Jeśli ktoś powiedziałby wam w lipcu, że Legia skończy rundę jesienną na 17. miejscu w tabeli z dorobkiem 15 punktów, to zapewne uznalibyście go za wariata. Tymczasem Legioniści na półmetku rozgrywek wyrównali klubowy rekord 13 ligowych porażek w sezonie, a w tabeli wyprzedzają jedynie beniaminka z Niecieczy.
Konsekwencje wieloletnich działań
Te wszystkie zdarzenia, które nawiedziły Łazienkowską w tej rundzie, to wyniki wieloletnich zaniedbań. Złe zarządzanie spotkało się ze sporą dawką pecha, a nagromadzone problemy klubu dały nam obecną sytuację. Legia wylądowała na dnie ligowej tabeli, drużyna jest rozbita, kibice wściekli, a w ostatnich kolejkach na trybunach można było usłyszeć więcej przyśpiewek pod adresem prezesa Mioduskiego, niż tych dopingujących piłkarzy. Do tego wszystkiego dołożyć musimy jeszcze wydarzenia z klubowego autokaru, a to i tak tylko część problemów. Do gaszenia takiego pożaru potrzebny był strażak przez duże „S”, i tutaj były już dyrektor Kucharski razem z prezesem schowali dumę do kieszeni i poprosili o pomoc Aleksandara Vukovicia. Serb staje teraz przed bardzo trudnym zadaniem odbudowania drużyny w czasie zimowej przerwy. Pracy będzie miał co nie miara.
Rozbita szatnia
Kluczowe w poprawie obecnego stanu rzeczy będzie ponowne scalenie szatni. W ciągu całej rundy napływały do nas informacje o podziałach w drużynie, tworzeniu się grupek piłkarzy polskich, portugalskich, bałkańskich. Zamieszanie z tzw. grupą baletową zaraz po zwolnieniu Czesława Michniewicza, a dopełnieniem całego zła, które miało miejsce na Łazienkowskiej była sytuacja z klubowego autokaru, po której na odejście z drużyny zdecydowany jest Mahir Emreli. Zjednoczenie szatni powinno być w tej chwili sprawą priorytetową dla nowego szkoleniowca, a to zadanie ułatwić może mała rewolucja kadrowa, która będzie mieć miejsce w zimowym okienku transferowym.
Morale zespołu znajdują się w opłakanym stanie. Jesienią Legia była drużyną, która kompletnie nie radziła sobie z boiskowymi wydarzeniami. Piłkarze nie potrafili ruszyć w pogoń za wynikiem, gdy pierwsi tracili gola. W takich wypadkach ani razu nie wygrali spotkania w lidze. Ta sztuka udała się jedynie w starciu ze Slavią Praga, a także dwukrotnie w krajowym pucharze. Zespół miewał w meczach przestoje, paraliżujące momenty, w których rywale robili co chcieli, tj. błyskawicznie stracone gole w spotkaniu ze Stalą, bramka do szatni z Pogonią przy biernej postawie defensywy, czy dublet Alberto Torila w odstępie czterech minut. Żal było patrzeć na obrazki ukazujące załamanych zawodników po kolejnych porażkach, a także na wywiady pomeczowe, w których niektórym brakowało słów.
Rozsypana defensywa
W strefie obronnej Legii nie działało w zasadzie nic. Klub nie załatał odpowiednio dziury po odejściu Josipa Juranovicia, ogromny regres zanotował MVP zeszłego sezonu Filip Mladenović. Legia została pozbawiona swojej najgroźniejszej broni z sezonu 20/21, której koronę króla strzelców zawdzięczał Tomas Pekhart. Jako następcę „Jury” wytypowano Mattiasa Johanssona, któremu w Warszawie od początku się nie układało. Duże problemy zdrowotne sprawiły, że Czesław Michniewicz nie mógł liczyć na Szweda przez dłuższy czas. Dobre występy z Bodo i Leicester dawały nadzieję, jednak im dalej w las, tym gorzej. Johansson pokazał w lidze swoje bardzo przeciętne walory ofensywne, o które ciężko mieć do niego pretensje. Jak sam Michniewicz przyznawał, Szwed w swoim poprzednim klubie miał zakaz przekraczania połowy boiska. Tym bardziej zaskakująca wydaje się decyzja o sprowadzeniu do klubu zawodnika o tak niepasującym do Legii profilu.
