Pierwsza liga – styl życia. Wszystkie szaleństwa Fortuna 1. Ligi

Share on facebook
Share on twitter
2020.09.19 Sosnowiec
Pilka nozna Fortuna 1 Liga sezon 2020/2021
Zaglebie Sosnowiec - LKS Lodz
N/z Patryk Malecki Maciej Wolski
Foto Norbert Barczyk / PressFocus

2020.09.19 Sosnowiec
Football Polish First League season 2020/2021
Patryk Malecki Maciej Wolski
Credit: Norbert Barczyk / PressFocus

To był jeden z najlepszych sezonów 1. ligi w historii. Zmiany w czubie tabeli jak w kalejdoskopie, emocje jak na rollercoasterze wybudowanym z torów klejonych klejem w tubce… Dzisiaj jednak skupimy się na absurdach, a tych też było niemało.

Powiew okręgówki

Zacznijmy od wydarzeń w całości zabawnych. Trudno za inne uznać to, że w lidze kreującej się na profesjonalną mają miejsce mecze na boiskach przeznaczonych do rozgrywania nic nieznaczących przedsezonowych sparingów. Szczególnie w pamięć wryły się dwie sytuacje – Puszcza Niepołomice dowiadująca się o grze na sztucznej murawie 23 godziny przed starciem oraz Arka Gdynia zmuszona do rozgrywania spotkania decydującego o układzie tabeli na bocznym boisku i bez kibiców w Głogowie. W obu przypadkach było to równie absurdalne, co nieprofesjonalne. Goście przyjeżdżali z góry z utrudnieniem, gdyż nie byli przystosowani do prowadzenia gry w takich warunkach, zaś widzów raczyły widoki bloków czy innych trawników. Rzeszów ma definitywnie najgorszą płytę w lidze (nie była to ostatnia sytuacja, w której grano tam na bocznym boisku), a Chrobry zaś unosił się dumą i nie chciał przenieść meczu na inny stadion.

Przeboje Davida Panki lepsze niż Lady Pank

Trudno o lepszy przykład słabej psychiki, niż odbicie wody sodowej po niezłej rundzie jesiennej w Miedzi Legnica. David Panka pokazywał potencjał, często nawet umiejętności, ale z trudem przychodziło mu rozegranie 90 minut czy zaliczanie jakichkolwiek liczb. Mącący mu w głowie menadżerowie, niczym w „Incepcji”, zasiali w mózgu chęć szybkiego przeprowadzenia się na wyższy poziom rozgrywkowy. Zaczął być niezdolny do funkcjonowania w środowisku klubowym, został znienawidzony przez wszystkie osoby związanie z „Miedzianką”. Mowa tu o człowieku, który został sprowadzony z drużyny U-21 holenderskiego RKC Waalwijk. Mowa tu o chłopaku, który sezon rozpoczął w rezerwach Miedzi. Mowa tu o zawodniku, który w wieku 21 lat rozegrał pierwszą, poważną rundę w seniorach.

Trudno znaleźć sens w działaniu skrzydłowego. Z powodu problemów dyscyplinarnych nikt nie chciał mieć z nim nic wspólnego, nie licząc krótkiego epizodu testów w Koronie Kielce. Ostatecznie David Panka wylądował w rezerwach Sportingu Kansas City, skąd zresztą już wyleciał. A wystarczyło jeszcze pół roku zachować godność ludzką i pewnie jego kariera zaczęłaby szybować.

Sandecja jak Juventus, nie tylko w barwach

Trudno uwierzyć, że twórcą jednego z najpozytywniejszych zaskoczeń będzie ekipa prowadzona przez Dariusza Dudka. Jasne, wprowadził on 3 lata temu do Ekstraklasy sosnowiczan, ale poza tym wylatywał dosyć szybko z GKSu Katowice, czy właśnie z ponownej przygody w Zagłębiu. Z tego powodu jego misja ratunkowa po nieudanym początku sezonu Piotra Mandrysza była brana z dużym dystansem. „W milionera z kundla w rok” – rapował Quebonafide. W tym wypadku Sandecja przeszła drogę z czerwonej latarni do pierwszoligowego potentanta, który prawie do samego końca walczył o możliwość gry w barażach. A mówimy tu o zespole czekającym na wygraną aż do 14. kolejki! 17 meczów z rzędu bez porażki – tak wygląda imponujący dorobek nowosądeckiego klubu.

