Po przejęciu reprezentacji Polski przez Jana Urbana słowo „normalnie” było odmieniane przez wszystkie przypadki. „W końcu przyszła normalność i stabilizacja” – tak mówił we wrześniu Zbigniew Boniek, ale głosów w tym duchu było zdecydowanie więcej. Minęło jednak kilka miesięcy i lista powołanych na marcowe baraże o Mistrzostwa Świata wraz z aktywnością medialną sztabu reprezentacji sprawiają, że niektórzy kibice powoli zaczynają… tęsknić za Michałem Probierzem.
Już w poprzednich tygodniach niektóre wypowiedzi trenera Urbana mogły niektórych lekko zszokować, szczególnie gdy przyjrzało im się bardziej. Głównym ich tematem był Oskar Pietuszewski. Głosy domagające się sprawdzenia młodego skrzydłowego przebijały się do szeroko pojętego mainstreamu jeszcze na jesień, wtedy jednak dało się znaleźć argumenty przeciwko powołaniu wychowanka Jagiellonii Białystok. Teraz nie było ich praktycznie wcale, a jednak Jan Urban zdecydował się na taką wypowiedź: Ja pierwszy jestem z tych, który mówi, że Oskar gra naprawdę dobrze w Porto. My się podniecamy za szybko. Wszedł, zrobił karnego w Porto, niesamowite wejście. Nie no, troszeczkę więcej trzeba zrobić, bo jeżeli mówimy w ten sposób, to błędy też popełnia. I o ile zgoda, że pewne błędy wchodząc w pojedynki są nieuniknione, można wątpić czy jakikolwiek inny polski skrzydłowy idąc z Ekstraklasy do rezerw Porto robiłby takie liczby, jak Oskar w pierwszej drużynie.
Co więcej, to nie jedyna dość… ciekawa wypowiedź trenera Biało-Czerwonych. Kilka dni wcześniej zdecydował się na jeszcze bardziej ostre słowa. Ja tak szybko się nie podniecam, że ktoś ma kilka meczów dobrych, pół rundy, czy nawet pół roku. I od razu musi grać w reprezentacji Polski? W moim przekonaniu tak to nie działa – mówiąc w taki sposób Jan Urban kłóci się z… samym sobą. Jak to? Wystarczy spojrzeć na jego poprzednie powołania, a dokładniej debiut Filipa Rózgi. Spójrzmy na doświadczenie Oskara Pietuszewskiego na moment wypowiadania tych słów (10 marca) – 62 meczów na poziomie seniorskim, w tym 17 w europejskich pucharach. Od wejścia do Porto (1,5 miesiąca) 302 minuty w Liga Portugal, 50% możliwych występów w pierwszym składzie (4/8). Jak to wyglądało w listopadzie, gdy Urban dawał zadebiutować w kadrze Rózdze? Ten miał „tylko” 3 spotkania w Cracovii i Sturmie rozegrane mniej, ale za to tylko 4 razy grał w Europie. Co więcej, od początku sezonu (3,5 miesiąca, ponad 2 razy więcej niż u Oskara) do powołania zagrał tylko 189 w lidze, w pierwszej jedenastce meldował się w 15,4% przypadków (2/13). Fakty mocno obnażają bzdurność tej wypowiedzi, ale na szczęście możemy na nią przymknąć oko – utalentowany 17-latek został w końcu powołany. Przyjrzyjmy się w takim razie innym absurdom.
