Punkt marnego pocieszenia. O co bogatszy jest Raków po thrillerze z Lechem?

2021.11.27 Czestochowa
Pilka nozna PKO Ekstraklasa sezon 2021/2022
Rakow Czestochowa - KGHM Zaglebie Lubin
N/z Awaria oswietlenia brak pradu Marek Papszun (Trener Head Coach)
Foto Tomasz Folta / PressFocus

2021.11.27 Czestochowa
Football PKO Ekstraklasa season 2021/2022
Rakow Czestochowa - KGHM Zaglebie Lubin
Awaria oswietlenia brak pradu Marek Papszun (Trener Head Coach)
Credit: Tomasz Folta / PressFocus

Początek sezonu dla Rakowa Częstochowa upływa pod znakiem mieszanych uczuć. „Medaliki” co prawda awansowały do europejskich pucharów po raz pierwszy pod okiem Marka Papszuna. Na podwórku ligowym pojawiły się jednak gigantyczne problemy. Zespół z Częstochowy znalazł się na skraju strefy spadkowej. Słabe wyniki nie są jednak największym zmartwieniem dla uznanego szkoleniowca. Reaktywny profil boiskowego funkcjonowania stał się wybitnie przewidywalny, a drużyna w bieżącej kampanii gra w sposób „aoglądalny”. Katastrofalna pierwsza połowa meczu z Lechem Poznań została przykryta czerwoną kartką dla Luisa Palmy. Raków grający w przewadze dominował, w dłuższej perspektywie jednak optymizm należy stonować. Czego dowiedział się Marek Papszun po środowym meczu?

Polski kibic decydując się na oglądanie spotkania między Rakowem Częstochowa a Lechem Poznań dokonał właściwego wyboru. To było piłkarskie widowisko. Rewolucja obrazu meczu nie miała miejsca w 15-minutowej przerwie, a nieco później, gdy za brutalne wejście w nogi Zorana Arsenića czerwoną kartkę obejrzał Luis Palma. Do tego momentu Honduranin się dosłownie bawił na boisku. To był jeden z najlepszych indywidualnych występów zawodnika w bieżącej kampanii. 

Do bólu przewidywalny

Wielu kibiców Lecha obawiało się o plan trenera Nielsa Frederiksena na początek rywalizacji w Częstochowie. Dotąd można było odnieść wrażenie, że Duńczyk wyborami momentami zaskakiwał sam siebie. Uparcie bronił stylu gry mistrzowskiego „Kolejorza”, który teoretycznie miał gryźć się z odniesieniem sukcesu przy Limanowskiego. W ostatnich tygodniach nastąpił jednak pewien przełom, mimo tego nie zabrakło personalnych niespodzianek. W wyjściowej jedenastce zabrakło Filipa Jagiełły czy Michała Gurgula. 

Pierwsza część spotkania z perspektywy Lecha Poznań wyglądała wzorowo. Od początku mieliśmy do czynienia z bardzo wysokim pressingiem. Trener gości wyciągnął wnioski ze skutecznych etapów gry Legii Warszawa, która przez większość sobotniej rywalizacji była w Częstochowie lepsza. Gospodarze zdołali się odgryźć trzykrotnie. Najpierw bramkę ze spalonego strzelił Ivi Lopez. Druga niemalże stuprocentowa okazja to rzut wolny pośredni, po którym gwiazdor „Medalików” strzelił niecelnie. Wreszcie dogodną okazję zmarnował Imad Rondic. Obecność byłego gracza FC Koln w wyjściowej jedenastce osłabiła Rakowowi dwie pozycje. 

Marek Papszun uparcie postawił na wariant, który dotąd nie przyniósł efektów. Najlepszy nominalny napastnik w drużynie zagrał na pozycji numer „dziesięć” i w efekcie zaliczył 9 kontaktów w piłką w pierwszej połowie. Jednocześnie rolę wysuniętego snajpera pełnił Rondic, który jest (jak niemal każda „dziewiątka” Rakowa) graczem znanym z zaangażowania w pracę bez piłki. W starciu z mistrzem Polski potrzebna jest jednak przede wszystkim skuteczność, którą w barwach Widzewa Rondic odnalazł w znacznej mierze dzięki Sebastianowi Kerkowi. Być może obecność Bośniaka byłaby zasadna, gdyby za nim funkcjonowały dwie kreatywne postacie. Ustawienie dwóch rosłych wież w formacji 1-3-4-2-1 pokazało, że najpewniej szans na zmianę formacji nie ma.

Jednocześnie zastanawiać może obsada pozycji obok Iviego Lopeza. Tomasz Pieńko po zgrupowaniu młodzieżowej reprezentacji, której był kapitanem, zupełnie przepadł. Marek Papszun absencję byłego gracza Zagłębia tłumaczy zniżką formy i zmęczeniem. Jednocześnie trener Rakowa wskazał, że Rondic na treningach wygląda tak, iż zasługuje na miejsce w wyjściowej jedenastce. Lech Poznań zadał dwa ciosy, a bramki uznane to błysk geniuszu Luisa Palmy. Przy golu z doliczonego czasu gry Rakow był zupełnie zdezorganizowany po stałym fragmencie gry. Skok pressingowy do Bartosza Mrozka wykonał przyzwoity w tym meczu Marko Bulat. Za Palmę odpowiedzialny był Rondic, który wykonał wślizg w pustą przestrzeń. Można było odnieść wrażenie, że „Medaliki” w ostatnich minutach pierwszej części chciały wyłącznie przetrwać bez straty kolejnych bramek. 