Tabela po objęciu drużyny przez Dariusza Dudka/ fot. 90minut.pl

Trener wycisnął maksimum z takich postaci jak Małkowski czy Piter-Bućko i wybił argumenty osobom mówiącym o zbyt słabej kadrze do walki o wyższe cele. Najpierw uszczelnił defensywę, a następnie uruchomił maszynę ofensywną. „Sączersi” mogli co prawda pomarzyć o lepszej końcówce, ale nikt nie spodziewał się, że zamieszają jeszcze w krajobrazie na zapleczu Ekstraklasy. Teraz czekamy, czy pójdą oni za ciosem i powalczą o awans, czy jednak będą zwykłym średniakiem na pierwszoligowej mapie.

GTA: Radom

Trudno nie pochwalić Radomiaka za profesjonalizm w minionym sezonie. Stopniowo budowany zespół robił bezbłędne transfery, sprawnie zastępując utraconych przed sezonem zawodników. Na dodatek trener Dariusz Banasik w Radomiu to już człowiek-instytucja. Niemniej jednak i tu nie dało się przejść przez rozgrywki suchą stopą. Morimakan D., 22-letni francuski napastnik, nie popisał się na boisku niczym, co miało nas zachwycić. Nie radził sobie nawet w rezerwach. Cóż, skoro nie potrafił przełożyć „Fify” na realne życie, to spróbował z „GTA”. Wyszło ciut lepiej, bowiem razem z kolegami udało mu się skroić Mercedesy dwóch piłkarzy Radomiaka. Napastnik wyniósł z szatni kluczyki do obu samochodów, które stały na podziemnym parkingu, i przekazał je dwójce Francuzów. Jedno auto odnaleziono w Niemczech, drugie we Francji. Wyroku sądowego jeszcze nie ma, ale piłkarsko został skazany na wygnanie z Radomiaka.

Ireeek, czyli (nieoczekiwana) ekstraklasowa nominacja

Kariera Ireneusza Mamrota potoczyła się niezwykle dziwnie. Jeszcze niedawno był jednym z najbardziej cenionych trenerów w Polsce. W 7 lat przeprowadził Chrobrego Głogów z niemającego perspektyw trzecioligowca do pierwszoligowego średniaka. Następnie zdobył wicemistrzostwo Polski z Jagiellonią, wygrał w dwumeczu kwalifikacji do Ligi Europy z portugalskim Rio Ave, grając najlepszą piłkę ze wszystkich pucharowiczów, a kilka miesięcy później poprowadził zespół do finału Pucharu Polski. Z pewnością niemałe osiągnięcia. Mamrot skończył jednak przygodę w Białymstoku niezbyt miło, w oparach skonfliktowanej zanarchizowanej szatni.

Po kilku miesiącach przerwy został trenerem Arki Gdynia, którą przejęli państwo Kołakowscy. Do projektu „Arka” przyszedł, gdy klub był już na skraju spadku. Nie udało mu się gdyńskiego klubu utrzymać, ale Ireneusz Mamrot miał być sternikiem wielkiego planu. Ostatecznie sternik rozwiązał kontrakt za porozumieniem stron w grudniu, zostawiając Arkę na 5. miejscu. Powodem miało być wtykanie nosa władz w działania trenera.

Rękę do trenera wyciągnął ŁKS Łódź, i tak samo jak w przypadku Arki, Mamrot miał wprowadzić zespół do ekstraklasy. ,,Rycerze Wiosny” po przyjściu nowej miotły mieli grać lepiej, ale efekt wyszedł odwrotny. W 13 meczach za Mamrota, ŁKS zanotował pięć zwycięstw, trzy remisy i pięć porażek. Na dwie kolejki przed końcem rozgrywek ŁKS zamiast bić się o awans, zajmował 5. miejsce w tabeli. Szkoleniowiec pożegnał się z posadą 1 czerwca, ale co ciekawe, nie z przyczyn sportowych. Powodem było kręcenie na boku z Jagiellonią. Tą samą, którą zostawił kompletnie rozregulowaną półtora roku wcześniej. Mamrota do „Jagi” wybrał komputer. Tylko komputer nie wie, że Ireneusz Mamrot trzy razy z rzędu tracił pracę w dziwnych okolicznościach, a także, że trzy razy z rzędu nie potrafił przekazać zawodnikom swojej wizji. Cóż, polska piłka potrafi zaskoczyć nawet najlepszą technologię.

