarzębski przez lata przeprowadził setki transferów z udziałem polskich zawodników. Zarządzał szkołą piłkarską w Szamotułach, do której należeli m.in. Łukasz Fabiański i Maciej Rybus. Opowiedział nie tylko o piłkarskich talentach. Także o B-klasowym klubie, w którym zarejestrował Macieja Żurawskiego oraz o tym, dlaczego pomylił Grzegorza Rasiaka z…Litwinem. 

W MSP Szamotuły znalazło się wielu utalentowanych chłopaków. Jak działała szkoła?

– Zdecydowaliśmy, że przenosimy zdolną młodzież do Szamotuł na stałe w 1996 roku. To nie była jakaś szkółka, ale szkoła z prawdziwego zdarzenia. Wszystko było przygotowane pod kątem prawidłowego szkolenia. Widać to po efektach. Od czasów Leo Beenhakkera w pierwszej reprezentacji jest co najmniej trzech wychowanków MSP Szamotuły. Bazą był Ośrodek Sportu i Rekreacji. Chłopcy mieszkali w bursie szkolnej, mieli zapewnione wyżywienie, naukę, a opiekę przydzielała oświata. Zatrudnieni przez szkołę byli dwaj trenerzy – czyli między innymi Andrzej Dawidziuk – kucharka oraz kierownik. Ja byłem zatrudniony w firmie Onyks. Właściciel firmy oraz szkoły, Krzysztof Sieja, co miesiąc przekazywał nam ustaloną sumę pieniędzy. W przyszłości 10% tej kwoty zostawało w budżecie szkoły, a firma zarabiała na transferze piłkarza.  

W jaki sposób przeprowadzaliście nabór?

 – Wstępna selekcja od września do października obejmowała setki chłopaków z całej Polski, zazwyczaj 15 – letnich. Zostawało około 15 zawodników, których zabieraliśmy na zgrupowanie zimowe. W maju zostawało ich blisko ośmiu. Co ciekawe, nigdy nie było u nas zawodnika z okolic Szamotuł. Rozdysponowywaliśmy zawodników do zespołów w niższych ligach. Już w wieku 15-16 lat zaczynali grać w seniorskich zespołach w niższych ligach. Tak rozwijał się ich talent. Jeśli zawodnik kończy wiek juniora, grając tylko w drużynach młodzieżowych, a potem przechodzi do seniorów to następne 2 lata trzeba obserwować czy wyrośnie z niego dobry zawodnik. Kiedy grał z seniorami od 16 roku życia, to wcześniej zbierał doświadczenie, szybciej wiadomo było co z niego będzie.

Skoro już przy bramkarzach jesteśmy, chyba można powiedzieć, że MSP Szamotuły słynęły z golkiperów? Największa w tym zasługa Andrzeja Dawidziuka.

– Trenowali u nas m.in. Łukasz Fabiański, Radosław Cierzniak, Maciej Gostomski, Jakub Szmatuła czy Łukasz Załuska, który był u nas na selekcji trzy razy. Dwukrotnie chciał wracać do domu w Wysokiem Mazowieckiem. Za trzecim razem mówię do Dawidziuka: – Albo on zostaje, albo razem z nim wylecisz. Dopiero wtedy zaskoczył i został. Śmieję się, że Andrzej Dawidziuk to było moje dziecko. Przy mnie skończył szkołę, został trenerem, pomogłem mu dostać się do reprezentacji juniorskiej Krzysztofa Słabika. Potem zgłosił się po niego Michał Globisz. Następnie Andrzej wylądował także w sztabie trenerskim seniorskiej reprezentacji Polski za czasów Leo Beenhakkera, a potem także Waldemara Fornalika.

Grzesia Rasiaka kupiłem po tym, jak widziałem go na boisku 15 minut. Jeden z nielicznych polskich napastników, który naprawdę potrafił grać tyłem do bramki. Niech mi pan pokaże innego Polaka, poza bramkarzami, który grał w Anglii przez 6 lat.

Pamięta pan jakieś anegdoty związane ze znanymi piłkarzami z czasów ich pobytu w Szamotułach?

 – Któregoś dnia trener Dawidziuk schodzi do pralni. Schodzi pierwszy raz – pralka chodzi, kolejny raz – ta ciągle pierze, trzeci raz – dalej to samo. W końcu ciekawy patrzy, a ona chodzi pusta. Wyłączył ją i za chwilę wchodzi Jakub Szmatuła. – Co tu jest? – pyta trener. – A sznurówki prałem – odpowiada. Mieliśmy tam naprawdę fajnych chłopaków, ale mieli też dyscyplinę. Nie było wolnej amerykanki.

Zarówno bramkarzom jak i graczom z pola załatwiał pan staże za granicą. Do jakich klubów trafiali zawodnicy?

 – Gdy wyjeżdżali grać za granicę konieczne były certyfikaty a to mógł być wówczas koszt prawie 2 tysięcy dolarów. Pytałem wiceprezesa PZPN Henryka Apostela czy może mi jakoś w tej kwestii pomóc. Odpowiadał, że związek ma szerokie kontakty na Litwie i tam mogą jechać… (śmiech). Przez kilka lat jeździli do Tasmanii Berlin. Mam szerokie znajomości w Atletico Paranaense. Dlatego pomagałem przy transferze Mariusza Piekarskiego oraz ś.p. Krzysztofa Nowaka. Wysyłaliśmy chłopaków także do Grecji czy Belgii, w czym pomogła znajomość z Włodzimierzem Lubańskim. Wielokrotnie jeździliśmy na testy do Anglii, co pomogło znaleźć się tam choćby Jarosławowi Fojutowi. Zawodnik do wyjazdu i gry za granicą musi być jednak przygotowany. Z 4 chłopakami pojechałem do Southampton. Po  pierwszym treningu byłem czerwony ze wstydu jak ruska flaga. Pytałem sam siebie: Co oni tu robią? Przy kolacji wziąłem grupkę zawodników na poważną rozmowę i na drugi dzień wszyscy dookoła wytrzeszyli oczy, że jednak chłopaki potrafią grać. Niestety, patrząc też na obecne transfery Polaków na zachód mój wniosek jest taki, że u nas nie uczy się techniki gry. 

