Nic nie daje polskim kibicom większej ekstazy niż wywalczenie przez ich ukochany klub tytułu mistrzowskiego. Nic też nie wywołuje u poznańskich kibiców większych dreszczy niż myśl, że trzeba jeszcze tego tytułu bronić. W XXI wieku nie udało się Lechowi to ani razu, za to głównie kończyło się wpadkami. Czy tym razem w końcu będzie inaczej?
15 maja 2010 roku Kolejorz pod wodzą Jacka Zielińskiego miał powody do świętowania. Pierwszy tytuł mistrzowski od 17 lat, zdobyty w dramatycznych okolicznościach po bramce Siergieja Kriwca w Chorzowie i samobóju Mariusza Jopa w derbach Krakowa. Rok później 5. pozycja ligowa drużyny Jose Marii Bakero jest wielkim rozczarowaniem – szczególnie boli brak pucharów po świetnej przygodzie w Lidze Europy. Gdy Maciej Skorża zdobywa w czerwcu 2015 roku z Lechem siódme mistrzostwo w historii klubu, nikt nie przypuszcza, że za 4 miesiące zostanie zwolniony. Stery w będącym na dnie tabeli zespole obejmie Jan Urban, ratując sezon zasadniczy, jednak po fatalnej rundzie mistrzowskiej Niebiesko-Biali skończą na 7. pozycji, najgorszej od 2003 roku. Znów nie uda się odpowiednio spożytkować tytułu, który przecież daje ogromne możliwości.
Trochę inaczej trzeba oceniać przypadek sprzed 3 lat. W końcu ósme mistrzostwo Lechowi zapewnił nie kto inny, jak znów Maciej Skorża, ale on sam przed kolejnym sezonem zrezygnował z posady pierwszego trenera. John van den Brom wystartował bardzo źle, odpadając szybko z Ligi Mistrzów, podczas gdy Kolejorz spędzał kilka kolejek w strefie spadkowej, ale skończył wyjątkowo dobrze. W końcu ćwierćfinał Ligi Konferencji i brązowy medal mistrzostw Polski to wynik, którego nie można oceniać negatywnie. Mimo wszystko, ani na moment w Poznaniu nikt nie mógł liczyć na obronę tytułu. Te demony były silne wśród kibiców Lecha i na początku obecnych rozgrywek, a po porażce 1:4 z Cracovią na inaugurację ligi tylko przybrały na sile. Teraz jednak podopieczni Nielsa Frederiksena są głównym faworytem do mistrzostwa, a jutro mogą nawet powiększyć swoją przewagę nad peletonem do aż 5 punktów. Dlaczego poznańska Lokomotywa teraz jedzie po kolejne trofeum pełną parą?
Zdecydowanie największą różnicę pomiędzy tym, a poprzednimi sezonami pomistrzowskimi widzimy na pozycji trenera. Za każdym razem szkoleniowiec-mistrz nie pracował dłużej w Lechu maksymalnie w listopadzie – wtedy zwolniony został Jacek Zieliński, oba odejścia Skorży wydarzyły się jeszcze wcześniej. Teraz wszystko wygląda inaczej. Niels Frederiksen dostał wystarczająco dużo czasu, by poukładać wszystko po swojemu. Zarząd zaufał Duńczykowi na tyle, by nie wykonywać żadnych nieprzemyślanych ruchów podczas kryzysów. Dla przykładu – John van den Brom został przecież zwolniony gdy zajmował z Kolejorzem trzecią lokatę na półmetku rozgrywek, Frederiksen zimował dopiero na 7. pozycji. Wiara w umiejętności szkoleniowca okazała się być kluczowa i postawą wiosną zespół dał trenerowi argumenty do negocjacji nowej umowy. A przecież ta runda zaczęła się od dwóch porażek Kolejorza! Mimo tego w grze poszczególnych zawodników widać, jak Duńczyk rozwija ich piłkarsko – zaczynając od zbudowania Wojciecha Mońki, przez odkrycie na nowo Pablo Rodrigueza przesuwając go na ósemkę, po świetnie wykorzystanie Leo Bengtssona, który miał być uzupełnieniem składu, a okazał się był topowym skrzydłowym.