Ekstraklasa bramkarzami stoi – szkoda, że nie tymi…
Niezmiennie rozgrzewająca wśród Polaków jest kwestia trzeciego bramkarza kadry. Nie inaczej jest i tym razem, z tą małą różnicą, że w obliczu kontuzji Łukasza Skorupskiego hierarchia wśród golkiperów nie jest tak do końca znana. Nie wiemy, czy na mecz z Albanią wybiegnie czołowy bramkarz Bundesligi, czy… średniak z Ekstraklasy. Nie będę używał argumentu o strefie spadkowej, bo tam koczują i Wolfsburg, i Widzew, ale Kamil Grabara trzykrotnie lądował w drużynie tygodnia niemieckiej ligi według Kickera, praktycznie co mecz wyciągając co najmniej jedną setkę rywali, a czasami nawet i więcej. Tylko jedno czyste konto i przyjęte osiem bramek od Bayernu Monachium to wina fatalnej linii defensywnej Wilków, sam Grabara chwalony jest tak właściwie z każdej strony. Bartłomiej Drągowski za to w tym sezonie gdzie nie zagrał, tam co najmniej nie pomagał. Zagrał w łącznie 12 meczach ligowych Panathinaikosu i Widzewa, w których stracił 14 bramek przy oczekiwanych 11,52. To znaczy, że jest ok. 2,5 gola na minusie, a choćby w takim spotkaniu przeciwko Cracovii przed „babolem” uratował go minimalny spalony. Mimo tego w przestrzeni medialnej to golkiper z Serca Łodzi pojawia się jako typowany do pierwszego składu kadry…
No, ale trzeba uczciwie przyznać – Drągowski nie jest statystycznie najgorszym powołanym bramkarzem. To miano idzie do Bartosza Mrozka, który jest pewnym punktem między słupkami Lecha Poznań. To znaczy, ma tam pewne miejsce, bo od początku ubiegłego sezonu opuścił tylko jeden mecz, ale pewności niestety w ogóle nie daje. W Lidze Konferencji jest na minusie powstrzymanych bramek o -1,93, a większość z nich jest skutkiem słabego dwumeczu z Szachtarem, za to w Ekstraklasie Mrozek stoi w tej klasyfikacji na podium. Ale… od końca. Jest 3 najgorszym bramkarzem ligi pod względem liczby wpuszczonych bramek do oczekiwanych – ma ich prawie 5 (dokładniej 4,91) więcej. Gorsi są tylko Alex Paulsen i Dominik Hładun. Oczywiście, to tylko statystyki, jednak już na pierwszy rzut oka widać wyraźny zjazd w porównaniu z mistrzowskim sezonem. W naszej lidze są jednak bramkarze w dobrej formie – świetnie broni choćby Xavier Dziekoński z Korony czy Rafał Leszczyński z Wisły Płock, którzy mają duże zasługi w utrzymywaniu swoich drużyn nad kreską. W wybitnej wręcz formie jest też Mateusz Lis z Goztepe, który w 26 meczach tureckiej Super Lig zaliczył 14 czystych kont i jest zdecydowanie najlepszym golkiperem ligi silniejszej niż nasza rodzima. Wprawdzie to typy na miejsca 3-4 wśród hierarchii bramkarzy, ale to piłkarze, którzy po prostu bardziej zasłużyli na powołanie.
Komedia absurdów w obronie – klubowy zmiennik powołany, Polak z pierwszego składu nie
To co wydarzyło się w defensywie, jest jednak o wiele bardziej niezrozumiałe. Zacznijmy od piłkarza zdecydowanie zasłużonego, jednak będącego poza poważną grą – Bartosza Bereszyńskiego. 33-latek już w zeszłym sezonie nie grał za dużo w Sampdorii, która utrzymała się w Serie B tylko łutem szczęścia po barażu z Salernitaną, a obecnie nie łapie się do pierwszej jedenastki Palermo. Co ciekawe, Bereszyński jest w sycylijskim klubie zmiennikiem… Patryka Pedy. Młodszy z Polaków jakiś czas temu na stałe wskoczył do podstawowego składu drużyny walczącej o awans do Serie A, czasami gra całe spotkania, a czasami zmienia go właśnie Bereś. Jeśli ktoś zapytałby więc kibica Palermo, który z Polaków powinien zostać powołany do reprezentacji kraju, prawie każdy odpowiedziałby – Peda, certo! No, nie mówię przez to, że 23-latek powinien pojechać na baraże, co to to nie. Znajdę kilku nieobecnych, którzy byliby przed nim w kolejce do bluzy z Orzełkiem. Tylko że w tej kolejce Bereszyński powinien być daleko za nim – tymczasem nie jest wykluczone, że wejdzie na boisko w grze o Mundial.
