#PoSezonie: Śląsk Wrocław i jego magiczny finisz

202105161930-max94831621260685

Śląsk Wrocław w ostatnich latach przyzwyczaił nas do huśtawki nastrojów i miniony sezon nie był wyjątkiem od normy. To była kolejna szalona kampania, która po kilku nieoczekiwanych zwrotach akcji, zakończyła się dość niespodziewanie happy endem.

A jeszcze nic w marcu na taki zwrot wydarzeń nie wskazywało. Zespół grał bardzo słabo, zwolniony został trener Lavicka, a mecze z nowym szkoleniowcem miały być przygotowaniem na nowy sezon. Jednak wraz z przyjściem Jacka Magiery, Śląsk jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znów przeobraził się w drużynę, która zaczęła grać dobrze w piłkę i pod koniec sezonu finiszowała na czwartym miejscu w tabeli, gwarantującym grę w europejskich pucharach.

Taki zresztą był cel włodarzy klubu i miasta Wrocław na miniony sezon – awans WKS-u do europejskich pucharów po 6 latach przerwy. Gdy jednak wizja Śląska w top 4 na początku wiosny zaczęła się oddalać, jako winnego wskazano trenera Vitezslava Lavickę. Tego samego, który w 2019 r. wyprowadził klub ze strefy spadkowej, a sezon później zajął niespodziewanie 5. miejsce. Oczywiście, Śląsk pod koniec kadencji Czecha grał bardzo słabo i przestał rozwijać się w optymalnym kierunku. Był zbyt nudny, pasywny, brakowało odwagi i polotu. Nie da się jednak nie docenić pracy jaką wykonał na przestrzeni ostatnich dwóch lat Lavicka. Bez jego pracy i dobrej postawy zespołu jesienią czwartego miejsca w lidze by nie było.

Największy plus – przyjście Jacka Magiery

Cel działaczy zrealizował Jacek Magiera, choć po cichu w klubie nikt na taki scenariusz nie liczył. Początkowo sam nie wierzyłem, że nowa miotła nagle sprawi, że Śląsk będzie finiszować tuż za podium. Myślałem, że roszada na posady szkoleniowca to ,,zmiana dla zmiany”, że z tą kadrą nie da się osiągnąć 4. miejsca w lidze. Ekstraklasa nie pierwszy raz jednak pokazała, że potrafi być nieprzewidywalna. Śląsk skorzystał na wpadkach pozostałych konkurentów i za rządów Magiery punktował niezwykle regularnie, przegrywając tylko raz, z rozpędzonym pod koniec rozgrywek, Rakowem Częstochowa.

Nowy trener w dość krótkim okresie czasu poukładał zespół na swój sposób. Po pierwsze, sprawił, że Śląsk znów zaczął grać atrakcyjniej dla oka. Po drugie, w przeciwieństwie do poprzednika nie był konserwatystą i mocno zaryzykował zmieniając ustawienie na 1-3-4-2-1 z dwoma dziesiątkami za plecami napastnika. Jak widać, opłaciło się. Dzięki tej zmianie lepiej zaczęli grać Stiglec, Praszelik, a nawet mocno rozczarowujący Pich i Sobota lepiej odnajdowali się na murawie za plecami Exposito. Po trzecie, Magiera nie bał się postawić na młodzież i zawodników z rezerw Śląska jak np. Konrada Poprawę czy Szymona Lewkota, którzy wnieśli dużo jakości do zespołu. I po czwarte, potrafił pozbierać zespół w kryzysowych momentach spotkań jak np. z Podbeskidziem (z 2:3 na 4:3) i z Wartą (z 0:1 po pierwszej połowie na 3:2), które zaważyło na miejscu Śląska w klasyfikacji końcowej.

Jacek Magiera/ Fot. Paweł Jaskółka / PressFocus

Magiera dokonał czegoś co na początku kwietnia wydawało się niemożliwe – z nudnego, przewidywalnego zespołu stworzył poukładany, silny mentalnie team, który awansował do pucharów. Do CV szkoleniowca wpadło kolejne osiągnięcie po mistrzostwie Polski i zajęciu trzeciego miejsca w grupie Ligi Mistrzów z Legią. Prezes PZPN, Zbigniew Boniek powiedział, że w przyszłości Magiera obejmie kadrę narodową. Po zajęciu z WKS-em 4. miejsca w lidze, na pewno jest tej posady bliżej niż wcześniej, a trzeba przyznać, że pewne rezerwy nadal są. Śląsk Magiery może grać jeszcze lepiej.