Po wyjściu z szatni przełomu nie było, Raków potrafił bronić całym zespołem w obrębie trzydziestu metrów od bramki Trelowskiego, mimo tego Lech nieniepokojony rozgrywał piłkę. Po dramatycznym w skutkach faulu Luisa Palmy wielu typowało, że Raków bezproduktywnie będzie utrzymywał się przy piłce. Było jednak inaczej. Meczem wstrząsnęło kilkadziesiąt sekund, w których dwukrotnie nieodpowiedzialnie zachował się Alex Douglas. Pierwsza bramka padła po schemacie, przy którym kibice „Medalików” mieli pewne deja vu. Peter Barath zdobył już w tym sezonie bramkę po strzale głową z dośrodkowania w kierunku najdalszego narożnika pola bramkowego. 

Rollercoaster emocji

Wyrównanie przyszło po golu z wątpliwego rzutu karnego. Marko Bulat upadł w szesnastce, a wielu obserwatorów dostrzegło celowe podkurczenie nóg pomocnika gospodarzy. Jeśli kontakt z Douglasem wystąpił, to był niewystarczający do widowiskowego efektu. Szymon Marciniak wskazał na wapno, a Ivi Lopez po raz drugi w ciągu kilku dni strzelił pewnie z punktu karnego. Raków nie miał zamiaru się zatrzymywać i w okolicach 75. minuty mieliśmy do czynienia z nawałnicą na bramkę Mrozka. Na boisku była jedna drużyna, a piłkarze Papszuna poczuli wiatr we włosach. 

Czy może być to fragment zwiastujący lepsze jutro? Z pewnością, wszak ciężko zagrać gorzej niż Raków w pierwszej części. Z drugiej strony piłkarze Papszuna w bieżącej kampanii nabierają rozpędu niemal wyłącznie wówczas, gdy grają w przewadze. Zaryzykuję stwierdzenie, że w znacznej mierze dzięki wykluczeniom dla rywali „Medaliki” awansowały do Ligi Konferencji. Gdy jednak trzeba grać jedenastu na jedenastu, Raków nie wygląda jak reprezentant Polski w europejskich pucharach. Najlepszym świadectwem poziomu gry jest wypowiedź Marka Papszuna na temat pierwszej części niedawnego meczu Rakowa z Górnikiem Zabrze. Uznany szkoleniowiec nazwał spektakl swojego zespołu „pseudo futbolem”. 

Drobne punkty

Wrzesień miał być dla Rakowa okresem weryfikacji. Dotąd „Medaliki” w trzech domowych spotkaniach uzbierały tylko dwa punkty. Ze starcia z Górnikiem nie można wyciągnąć niemal żadnych plusów. W meczu z Legią Warszawa nadzieję dał przede wszystkim początek. Po upływie pierwszego kwadransa to jednak „Wojskowi” przejęli inicjatywę i powinni zdobyć kilka bramek. Poprzestali na jednej, a ponadto po wątpliwym rzucie karnym Raków zdołał wyrównać. 

Nad Rakowem i Markiem Papszunem przez wiele miesięcy unosił się mit niezatapialnych. W minionych rywalizacjach kolejny raz można było dostrzec, że „Medaliki” na własnym boisku potrafią wrócić z bardzo dalekich podróży. Konia z rzędem temu, kto oglądając zabawę Luisa Palmy lub dławiący pressing ekipy Iordanescu wytypowałby końcowe remisy. Jeśli mielibyśmy doszukiwać się pozytywów, z pewnością pękła bariera mentalna, do której trener nawiązywał po przerwie. Powrót do meczu był spektakularny. Po końcowym gwizdku to Niels Frederiksen mógł odetchnąć i uszanować zdobyte oczko. Osobiście nie wierzę, że w kolejnym meczu Brunes nie wybiegnie od początku w roli wysuniętego napastnika. 

Okres, w którym piłkarze z Częstochowy mogli podchodzić do spotkań w roli „mniejszego” upłynął dawno temu. Zabójczy system Rakowa w bieżącej kampanii okazuje się autodestrukcyjny, bez problemu z jego rozszyfrowaniem poradziło sobie już wiele ekip. Martwić może także poważna kontuzja Zorana Arsenicia, który mimo karykaturalnego początku sezonu, w ostatnich meczach wyglądał całkiem solidnie. 

Raków pokonał już najbardziej wymagające schody w terminarzu. Intensywność gier nie zmaleje jednak do październikowej przerwy reprezentacyjnej. W najbliższą niedzielę czeka nas kolejny hit, tym razem „Medaliki” zagrają w Sercu Łodzi, gdzie punktów potrzeba jak tlenu. Kolejna rywalizacja to start Ligi Konferencji, w którym potrzebujemy czterech silnych ekip. Pozostaje zatem liczyć, że ze środowej rywalizacji Marek Papszun wyciągnie choć szczątkowe wnioski, które w dłuższej perspektywie poprowadzą do rozbudzenia najlepszej wersji Rakowa.

Hugo Braun