Wśród stoperów nie sposób znaleźć kogoś, kto prezentowałby w tej rundzie równą, solidną dyspozycję. Każdy z obrońców miewał spore wahania formy. Rose i Abu Hanna kompletnie nie spełnili pokładanych w nich nadziei, problemy z powrotem do formy po kontuzji miał Maik Nawrocki, a kapitan Artur Jędrzejczyk najgłośniejsze występy zaliczał przed kamerami Canal+. Kolejnym piłkarzem, który mocno zjechał z formą był Mateusz Wieteska, który najczęściej stawał się zapalnikiem pod własną bramką. Jednak najwięcej problemów pojawiło się na pozycji bramkarza. W obliczu przedłużającej się absencji Artura Boruca, wynikającej z kontuzji pleców, szansę gry otrzymali Cezary Miszta i Kacper Tobiasz, którzy zdecydowanie nie udźwignęli ciężaru „jedynki”. Owszem, obaj mieli swoje wielkie wieczory, mimo tego znacznie częściej od spektakularnych interwencji zdarzało im się popełniać szkolne błędy, które kosztowały Legię sporo punktów. Wielką bolączką mistrzów Polski były stałe fragmenty gry. Rywale strzelili po nich aż 12 golu, co stanowi 40% wszystkich straconych bramek. Chociaż Legia zaskakiwała nas negatywnie już wielokrotnie, to w tym przypadku można pokusić się o stwierdzenie, że gorzej być już nie może.
Uboga ofensywa, nieskuteczni napastnicy
Gdy spojrzymy do przodu, to sytuacja również nie wygląda kolorowo. Ciężko znaleźć aspekt gry, który w Legii działałby bez zarzutu. Warszawianie mają problem ze zdobywaniem bramek. Spotkanie z Zagłębiem było pierwszym ligowym meczem, w którym Legia potrafiła strzelić więcej niż dwa gole od czasu wrześniowej wygranej z Górnikiem Łęczna (3:1). Największą winę w tej sytuacji bez wątpienia ponoszą napastnicy. Tomas Pekhart jest bardzo daleko od dyspozycji z zeszłego sezonu, Rafa Lopes nie wyróżnił się właściwie niczym, a Szymon Włodarczyk to melodia przyszłości, ponadto nie wiadomo, czy przyszłości Legii, bo jego kontrakt wygasa w czerwcu 2022 roku. Oczywiście jest jeszcze Mahir Emreli, zwycięzca naszego redakcyjnego głosowania na dziada rundy, który pudłował w sytuacjach wręcz niemożliwych. Azer pokazał nam swoje nieprzeciętne umiejętności na europejskim podwórku, jednak gdy dochodziło do spotkań w Ekstraklasie, Emreli stawał się innym piłkarzem. Wiele wskazuje na to, że Mahira wiosną już nie zobaczymy. Jeśli tak się stanie, to były napastnik Karabachu zapisze się w naszej lidze jako jeden z najbardziej zagadkowych piłkarzy ostatnich lat.
Ta mizerna postawa napastników to niejedyny problem Legii, która w ofensywie jest niezwykle przewidywalna. W całości opiera się na Josue, który odciska swoje piętno właściwie na każdym ataku Wojskowych. Portugalczyk to piłkarz, który nie porusza się zbyt wiele. Dysponuje świetnym przerzutem, techniką, wizją gry. Natomiast problemy pojawiają się przy aspektach motorycznych. Josue nie jest piłkarzem, który sam minie kilku rywali i ruszy z piłką na bramkę. Zespoły potrafią umiejętnie się ustawić i przygotować na grę Legii, nie boją się oddać piłki Warszawiakom, ponieważ Ci mają duże problemy z prowadzeniem gry. Ich pomysł w każdym spotkaniu wygląda tak samo. Wypracowanie nowych wariantów rozgrywania akcji to kolejny ważny punkt na liście zadań dla Vukovicia.
Transfery
Na Łazienkowskiej ma dojść za chwilę do znaczącego przetasowania kadr. Dziś rano klub odpalił prawdziwą bombę, albowiem Radosław Kucharski odszedł, a nowym dyrektorem sportowym została legenda Legii, Jacek Zieliński, który razem z Pawłem Tomczykiem przeprowadzi zespół przez zimowe okienko.