Kluczowa postać zespołu – Krzysztof Mączyński

Sukcesu ,,Trójkolorowych” nie byłoby bez Krzysztofa Mączyńskiego. Kapitan Śląska miał wymierny wpływ na to, że zespół z Wrocławia awansował do europejskich pucharów. Zarówno jesienią, jak i wiosną ,,Mąka” był kluczową postacią drużyny. Gdy z powodu kontuzji wypadł z gry na pierwsze dwa miesiące rundy wiosennej, Śląsk przeżywał ogromny kryzys. Bez kapitana zespół nie funkcjonował prawidłowo. Na 8 spotkań bez Mączyńskiego w składzie, WKS wygrał tylko raz, czterokrotnie zremisował, a zaznał goryczy porażki aż trzykrotnie. W sumie, wrocławianie bez ,,Mąki” zdobywali o prawie pół punktu mniej niż z nim w pierwszej jedenastce. Może i jego liczby w tym sezonie nie porywają, bo to tylko 2 gole i 4 asysty, ale padły w ważnych dla Śląska spotkaniach. Z Podbeskidziem zagrał prawdziwy koncert (1 gol i 2 asysty), a w ostatnim meczu ze Stalą cudownie przymierzył z pierwszej piłki w samo okienko. Gdyby nie ten gol, być może ,,Trójkolorowi” nie zajęliby 4. miejsca w lidze.

Największe minusy – Zbyt duże wahania formy na przestrzeni całego sezonu

Jakie słowo najlepiej podsumowuje sezon Śląska Wrocław? Skomplikowane wyrażenie ,,sinusoidalność”. ,,Trójkolorowi” dostarczyli swoim kibiców huśtawkę nastrojów. Już na początku sezonu, w pierwszej rundzie Pucharu Polski Śląsk odpadł po rzutach karnych z pierwszoligowym ŁKS-em. Później przyszły dwa ligowe zwycięstwa z Piastem i Wisłą Kraków, a następnie remis po emocjonującym spotkaniu z Lechem Poznań. Wydawało się, że Śląsk zostanie na dłużej na miejscu premiowanym grą w pucharach, ale później przyszedł wybuch zarażeń Covidem w zespole, porażki z Pogonią i Legią, a potem wstydliwa klęska z beznadziejną wtedy Wisłą Płock.

Następnie Śląsk przeplatywał lepsze mecze z gorszymi, dopiero pod koniec grudnia stabilizując swoją formę, wygrywając 3 z ostatnich 4 spotkań. Wiosną przyszedł jednak kryzys. Śląsk na 8 pierwszych wiosennych spotkań wygrał jedno i to dość niespodziewanie z będącą na fali, Pogonią. Po bezbramkowym remisie z Wisłą Płock nastąpiła zmiana na stanowisku trenera i przyszedł Jacek Magiera. Dalszy ciąg historii wszyscy znamy.

Co warte jest podkreślenia, choć Śląsk miał wahania formy, to nigdy nie wypadł z top 8.

Fot. Transfermarkt

Tak jak drużynowo Śląsk miał wahania formy, tak poszczególne indywidualności także notowały wzloty i upadki. Najlepszym przykładem niech będzie Robert Pich, który jesienią był jednym z najlepszych piłkarzy zespołu, a na początku wiosny grał totalną kaszanę. Dopiero po przyjściu Jacka Magiery odzyskał swój dawny blask, zdobywając m.in. ogromnie ważną bramkę w meczu z Podbeskidziem na 4:3. Lepszą jesień niż wiosnę miał także młodzieżowiec, Mateusz Praszelik, podobnie także Bartłomiej Pawłowski.

Niezwykle chimeryczny przez całe rozgrywki był Erik Exposito, a więc największa strzelba WKS-u. 9 goli i 3 asysty to w sumie bardzo dobry bilans, ale Hiszpan jak w słynnej piosence Bajmu ,,pojawiał się i znikał”. Potrafił zdobyć dwie bramki z Cracovią, by przez następne 7 spotkań nie wyróżnić się niczym. Potrafił skompletować dublet z Pogonią i zagrać koncert życia w meczu z Wartą (2 gole i asysta na wagę jak się później okazało europejskich pucharów), ale bywało też tak, że był niewidoczny jak duszek Casper i nie wnosił nic na boisku. Gdyby choć raz Hiszpan ustablizował swoją formę, to byłby najlepszym napastnikiem w polskiej lidze. Choć w sumie, gdyby był tak skuteczny, to nie grałby w Śląsku, a co najmniej beniaminku Primera Division.

