Piekło zamarzło. Czy Śląsk powalczy o awans?

Screenshot

Losy Śląska Wrocław po degradacji układały się bardzo pokrętnie, ostatnie tygodnie to pasmo niepowodzeń. Jak jednak mawiał klasyk: „nie ma miejsca jak dom”; WKS po powrocie do twierdzy przełamał kompromitującą serię siedmiu ligowych meczów z rzędu bez wygranej. Druga połowa przesądziła o okazałym zwycięstwie nad lokalnym rywalem. Czy ekipa Ante Simundzy wróciła na właściwe tory? 

Pierwszoligowy wir od początku listopada postanowił solidnie przemielić nie do końca gotowego spadkowicza. Śląsk wpadł w serię meczów bez zwycięstwa. W tym czasie rozgrywał szalone spotkania, w których nie brakowało goli. Defensywa szwankowała, a złośliwi obserwatorzy żartowali, że WKS miał w bieżącej kampanii więcej prezesów zarządu aniżeli czystych kont. Wejście w rundę wiosenną było o tyle wymagające, że Śląsk grał dwukrotnie poza domem. 

W Chorzowie niemrawo funkcjonowała ofensywa, a w Legnicy w tym departamencie nastąpił wyraźny postęp. Można było jednak obawiać się o atak pod nieobecność Przemysława Banaszaka, który w starciu z Miedzią nabawił się urazu uda. W pierwszej połowie starcia z Odrą Śląsk pokazał, że obawy nie były bezzasadne. Obie ekipy grały tak, jakby nie chciały zdobyć bramki. Łącznie oglądaliśmy jeden niegroźny strzał celny, zawiedli przede wszystkim gospodarze. Biorąc pod uwagę jesienny polot WKS-u na własnym boisku, pierwsze 45 minut wyglądało dennie. 

Połowa bólu

Ante Simundza nie zgodził się z powszechną opinią na temat pierwszej połowy: – Nie zgodzę się, że w pierwszej połowie byliśmy słabi. Pierwsza połowa była bardzo taktyczna. Byliśmy skoncentrowani. Mieliśmy cztery okazje, trzy ze stałych fragmentów gry. Nie kojarzę, żeby Odra miał dogodną sytuację. W drugiej połowie byliśmy bardziej efektywni i kliniczni pod bramką rywala. Może z tego względu się wydawać, że ta pierwsza część nie była najlepsza. 

Patrząc na ostatnie spotkania, najważniejsza była solidność i koncentracja w defensywie. Odra nie potrafiła wykorzystać podania w sektor półboczny lub boczny, którymi Miedź nękała skrajnie ustawionych stoperów Śląska w walentynkowy wieczór. Liczne zastrzeżenia spadały na występ nowych piłkarzy – Michała Mokrzyckiego i Timoteja Jambora. Był to dla nich premierowy występ na Tarczyński Arenie, na co były kapitan Łódzkiego Klubu Sportowego wskazywał po spotkaniu. 

W przerwie Ante Simundza miał w szatni zachować spokój i ograniczyć się do wskazania na drobne korekty. Efekt? Rewelacyjny początek drugiej części i kilkominutowa nawałnica, po której z Odry pozostało tylko rzeczne koryto. W 47. minucie Llinares po asyście Jambora, kilkadziesiąt sekund później Jambor po asyście Llinaresa. W napływie martwiących informacji wokół Śląska umyka bardzo solidna kampania w wykonaniu Hiszpana. 26-latek komfortowo czuje się jako lewy wahadłowy, w minionym sezonie często w fazie budowania grał jako „fałszywy” ofensywny pomocnik. W systemie z trójką obrońców dodatkowy zawodnik ubezpiecza jego pozycję. Patrząc jednak na mecz w Legnicy, niezbędne jest wsparcie środkowego pomocnika, którym przy pierwszym golu kompletnie nie wykazał się wówczas Yriarte. 