Wiele mówiło się już o ewentualnych odejściach., Legia ma pożegnać się zasłużonymi piłkarzami jak Andre Martins i Tomas Pekhart. Kolejni w kolejce są Rafa Lopes, Mahir Emreli, a także Mateusz Wieteska i Bartosz Slisz. Te zmiany sprawią, że Zieliński będzie musiał szukać piłkarzy w każdej formacji. Zaczynając od początku, Aleksandar Vuković sam przyznawał, że w drużynie potrzebny jest drugi doświadczony bramkarz. Na celowniku Legii znalazł się Bartek Białkowski, jednak na ten moment najbliżej klubu jest Maksym Koval, ukraiński golkiper grający na co dzień w Arabii Saudyjskiej. Jego kontrakt wygasa za pół roku, a Legia chce wykorzystać okazję i sprowadzić go już teraz. Jedną z najpilniej wołających o wzmocnienia pozycji jest prawe wahadło, na którym występować mogą jedynie rozczarowujący Johansson oraz nie dający argumentów sportowych Kacper Skibicki. W trakcie rundy widzieliśmy na tej pozycji już kilka eksperymentów. Czesław Michniewicz w kluczowych meczach eliminacyjnych musiał wystawiać na pozycji wahadłowego Artura Jędrzejczyka, Marek Gołębiewski uparcie korzystał po prawej stronie z usług Yuriego Ribeiro, a epizody na tej pozycji zaliczył także Lirim Kastrati. Żaden z tych piłkarzy nie zbliżył się poziomem do sprzedanego Josipa Juranovicia. Tak duże problemy Legii z prawą flanką wydają się absurdalne, biorąc pod uwagę, że Wojskowi kończyli zeszły sezon mając w kadrze wspomnianego Chorwata, Marko Vesovicia, a także Pawła Wszołka. Ten ostatni kompletnie nie radzi sobie w Unionie Berlin, i już zimą ma poszukać sobie nowego klubu. Wszołek byłby w tym momencie fantastycznym rozwiązaniem, które obskoczy wszystkie pozycje na prawej stronie. Piłkarz ma bardzo dobre relacje z Aleksandarem Vukoviciem, za jego kadencji prezentował się znakomicie.
Klub chciałby pozyskać także środkowego pomocnika, druga linia Legii ma spore problemy. Brakuje tu piłkarzy robiących liczby, jedynym zawodnikiem z dobrymi warunkami fizycznymi jest Igor Kharantin, który jesienią dał nam się poznać jako niesamowicie statyczny zawodnik. Ukrainiec przechodził obok spotkań, i aż ciężko uwierzyć, że jeszcze chwilę temu grał w Lidze Mistrzów i reprezentacji swojego kraju. Póki co nie znamy konkretnych kandydatów. Jedynym jest Łukasz Poręba, któremu zostało pół roku do wygaśnięcia kontraktu w Zagłębiu Lubin.
Na koniec została nam jeszcze pozycja napastnika, na której trzeba będzie wykazać się wzmożoną aktywnością, ponieważ całkiem realny wydaje się scenariusz, w którym zimą Łazienkowską opuści aż trzech snajperów. Tu też jeszcze próżno z szukaniem konkretów, z wyjątkiem Patryka Szysza, po którego Legia robi podchody już od dłuższego czasu.
Jedno jest pewne, w Warszawie muszą postawić na Polaków. Zagraniczny, letni zaciąg kompletnie się nie sprawdził, piłkarze podzielili się na grupy, a na boisku wyglądali jak ciała obce. Sam Vuković mówił w #LegiaTalk, że jest za sprowadzaniem głównie polskich piłkarzy, w tym trudnym momencie.
Czy Legia spadnie z ligi?
To legendarne pytanie zaczynało padać jesienią coraz częściej, i coraz poważniej z każdym kolejnym spotkaniem. Legioniści mają dzisiaj trzy punkty straty do bezpiecznego miejsca, mają do rozegrania mecz więcej, i wszystko we własnych nogach. Scenariusz, w którym Legia spada z ligi to ciągle lekkie science-fiction. W klubie nikt otwarcie nie mówi o walce o utrzymanie, cele postawione przed nowym trenerem to regularne punktowanie, a także walka o zwycięstwo w kluczowym Pucharze Polski. Przed klubem niezwykle ważne tygodnie. W przypadku Legii naprawdę ciężko przewidywać, jak może wyglądać dla nich runda wiosenna. Nie wiemy jaka drużyna wybiegnie w lutym na spotkanie z Zagłębiem Lubin. Vuković podjął się naprawdę ciężkiego zadania, i to w nim możemy szukać dzisiaj największego atutu Legii. Trener znający klub jak własną kieszeń, dobrze dogadujący się z grupą, mający poparcie kibiców może wyciągnąć drużynę z kryzysu, a przy okazji pomóc sobie w dalszej karierze po zakończeniu sezonu i jego kontraktu w Legii.