Największe rozczarowanie – Waldemar Sobota i Israel Puerto

Wszyscy we Wrocławiu byli zachwyceni powrotem Waldemara Soboty po 7 latach przerwy. Piłkarz, który był wyróżniającą się postacią w grającym w 2.Bundeslidze, St. Pauli z miejsca miał wnieść jakość, stać się gwiazdą i liderem zespołu. Początek sezonu miał obiecujący, bo w pierwszych trzech meczach zdobył gola i dwie asysty. Ale tak jak powrót Waldusia Kiepskiego po kilku latach nie obecności w serialu ,,Świat Według Kiepskich” można uznać za nieudany, tak na razie powrót śląskowego Waldka też wygląda słabo. Sobota nie zdołał poprawić już wypracowanych w trzech pierwszych meczach liczb. Z każdym kolejnym spotkaniem szedł w dół, wchodząc często z ławki i grając coraz mniej. Za Jacka Magiery widać było delikatną poprawę, ale to wciąż nie jest ten sam Waldemar Sobota co kiedyś.

Waldemar Sobota/ Fot. Łukasz Sobala / PressFocus

Za rozczarowanie można też uznać wiosenną postawę Israela Puerto. Hiszpan jesienią był podporą defensywy Śląska. Wydawało się, że spokojnie wyrobi limit minut i automatycznie przedłuży kontrakt z wrocławskim klubem. Po trzech pierwszych spotkaniach w 2021 r. wypadł jednak na miesiąc z gry z powodu urazu. Prezes Piotr Waśniewski i dyrektor sportowy Dariusz Sztylka w obawie przed brakiem wyrobienia liczby minut od razu ruszyli do negocjacji z zawodnikiem, ale żądania piłkarza okazały się niebotyczne. 100 proc. podwyżki oraz zapis umożliwiające odejście za darmo było zdecydowanie poza zasięgiem finansowym Śląska.

Po powrocie do gry, Puerto zdecydowanie obniżył loty. Zagrał kiepskie spotkania z Podbeskidziem i Rakowem, wykartkował przed meczem z Górnikiem Zabrze, a także zawalił gola w starciu z Wartą Poznań. W międzyczasie częsć kibiców Śląska zarzucała mu symulkę kontuzji, gdyż Hiszpan wiedział, że po sezonie chce odejść z klubu. I choć ostatnie tygodnie w stolicy Dolnego Śląska Puerto miał kiepskie, tak zakończył swój dwuletni pobyt we Wrocławiu z pozytywnym akcentem. Mimo, że Śląsk nie zachował w meczu ze Stalą czystego konta, Hiszpan zagrał dobre spotkanie, a po ostatnim gwizdku mógł cieszyć się z kolegami na wieść o zajęciu 4. miejsca w lidze.

Największe zaskoczenie – Zawodnicy wyciągnięci z rezerw: Konrad Poprawa, Szymon Lewkot, Mathieu Scalet

Jesienią wydawało mi się, że wychowankowie Śląska nie dostają zbyt wielu szans w ekstraklasie, gdyż po prostu nie są jeszcze gotowi na granie na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. I faktycznie, tacy zawodnicy jak Boruń czy Bergier nadal grali w II lidze, a Samiec-Talar wylądował na wypożyczeniu w pierwszoligowym Widzewie (i co ciekawe, tam też głównie grzeje ławę). Vitezslav Lavicka i Jacek Magiera zdołali jednak wyciągnąć z rezerw ciekawych zawodników, którzy odcisnęli piętno na grze zespołu.

Czech postawił na zawodnika, który od wielu lat czekał na swoją szansę w zespole. Mathieu Scalet w debiucie w ekstraklasie zdobył gola w samej końcówce na wagę trzech punktów w derbach z Zagłębiem Lubin. To wydarzyło się jednak nie w tym sezonie, a w rozgrywkach 2017/2018. W następnych latach Francuz grywał głównie w rezerwach, aż dopiero w tym sezonie zaczął grać w miarę regularnie. Lavicka przekonwertował go z pozycji napastnika na defensywnego pomocnika i trzeba przyznać, że Scalet grał nieźle. Po przyjściu Jacka Magiery stracił miejsce w składzie i po zakończeniu rozgrywek klub nie zdecydował się przedłużyć z nim umowy, ale wydaje się raczej pewne, że po dobrym sezonie Scalet znajdzie miejsce w którymś z klubów z ekstraklasy.