Skoro pojawił się temat Southampton muszę zapytać o innego z byłych zawodników MSP Szamotuły, Grzegorza Rasiaka…

– Wie pan, że zanim kupiłem Grzesia Rasiaka widziałem go na boisku 15 minut? 
Byłem ciekawy jak sobie radzi w Warcie Poznań, ale raz grał w juniorach, raz w seniorach i nie umieliśmy się zgrać, żebym zobaczył go w akcji. W końcu trafiłem na sparing GKS-u Bełchatów z Amicą Wronki. Trenerem był Krzysztof Pawlak. Pytam: – Krzysiu, numer 21, skąd macie tego Litwina? – Nie, panie prezesie to Rasiak. Żaden Litwin. Koszulki nie ma. Okazało się, że akurat był w GKS-ie na testach. Zdecydowałem, że go kupię, dogadałem sprawę z Krzysztofem Sieją. Zadzwoniłem do Zdzisława Drobniewskiego, prezesa GKS – u. – Nie mam pieniędzy, żeby wykupić go z Warty, chcą 450 tysięcy. Od razu połączyłem się z Konradem Napierałą, prezesem Warty: – Dostaniecie 450 tysięcy ale do godziny 15. O 15:01 będzie 250 tysięcy. – Wie pan, coś by pan dorzucił. – Chyba w łeb. Napierała dzwoni o 14:50 i wykręca się, że nie ma komu sporządzić umowy. – Ja mam umowę gotową – odpowiedziałem. W końcu przyjechali, podpisaliśmy sprzedaż za 300 tysięcy. Zaraz dzwonię do Drobniewskiego. – Wypożyczam ci Rasiaka. Za rok 150, z opcją transferu definitywnego za 750 tysięcy. I tak Grzesia Rasiaka kupiłem za 150 tysięcy złotych.   

Jak pan ocenia jego karierę w Anglii?

– Gdyby sędzia uznał bramkę Rasiaka strzeloną dla Tottenhamu w meczu z Liverpoolem, to Grzesiek grałby tam zdecydowanie dłużej. Był to jeden z nielicznych polskich napastników, który naprawdę potrafił grać tyłem do bramki. Niech mi pan pokaże innego Polaka, poza bramkarzami, który grał na takim poziomie w Anglii przez 6 lat. Rozmawiałem z nim po jednym z pierwszych treningów. – Prezesie, ja mam oko podbite… – To ty nie wiesz jak się w Anglii gra? Szeroko łokcie, jak wyskoczysz do piłki, to w okolicy metra ma nie być nikogo dookoła ciebie.

Czym różnią się obecne interesy piłkarskie od tych przeprowadzanych w 80. czy 90. latach?

– Wszyscy w środowisku się znaliśmy: menedżerowie, trenerzy, działacze. Spotykaliśmy się często na turniejach młodzieżowych różnych grup wiekowych, a obecnie trudno spotkać tam trenera ekstraklasy. Nie oszukiwaliśmy siebie nawzajem. Dla mnie zawsze ważne było dobro i rozwój zawodnika. W firmie nigdy nie braliśmy od chłopaków pieniędzy, zapewniliśmy im opiekę prawną, a zysk dawał nam procent od kolejnych transferów. Lata 90. to była też trudna i skomplikowana rzeczywistość, było wiele luk w prawie, które każdy starał się wykorzystać. Wpadłem wtedy na pomysł stworzenia B – klasowego zespołu Opał Lubosz. (Właścicielem był Krzysztof Sieja – przyp.red). Zarejestrowani byli tam m.in. Kazimierz Sidorczuk, Grzegorz Rasiak, Maciej Żurawski, Maciej Bykowski. Obowiązywał wówczas przepis, że jeśli zawodnik był wypożyczony do klubu wyższej klasy, który nie realizował zobowiązań, w każdej chwili mogłem gracza cofnąć z powrotem do nas. To była platforma zarządzania zawodnikami, która dziś byłaby po prostu niemożliwa do stworzenia.

Ile lat działał pan w polskiej piłce?

 – Mniej więcej od początku 80. lat. Zrobiłem ponad 600 transferów, w  tym ponad 120 zagranicznych. Swoje w piłce zrobiłem i przeżyłem. Mieszkam teraz w Bielawie, skąd pochodzę. Odszedłem z MSP Szamotuły z powodu kłopotów z sercem.

Archiwum prywatne Z. Jarzębskiego

Zenon Jarzębski pochodzący z Bielawy menedżer piłkarski, pracujący w polskiej piłce od lat 80. Jeden z pomysłodawców Młodzieżowej Szkoły Piłkarskiej w Szamotułach, która miała w swoich szeregach takich piłkarzy jak Grzegorz Rasiak, Łukasz Fabiański, Maciej Rybus i Jan Bednarek. W latach 90. i w XXI wieku pełnił funkcję zarządzające w wielu polskich klubach, jak Gwardia Szczytno, Sokół Pniewy, Warta Poznań, Olimpia Poznań, Tur Turek. Współpracował z Krzysztofem Sieją, ma na koncie setki przeprowadzonych transferów.

Rozmawiał Dominik Mazur

Rozmowa pierwotnie ukazała się na łamach dolnośląskiego tygodnika „Słowo Sportowe” w marcu 2020 roku.