Leo Bengtsson to cichy bohater Lecha. Do klubu trafiał jako zmiennik, a bez jego goli i asyst zespół miałby 8 punktów mniej w ligowej tabeli. (fot. Lech Poznań)
A skoro o Bengtssonie mówimy, to nie sposób nie pochwalić pionu sportowego. I okej, kibice podniosą kwestię braku transferu na pozycję numer 6 czy średnie transfery Oumy i Moutinho, ale umówmy się – holistycznie patrząc w Poznaniu w końcu można być zadowolonym z transferów. Przy poprzednich tytułach było z tym różnie. Sezon 2010/11? No, kilka niedociągnięć jest. Do klubu przyszedł wprawdzie Artjoms Rudnevs, ale na liście nowych piłkarzy znajdziemy też choćby Artura Wichniarka czy Joela Tshibambę. Pierwszy swój okres w klubie idealnie podsumował kłótnią z twitterowym botem, drugi znany jest głównie ze sklejki swoich zagrań z Cafe Futbol. Po drugim omawianym mistrzostwie za to Niebiesko-Białe barwy zaczęły wdziewać takie tuzy jak Denis Thomalla, Sisi, czy też nienawidzący Legii przy porannej kawie Nicki Bille Nielsen. Te ofensywne niewypały powtórzyły się też za van den Broma – Giorgi Tsitaishvili i Mateusz Żukowski zdobyli łącznie tyle samo bramek w pierwszej drużynie, co w rezerwach (po jednej), zawiodło też poszukiwanie bramkarza, a występ Artura Rutko przyprawia Poznaniaków o zespół stresu pourazowego. W porównaniu z tymi sezonami letnie okienko Lecha wygląda naprawdę świetnie – Rodriguez zaczął już grać na topowym poziomie, Taofeek Ismaheel został Mister Conference League, wypożyczenie i brak wykupu Palmy okazały się być mądrą decyzją i nawet Yannick Agnero pokazał swoją wartość. Nie spłacił się – ba, ma do tego daleko, jednak zwycięski gol z Rakowem może ostatecznie dać kluczowe dla ostatecznego sukcesu punkty, niczym Mario Gonzalez rok temu w Katowicach.
Trzeba też niestety jedną rzecz powiedzieć sobie jasno – Kolejorzowi w tym sezonie pomaga cała liga. Poziom punktowy lidera jest wyjątkowo niski. 1,67 punktu na mecz – tak po 27. kolejce punktuje Lech Poznań. To byłby całkiem niezły wynik w 2011 roku – dałby on wicemistrzostwo, o punkt przed Śląskiem i Legią, jednak całe 6 punktów za wcale nie tak dobrze punktującą Wisłą Kraków. Biała Gwiazda zdobyła wtedy 56 oczek, co daje średnią 1,87 punktu na mecz. By przebić ten wynik w obecnych rozgrywkach, Lech musiałby zdobyć w ostatnich 7 kolejkach… 19 punktów. Jest to teoretycznie możliwe, ale z dużym prawdopodobieństwem w tej teorii pozostanie. Trudniej porównać te liczby z sezonem 2015/16 rozegranym w formule ESA37 ze względu na dzielenie punktów i podział na grupy, ale nawet przy wygraniu wszystkiego do końca obecny Kolejorz nie zbliżyłby się do ówczesnej, mistrzowskiej Legii. Piast byłby w zasięgu jedynie przy bezbłędnych wygranych do końca sezonu, więc lider PKO BP Ekstraklasy mógłby co najwyżej walczyć o podium bez gwarancji wygranej w tej walce. 3 lata temu za to Raków wykręcił najlepszy wynik punktowy (75) od poszerzenia ligi, a druga Legia miała na koncie 66 oczek, czyli… Obecnego maksa dostępnego dla Lecha. Puchary dawało wtedy dopiero 60 punktów, a na 7 kolejek przed zakończeniem obecnych rozgrywek możemy pokusić się o typ, że szóstka z przodu da mistrzostwo.
Odpowiedzialne zarządzanie materiałem ludzkim, trafne transfery i słabość rywali – to wszystko składa się na drogę do sukcesu Lecha Poznań w tym sezonie tak, jak cukier, słodkości i różne śliczności stworzyły Atomówki. Tak jak w kreskówce, tak i tu potrzebny był jednak składnik X, by wszystko zagrało tak jak powinno. Można się spierać, czy w przypadku Kolejorza było to zebrane przy poprzednich przegranych, pomistrzowskich projektach doświadczenie (które przecież procentowało już przy poprzedniej próbie), czy jakiś niedoceniany w piłkarskich analizach łut szczęścia. Kto mógł się w końcu spodziewać, że Mikael Ishak w wieku 33 lat zagra swój najlepszy sezon w karierze, przyjście Joao Moutinho sprawi, że Michał Gurgul zostanie topowym lewym obrońcą ligi, a pewien nastolatek z zaledwie 500 minutami w Ekstraklasie będzie defensywną skałą, nazywaną poznańskim Maldinim. Jedno za to jest pewne – Lech ma wszystkie karty w swoich rękach, by w końcu przerwać klątwę sezonów pomistrzowskich. Najbliższe rozdanie już jutro.
Patryk Chyła/fot. Lech Poznań