Ireneusz Mamrot/ Fot. Adam Starszynski / PressFocus
Toksyczny związek Szymona Grabowskiego z Resovią

Od razu sobie ustalmy, że zwolnienie Grabowskiego w ostatecznym rachunku nie wyszło na minus. „Reska” co prawda zajęła dopiero 16. miejsce, ale po przepracowanym przez Radosława Mroczkowskiego okresie przygotowawczym oraz poważnych wzmocnieniach radzili sobie naprawdę dobrze i potrafili zaskoczyć. Cała ta sprawa jest niesmaczna z dwóch powodów. Po pierwsze – zwolnienie Szymona Grabowskiego nie było do końca uzasadnione. Jasne, Resovia nie radziła sobie najlepiej i kręciła się wokół ostatniego miejsca. Rzeszowski zespół był jednak na papierze najsłabszym w całej lidze, a awans na zaplecze można z całą pewnością uznać za wynik ponad stan. Zamiast wspomóc Grabowskiego, który jest silnie z klubem związany, wzmocnieniami, to zwyczajnie uznano go za głównego winnego słabej postawy. Po drugie – po naciskach sponsorów trenera przywrócono, obdarzono niby zaufaniem i… zwolniono ponownie! Posadzono go zwyczajnie na minie i tylko czekano, aby móc zastąpić go Radosławem Mroczkowskim. Wydawało się, że Grabowskiemu uda się zatrzymać na pierwszoligowym poziomie, ale ostatecznie wylądował w trzecioligowym, Podhalu Nowy Targ.

Probierzowanie Brehmera

Zamieszanie z trenerem Brehmerem jest równie zawiłe, co wyciszone. Były asystent Kosty Runjaicia obrzucał błotem zarząd, zarządem obrzucał błotem go, na dodatek wyszła afera związana z groźbami Brehmera w stronę Janusza Buholca ze Stomilu Olsztyn. Miał straszyć go tworzeniem obrońcy problemów podczas zdobywania uprawnień trenerskich. Ogólnie rzecz biorąc trener troszkę za bardzo chce przypominać Michała Probierza. Twarda ręka wobec piłkarzy, wysokie wymagania wobec zarządu. A że prezes Odry, Tomasz Lisiński ma także twardy charakter, ze zderzenia nie wynikło nic dobrego.

Choć wyniki sportowe broniły Brehmera, podkopywała go otoczka jego pracy. Z plotek i wypowiedzi prezesa wynika, że trener jest osobą niesamowicie impulsywną i zaborczą, w związku z czym prowokował konflikty z piłkarzami i zarządem. Z drugiej strony on sam tworzy obraz pasjonata, może lekko autorytarnego, ale jednak znającego się na rzeczy i mającego na względzie przede wszystkim dobro zespołu. Pełnej prawdy się pewnie nigdy nie dowiemy, ale czekamy na powrót Brehmera na ławkę trenerską.

Olsztyńska telenowela

Największa zawierucha działa się w pozornie cichym klubie. W środku sezonu ze Stomilu odszedł duet prezes – dyrektor sportowy, czyli Wojciech Kowalewski i Sylwester Czereszewski. Dali się w przeszłości zapamiętać jako świetni piłkarze, jednak w Olsztynie będą kojarzeni tylko z degrengolady, jaką swoimi działaniami zapewnili klubowi.

Niemające sensu ruchy transferowe (pamiętacie takich grajków jak Nikita Kovalonoks, Skender Loshi, czy Sam van Huffel?), brak realnej komunikacji z zawodnikami, robienie z klubu własnego folwarku. O ile Kowalewski jakoś pogodził się z całą sytuacją, to Czereszewski szedł w zaparte chcąc udowodnić, że nie można mu nic zarzucić, a jego nabytki były chociaż w pewnej części trafne.

Pozostawiony przez nich bajzel wziął na siebie Grzegorz Lech, legenda Stomilu i jeszcze nie do niedawna jego zawodnik. Skończył karierę dopiero po rundzie jesiennej. Na domiar złego Michał Brański, który jeszcze przed sezonem zapowiadał ambitne plany, zdecydował się wycofać z dalszego finansowania Stomilu, w związku z czym olsztynianie muszą się martwić nie tylko o sferę sportową, ale również finansową.

Awantura w Sosnowcu

To nie był dobry sezon w wykonaniu Zagłębia Sosnowiec. Klub w minionym sezonie chciał podłączyć się do rywalizacji o baraże, a tymczasem musiał walczyć o utrzymanie. Kazimierz Moskal uratował zespół przed spadkiem, ale nie uchronił przed konfliktem na linii zawodnik – członek sztabu szkoleniowego. Cała 1. liga żyła sporem Patryk Małecki – Łukasz Matusiak. Były piłkarz został zawieszony przez klub, z powodu naruszenia nietykalności cielesnej i stosowania gróźb karalnych wobec asystenta trenera Moskala.