Kolejnym nie do końca zrozumiałym powołaniem – szczególnie w kontekście braku w kadrze Kacpra Potulskiego – jest Jan Ziółkowski. Młody obrońca miał dobre wejście do AS Romy, rozegrał trochę spotkań w podstawowej jedenastce, ale ostatnio Gian Piero Gasperini kompletnie go zakopał. Od 1 lutego rozegrał całe 34 minuty na 840 możliwych, jest totalnie bez rytmu meczowego. To może być kluczowe w przypadku wejścia na boisko na końcówkę spotkania z Albanią, Ukrainą bądź Szwecją i trzymanie korzystnego wyniku. Gdybyśmy tylko mieli innego młodego Polaka z lig Top5, który gra regularnie w swoim klubie zbierając noty na najwyższym poziomie… A nie, chwila, przecież mamy! W końcu od początku lutego Potulski rozegrał w 1. FSV Mainz 358 na 720 możliwych minut, grając w pełnym formacie zarówno w Lidze Konferencji UEFA, jak i Bundeslidze, mierząc się choćby z Bayerem Leverkusen czy Borussią Dortmund. No, ale czy to ważne? W końcu to tylko trener Jan Urban nieraz podkreślał, jak ważna jest gra w klubie i rytm meczowy…
Afera telefonowa, mocne zarzuty, agent mówi „sprawdzam”
Jest też kwestia jednego powołania – czy raczej jego braku – z którego zrobiła się duża afera. Chodzi konkretnie o Sebastiana Walukiewicza, piłkarza włoskiego Sassuolo. Beniaminek Serie A radzi sobie świetnie, zajmując 10. pozycję w lidze, a w prawie każdym spotkaniu na prawej obronie gra właśnie wychowanek Pogoni Szczecin. Jako, że Walukiewicz ma profil bardzo podobny do Bereszyńskiego, to może zastanawiać co w kadrze robi ten drugi przy braku pierwszego. Brak tego powołania już w listopadzie budził zainteresowanie, a potencjalny powód jako pierwszy podawał Piotr Dumanowski z Eleven Sports. Według jego informacji sztab miał próbować dodzwonić się do piłkarza, jednak gdy ten nie odbierał zdecydowano się na kogoś innego. Mimo że Dumanowski dziennikarzem jest uznanym, a do tego jednym z największych ekspertów od piłki włoskiej, te doniesienia przeszły bez większego echa – w końcu takie coś byłoby kompletnie nieprofesjonalne. Zwłaszcza, że Jan Urban powołania wysyła do klubów, nie piłkarzy, co potwierdził inny listopadowy kadrowicz, Kryspin Szcześniak. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Kierowca naszego autokaru od razu zaczął mnie wołać, po chwili gratulować, a ja stałem nieco zdezorientowany. Finalnie kierowca pokazał mi w telefonie, że zostałem powołany – tak opisywał powołanie piłkarz Górnika, co jasno pokazuje że do niego w ogóle nikt nie dzwonił. Dziś jednak okazało się, że historia z telefonem jest prawdziwa, a potwierdził ją… Sam sztab.