Również pięć lat na swoją szansę musiał czekać Konrad Poprawa. W pewnym momencie wydawało się, że to już zawodnik skreślony w pierwszej drużynie, skazany na granie w II-ligowych rezerwach, których był kapitanem. Jacek Magiera szybko jednak przeniósł go do pierwszej drużyny i postawił na niego w pierwszym meczu z Jagiellonią. Poprawa nie zawiódł – w pięciu kolejnych spotkaniach był mocnym punktem defensywy Śląska. Grał na tyle dobrze, że otrzymał propozycję kontraktu od Legii Warszawa. 23-latek zdecydował się jednak przedłużyć umowę ze Śląskiem i w przyszłym sezonie, po odejściu Israela Puerto będzie podstawowym stoperem zespołu.

Konrad Poprawa/ Fot. Paweł Andrachiewicz/PressFocus

Kolejnym zawodnikiem, który otrzymał szansę i wykorzystał ją w 100% był Szymon Lewkot. Zawodnik niezwykle uniwersalny. Jeszcze na wypożyczeniu w Ślęzie Wrocław grał jako napastnik, a w rezerwach Śląska jako szóstka, ósemka, czy dziesiątka. U Vitezslava Lavicki dostał szansę do zaprezentowania swoich umiejętności jako środkowy pomocnik, a u Jacka Magiery jako środkowy obrońca. I to właśnie w derbowym meczu z Zagłębiem Lewkot na tyle zachwycił na stoperze, że szkoleniowiec WKS-u wystawił go w dwóch kolejnych meczach, ale już jako defensywny pomocnik. W przyszłym sezonie nie będzie już młodzieżowcem, ale to nie oznacza, że zniknie z łask Jacka Magiery. Swoją wszechstronnością pokazał, że warto na niego liczyć.

WERDYKT

Czy miejsce Śląska Wrocław w top 4 po tak chimerycznej grze może dziwić? Oczywiście, że tak, choć nie da się ukryć, że klub z sezonu na sezon robi postępy. Wszystko zaczęło się wraz z powrotem Piotra Waśniewskiego na stanowisko prezesa. Do klubu powrócił ład i porządek, a pod kątem finansowym wszystko zaczęło się zgadzać. Jasne, z jego decyzjami jak np. mówieniem w prasie o szukaniu trenera, w czasie gdy jeszcze pracował Vitezslav Lavicka, można było się nie zgadzać, ale finalnie decyzja o zwolnieniu szkoleniowca obroniła się. Dariusz Sztylka został obdarzony dużym zaufaniem jako dyrektor sportowy, ale pokazał, że warto było na niego postawić. Oczywiście, ostatnie dwa okienka transferowe to takie typowe 50/50: na razie przestrzelił z Zyllą, Sobotą czy Makowskim, ale udało mu się ściągnąć bardzo dobrze grających Bejgera czy Szromnika.

Śląsk Wrocław ma na pewno potencjał, by w przyszłym sezonie również powalczyć o ligowe podium. W Europie ,,Trójkolorowi” raczej nie namieszają, być może przejdą jednego przeciwnika i na tym skończy się ich przygoda w Conference League. Żeby ten klub odpowiednio się rozwijał pod względem sportowym, konieczne są wzmocnienia. Z Rakowa Częstochowa został sprowadzony Petr Schwarz, który ma wzmocnić środek pola. Potrzebne jest sprowadzenie młodszej ,,10”, kogoś kto wniesie jeszcze więcej fantazji niż zawodzący weterani, Pich i Sobota. Być może takim zawodnikiem będzie Miłosz Szczepański, którego od dłuższego czasu łączy się z WKS-em. Środkowy obrońca, lewy i prawy wahadłowy, a także bramkostrzelny napastnik (w razie odejścia Erika Exposito), to także pozycje, które dyrektor sportowy powinien rozpatrzyć.

GIF, który podsumowuje sezon

Mickey Mouse Wizard GIF by Disney
Jacek Magiera, który ożywił grę Śląska Wrocław i wprowadził zespół do europejskich pucharów

Zdjęcie tytułowe – fot. Krystyna Pączkowska/Śląsk Wrocław