Gwiazdorski debiut

Druga część miała wyraźnego bohatera numer 1 – to Timotej Jambor. Nowy piłkarz Śląska do asysty dołożył dublet. Akcja bramkowa przy pierwszym golu Słowaka była bardzo imponująca, po zgraniu piłki popędził w pole karne, gdzie sprawnie obsłużył go Llinares. Abstrahując od potwornej dezorganizacji Odry, w grze ofensywnej WKS-u pojawił się znany z początku sezonu polot w konstruowaniu zabójczych kontrataków. Trener po meczu wskazał, że snajper pracuje z drużyną dopiero od 10 dni. Szybko zatem zyskał uznanie trybun. 

Słowak wypożyczony jest do czerwca z rumuńskiego Rapidu Bukareszt, kwota wykupu ma być jednak bliska klubowego rekordu. Obecnie najdroższym transferem Śląska w historii jest przyjście Sebastiana Mili z ŁKS-u, które miało miejsce niemal 20 lat temu! 

Śląsk zamknął mecz w dwóch błyskawicznych nokautach, dwukrotnie trafiając tuż po przerwie. W okolicach 70. minuty dołożył trzecie trafienie, a chwilę później rywal z Opola obejrzał czerwoną kartkę. Cassio faulował w sytuacji realnej szansy na zdobycie bramki. W ofensywie gospodarzy zabrakło nie tylko kontuzjowanego Banaszaka, ale także Damiana Warchoła. Pozycja 30-latka w Śląsku budzi spore wątpliwości, po tym jak Rafał Grodzicki miał powiedzieć, że: – Z Ruchem Śląsk grał właściwie w dziesiątkę, bo tak zagrał Warchoł – o czym informował Jakub Guder z Gazety Wrocławskiej. W hierarchii piłkarzy ustawionych w ataku Warchoł wydaje się być teraz czwartym wyborem, przed nim znalazł się także Luka Marjanac. 

Walka o awans?

Jak wielki krok został wykonany? – Mały, ale bardzo istotny – wskazał po meczu Ante Simundza. Rywal w drugiej połowie pozwolił WKS-owi na piorunujące kontrataki, w których ekipa z Wrocławia od początku kampanii jest bardzo silna. W defensywie nie zabrakło koncentracji, nie było za to wielu koszmarnych błędów indywidualnych, które wystąpiły w Legnicy. Poza drzemką Llinaresa w pierwszej części, wyglądało to bardzo solidnie. Rzadko jednak gracze Odry prowokowali groźne sytuacje, w całym meczu nie zdołali uderzyć celnie, mieli tylko jeden rzut rożny. 

W futbolu wskazuje się na „efekt czystego konta”, jakoby miało ono wpłynąć na pewność siebie linii defensywnej w kolejnych meczach. W przypadku WKS-u próba jest niereprezentatywna, wszak zaliczył on dotąd jedno czyste konto w meczu z Puszczą. Po nim wybrał się do Siedlec, gdzie Pogoń w ciągu trzech minut po dwukroć wpakowała piłkę do wrocławskiej bramki. Ostatecznie jednak zadziałała zasada: „strzel jedną więcej niż rywal” i Śląsk wygrał wówczas 3:2. Mimo tego trudno wyciągać wnioski z jednorazowej kolejności (skądinąd bogatych w kuriozum) zdarzeń sprzed pięciu miesięcy. 

Po meczu z Miedzią wielu obserwatorów podkreślało, że kwestią czasu jest rozstanie z trenerem Simundzą. Do zwolnienia miało dojść już w grudniu ubiegłego roku, jak informował Piotr Janas. Kluczowe okazały się jednak względy finansowe. Dziś sytuacja jest znacznie spokojniejsza, z naszych informacji wynika, że trener obdarzony jest kredytem zaufania na kolejne tygodnie. 

W sporcie kluczową cechą jest powtarzalność. Naturalnie we Wrocławiu poza radością z przełamania pojawiły się obawy o kolejne tygodnie. Wraz z nimi nadejdą mecze o tyle korzystne, że Śląsk w dwóch najbliższych kolejkach zagra w domu. Rywalami będą jednak zespoły z miejsc premiowanych bezpośrednim awansem – Chrobry Głogów i Wisła Kraków. W stolicy Dolnego Śląska panuje świadomość, że przebieg tych meczów może być drogowskazem na resztę pierwszego sezonu po spadku. 

Hugo Braun