A dokładniej Jacek Magiera. Asystent reprezentacji Polski wprost przyznał, że w kadrze… obrazili się na piłkarza. Sebastian Walukiewicz jesienią nie odebrał telefonu i nie oddzwonił do selekcjonera. Na dziś dla nas nie ma tematu. Zobaczymy, co zrobi z tym Sebastian – wypalił były trener Legii czy Śląska. Powiedzmy sobie w tym momencie jedną rzecz – nie ma nic dziwnego w odrzuceniu połączenia z nieznanego numeru, ba, jest to całkiem zrozumiałe. To na członkach sztabu reprezentacji powinien leżeć ciężar komunikacji, choćby przez kontakt z agentem piłkarza czy z klubem, a nie strzelanie fochów, bo ktoś nie życzy sobie wydzwaniania na prywatny telefon bez jakiegokolwiek uprzedzenia. W lekko inny ton uderza sam Jan Urban. Sam się wypisał. Kiedy chciałem, żeby przyjechał, nie przyjechał. Ja nikogo się nie będę prosił i dziękuję – krótko podsumował to selekcjoner. Z tym, że jeśli faktycznie Walukiewicz nie odebrał telefonu, to nie mógł nawet wiedzieć, że ma gdzieś przyjechać. Tak jak nie wiedział wcześniej Szcześniak, zanim… Nie dostał powołania. Bo skoro kontakt z Górnikiem – byłym klubem Urbana – nie był problemem, to kontakt z Sassuolo już tak? Nie dość, że historie trenera i jego asystenta się wykluczają, to swoje trzy grosze dorzucił menedżer obrońcy. Nieprawda, że selekcjoner dzwonił do Sebastiana, to po pierwsze. Od momentu objęcia posady selekcjonera nigdy trener nie rozmawiał i nie kontaktował się z Walukiewiczem – zaprzeczył doniesieniom sztabu Tomasz Suwary. A patrząc na to, co działo się przy poprzednich powołaniach, można przychylić się do wersji menedżera…
Niewidoczny Czubak, Nowak nie zasłużył…
W ofensywie jest trochę lepiej, choć i tu da się do czegoś przyczepić. W końcu na kadrę poza Robertem Lewandowskim jedzie tylko dwóch napastników – Karol Świderski i Krzysztof Piątek. Ten pierwszy strzelił od grudnia tylko jednego gola, a drugi gra w Katarze i to do tego w 7 drużynie 12-zespołowej ligi. Dla selekcjonera niewidoczny musi być choćby Karol Czubak, który z 14 bramkami jest współliderem klasyfikacji strzelców Ekstraklasy. Ale to chyba problem Jana Urbana z polskimi rozgrywkami, po prostu – w końcu powołania nie dostał też Bartosz Nowak. 32-latek w lidze i pucharze zdobył w tym sezonie 12 bramek i zaliczył 12 asyst, jest w Katowicach gwiazdą i zasłużył na to, by usłyszeć przed meczem Mazurka Dąbrowskiego. Tylko że nie według sztabu reprezentacji. Ponownie oddajmy głos Jackowi Magierze: Zrobiony ranking przez nas nie dawał mu jednak miejsca w podstawowym składzie – nie było go przed Zielińskim czy innymi piłkarzami na jego pozycji, dlatego nie zdecydowaliśmy się na powołanie – wyjaśnił asystent szkoleniowca. O ile zgodzić się trzeba, że faktycznie, Piotr Zieliński może być trochę lepszy od piłkarze Gieksy, o tyle sygnał do zawodników Ekstraklasy, niestety, jest jasny – nie warto.
Gdy Jan Urban obejmował posadę selekcjonera reprezentacji Polski wszyscy mieliśmy nadzieję, że to będzie dla kadry czas spokoju, ale też i rozwoju. W Górniku trenerowi wszak zdarzyło się dość odważnie stawiać na młodych – o Dominiku Sarapacie czy Dominiku Szali wspominając. Wydawało się, że w końcu uda się sensownie zbudować reprezentację na lata. Przed barażami więcej jest w nas jednak niepokoju, bo do dziwnych wyborów personalnych dochodzą jeszcze bardziej osobliwe wypowiedzi i tak szybko jak trener Urban zyskał swoich zwolenników, tak szybko może ich stracić. A historie poprzedników, choćby Czesława Michniewicza czy Michała Probierza pokazują jasno – selekcjoneroza dopada każdego. Najgorsze jest jednak to, że zazwyczaj równo z nią przychodzi upadek…
Patryk Chyła/fot. Łączy Nas Piłka