Polegli na Zawiszy – Wisła spływa, w Bydgoszczy grają dalej

zawisza 1

Ile zmian w pierwszym składzie względem ostatniego meczu ligowego można zrobić, by nie zlekceważyć rywala grającego dwa poziomy rozgrywkowe niżej? Wychodzi na to, że osiem zdecydowanie przekracza limit – na tyle zdecydował się Mariusz Jop, a jego Wisła Kraków poległa w Bydgoszczy z Zawiszą aż 1:4 w 1/8 finału STS Pucharu Polski.

Julius Ertlthaler, Frederico Duarte i Mariusz Kutwa – oni wyszli od pierwszej minuty zarówno na niedzielny mecz ze Stalą Mielec, jak i na wczorajsze spotkanie z Zawiszą Bydgoszcz. Nie można wprost uznać, że Biała Gwiazda zlekceważyła przeciwnika, lecz duża ilość rotacji w ostatnim czasie było ryzykowanym zagraniem ze strony trenera Wisły. Zawisza przystępował do tego pojedynku jako wicelider II grupy Betclic 3 Ligi, w pełnej gotowości bojowej. Widać gołym okiem było, że kibice w Bydgoszczy stęsknili się za wielką piłką – minęło już 9 lat od kiedy klub został zdegradowany do B klasy i odbudowuje się po dziś, w międzyczasie dwukrotnie znajdując się w 1/16 finału PP. Walka o ćwierćfinał tych rozgrywek była tak dużym wydarzeniem, że by wejść na stadion trzeba było odstać na zimnie kilkanaście minut, co jednak okazało się być wysiłkiem wartym zachodu.

Z początku nic nie wskazywało jednak na niespodziankę w czwartkowy wieczór. Wisła przejęła inicjatywę od pierwszych chwil – już po 8. minutach Michał Oczkowski dwukrotnie uchronił gospodarzy przed utratą bramki, kiedy z czystych pozycji strzelali Omić i Nikaj. Albańczyk zapisał się na liście strzelców niewiele ponad kwadrans później – Frederico Duarte wypuścił Juliana Erhaltera na prawej stronie, Austriak wrzucił futbolówkę na 5 metr, gdzie czekał już wcześniej wspomniany Ardit Nikaj i bez większego wysiłku umieścił piłkę w siatce. Zawisza rozkręcał się bardzo wolno – poza niewykorzystanym błędem w rozegraniu Kamila Brody gospodarze pojawili się w polu karnym dopiero po prawie pół godziny gry. A dokładniej pojawił się Marcel Wszołek, wykorzystując błąd Mariusza Kutwy, który stracił kontrolę nad piłką, dzięki czemu obrońca Zawiszy wbiegł przed piłkarza Wisły, został sfaulowany na samym skraju szesnastki, a sędzia Damian Kos po wideoweryfikacji wskazał na 11 metr. Karnego pewnie wykorzystał Maciej Kona, a stadion wybuchł w euforii. Choć obie strony potrafiły sobie jeszcze w pierwszej połowie stworzyć sytuacje, to żadna nie zakończyła się groźnym strzałem i po 45 minutach na tablicy wyników mieliśmy remis.

Przechadzając się pomiędzy kibicami gospodarzy w przerwie dało się usłyszeć nieśmiało wyrażaną nadzieję. Że remis to dobry wynik, że może da się coś wcisnąć, dowieźć do karnych, a karne to loteria. Nikt – nawet najbardziej optymistyczni kibice Zawiszy – nie spodziewał się takich scen. Chociaż drugą połowę rozpoczął groźny strzał Ervina Omicia, który o centymetry minął bramkę strzeżoną przez Oczkowskiego, to nie Wiślacy byli głównymi aktorami tego widowiska. Nim został Michał Cywiński, który w przeszłości już dwukrotnie strącił Białą Gwiazdę z firmamentu Pucharu Polski – najpierw w 2019 roku w barwach Błękitnych Stargard, a w 2022 – jako piłkarz Olimpii Grudziądz. Cywiński postanowił skompletować więc dwie trójki – zwycięstw nad Wisłą oraz asyst, choć chyba bardziej celne będzie stwierdzenie „ostatnich podań”. W 53. minucie meczu jego wrzutkę po rzucie wolnym dosięgnął głową Mikołaj Staniak, kierując piłkę do bramki i wyprowadzając Zawiszę na prowadzenie. Na kilka sekund zanim na zegarze minęła równa godzina gry, Kamil Broda został pokonany po raz kolejny, tym razem przez duet Cywiński&Duarte – pomocnik gospodarzy posłał wkrętkę z rzutu rożnego, próbując zaskoczyć bramkarza, a portugalski skrzydłowy delikatnie trącił piłkę głową, co jeszcze bardziej utrudniło interwencję Brodzie. 4 minuty później gospodarze otrzymali rzut wolny blisko tego samego narożnika, z którego padł trzeci gol. Do piłki podszedł – a jakże – Cywiński. Wychowanek Zawiszy znów postanowił posłać mocno podkręcony strzał na krótki róg, jednak piłka odbiła się od słupka i trafiła do kapitana Zawiszy, Macieja Kony, który z łatwością ustrzelił dublet.

Zawisza 4. Wisła 1. Euforia u jednych, szok i niedowierzanie u drugich. Jako że sympatycy obu klubów nie przepadają za sobą (lekko mówiąc), to od samego początku meczu na trybunach dało się wyczuć wzajemne napięcie. Po czwartej bramce gospodarzy już go nie było – wszyscy pogodzili się z triumfem trzecioligowca, nawet wyjątkowo cisi jak na siebie kibice przyjezdnych. I co z tego, że końcówka meczu obfitowała w akcje – cztery razy piłka uderzyła w poprzeczkę, dwukrotnie po obu stronach, w tym raz gdy z rzutu rożnego uderzał nie kto inny jak Michał Cywiński. Co z tego, że Biała Gwiazda zdobyła nawet bramkę, gdy Ertlthaler wykończył z najbliższej odległości akcję po podaniu Jakuba Krzyżanowskiego, skoro młodzieżowy reprezentant Polski był na spalonym. Cały stadion wiedział już na pół godziny przed ostatnim gwizdkiem, jak zakończy się ten wieczór. Gdy w końcu Damian Kos zagwizdał po raz ostatni, nie było kolejnego wybuchu radości na trybunach – ta trwała już długo i pewnie niektórym utrzymała się do dzisiaj. Po meczu kibice Zawiszy nie tylko wracali do domów z uśmiechem po pokonaniu wyżej notowanego rywala, który zresztą nie należy do lubianych, a takie zwycięstwa smakują przecież lepiej. Wracali oni do domów z nadzieją, wlaną im w serca przez zawodników swojego ukochanego klubu – nadzieją, że można. Po prostu. I z taką nadzieją będą wyczekiwać 2 maja 2026 roku, marząc o tym, jak na murawę PGE Narodowego wyjdzie jedenastka w niebiesko-czarnych barwach.

Patryk Chyła/fot. Zawisza Bydgoszcz