Do eskalacji konfliktu między Małeckim, a Matusiakiem doszło po zakończeniu marcowego meczu ze Stomilem Olsztyn. Między panami doszło do gwałtownej wymiany zdań. Sam Małecki przyznał, że Matusiaka zwyzywał ostro i dosadnie, ale nie uderzył. Matusiak z kolei uważał, że zawodnik kłamie.

Szczegóły sprawy opisał „Przegląd Sportowy”. Po aferze Zagłębie miało oczekiwać od piłkarza, że ten zgodzi się na rozwiązanie kontraktu i zrzeknie się należnych mu pieniędzy (250 tys. zł). Wyciekła nawet rozmowa na whatsappowej grupie zawodników Zagłębia, gdzie koledzy z drużyny Małeckiego przyznają, że piłkarz nie uderzył asystenta trenera.

Ostatecznie Małecki został ukarany przez PZPN  dyskwalifikacją w wymiarze 2 miesięcy (liczoną od pierwszych dni kwietnia), a także otrzymał karę finansową w wysokości 10 tysięcy złotych. W następnym sezonie nie zobaczymy go już w 1. lidze, gdyż w następnym sezonie zagra w barwach II-ligowej Stali Rzeszów.

Szalony koniec ligi

Chyba nie trzeba dużo przypominać, gdyż ta końcówka zapisze się w annałach pierwszej ligi. Niesamowita nerwówka trwająca do ostatnich minut, a następnie kompletnie zaskakujące baraże. Bruk-Bet Termalica, która zdominowała rundę jesienną, najpierw tuż pod koniec straciła prowadzenie na rzecz Radomiaka, potem zaś ledwo co nie została wyrzucona z miejsca premiowanego bezpośrednim awansem przez GKS Tychy.

Zwycięzcą baraży nie okazali się typowani do awansu tyszanie, ŁKS, czy Arka, a Górnik Łęczna, który wcześniej zaliczył serię 9 meczów bez zwycięstwa. Podobny kazus, co niecieczanie – ex-Bogdanka zajmowała 2. miejsce po rundzie jesiennej, a było blisko, żeby ich miejsce w barażach zajęła Miedź Legnica. Nie należy zapominać o sprintującej w górę tabeli Sandecji, która pewnie walczyłaby o awans, gdyby nie spadek formy na trzy kolejki przed końcem sezonu.

Jedenastka sezonu według redakcji PolskaPiłka.pl

Na koniec nie mogło zabraknąć naszej jedenastki sezonu. W bramce postawiliśmy na Mateusza Kochalskiego – najlepszego młodzieżowca i zarazem bramkarza I ligi. Golkiper wypożyczony z Legii Warszawa na 34 kolejki aż 20 razy zachował czyste konto. Spory wkład w tak imponujący wynik mieli też obrońcy Radomiaka – niezawodny na prawej flance Damian Jakubik (2 gole, 4 asysty) oraz Raphael Rossi. Z Brazylijczykiem w składzie Radomiak wiosną puścił tylko 6 bramek. Na środku obrony postawiliśmy na Artema Putiwcewa z Bruk-Betu, który choć miał słabszą końcówkę sezonu, to zdobył 5 bramek i wygrywał niezliczoną ilość pojedynków w powietrzu. Człowiek, który trzymał w ryzach defensywę Słoni. Formację defensywną zamyka 37-letni Leandro, jeden z architektów powrotu Górnika Łęczna do ekstraklasy, który w ostatnich czterech meczach meldował się z asystą, bądź kluczowym podaniem.

W środku pola postawiliśmy na produktywnego defensywnego pomocnika, Adama Deję z Arki Gdynia (5 bramek, 3 asysty), oraz na Łukasza Grzeszczyka, który miał spory wpływ na grę GKS-u Tychy w I lidze. Kto wie, być może gdyby nie został zawieszony na ostatnie mecze sezonu, być może GKS zobaczylibyśmy w ekstraklasie. Na skrzydle umieściliśmy lidera ŁKS-u, Pirulo, który zanotował imponujące liczby, 13 goli i 7 asyst. Po drugiej stronie, niedoceniany przez wielu Paweł Wojciechowski, który w ofensywie zrobił wiele pożytku dla Górnika Łęczna. Jego liczby – 9 goli i 6 asyst, przyczyniły się do awansu ,,Zielono-Czarnych” do elity. Na ,,10” Roman Gergel, król strzelców 1. ligi z 19 golami na koncie, a na szpicy Karol Angielski, autor 13 trafień, piłkarz, który odbudował się w Radomiu, po nieudanych przygodach w ekstraklasie.

Kliknij w zdjęcie, aby odwiedzić profil autora na Twitterze!