Paweł Kapsa: Nie rezygnuję z piłki

Share on facebook
Share on twitter
2019.10.29 Bytow
Pilka Nozna Puchar Polski 2019/2020
MKS Bytovia Bytow - Cracovia Krakow
N/z Pawel Kapsa
Foto Piotr Matusewicz / PressFocus

2019.10.29 Bytow
Football Polish Cup season 2019/2020
MKS Bytovia Bytow - Cracovia Krakow
Pawel Kapsa
Credit: Piotr Matusewicz / PressFocus

Grał w Polsce, Azerbejdżanie, na Cyprze, a ostatnio przeniósł się do Austrii. Paweł Kapsa, bo o nim mowa, zwiedził trochę świata, ale najlepsze wspomnienia z piłkarskiej kariery są związane z jego własną ojczyzną. Mecze w niższych ligach austriackich łączy z praktykami, które pomogą mu znaleźć pracę, by zawiesi buty na kołku. Zapraszamy na wywiad z bramkarzem SK Bischofshofen!

Od ponad roku gra Pan w austriackim SK Bischofshofen, który występuje na trzecim poziomie rozgrywkowym. Jak wygląda tam organizacja spotkań, infrastruktura?

Myślę, że jest porównywalnie do naszej drugiej/trzeciej ligi. Jeśli chodzi o poziom sportowy – są duże rozbieżności. Są drużyny, które są bogate, a co za tym idzie świetnie zorganizowane, są też ekipy trochę gorzej zorganizowane. Wiadomo, kraj leży bliżej Niemiec, więc organizacyjnie wszystko wygląda dobrze. Nie ma problemów, jakie często się spotyka w Polsce. Problemy finansowe, zaległości płacowe – tutaj takie rzeczy nie występują. Pod tym kątem na pewno jest lepiej.

Ilu kibiców przychodziło średnio na spotkania trzeciej ligi?

U nas średnia wahała się w granicach około 500 osób. Zdarzały się mecze, kiedy przychodziło 700 kibiców, ale były również takie spotkania, że było ich 300. W lidze są też takie kluby, na przykład Austria Salzburg, która sprzedaje tyle biletów na każdy mecz, ile jest miejsc na trybunach. Wiadomo, że teraz są ograniczenia przez pandemię, ale normalnie jest ich kilka tysięcy na spotkaniach – z dopingiem, bazą ultras itd.

Źródło: YouTube – bruckiblogspotcom

Zwiedził Pan siedem polskich klubów. Poznał klimat szatni, zna Pan polską mentalność. Jak to wygląda w Austrii? W czym obywatele kraju, w którym aktualnie Pan gra są podobni, a w czym się różnią od Polaków w kwestiach sportowych?

Ciężko określić. W Polsce w ostatnim czasie dużo się też zmieniło. Dogoniliśmy Zachód, jeśli chodzi o mentalność, o poziom zaangażowania itd. Nie pozostajemy w tyle. Uczymy się. Nasza szatnia w Bischofshofenjest o tyle specyficzna, że mamy bardzo dużo zawodników z różnych stron świata – Ameryki Południowej, Bałkanów, Czech, Słowacji, Portugalii. Już nawet nie jestem w stanie wymienić wszystkich tych narodowości. Kiedyś ktoś to policzył i wyszło bodajże 13, więc nasza szatnia jest międzynarodowa. Jest różnorodność. Uważam, że dzięki temu jest wesoło, to wnosi sporo kolorytu. Atmosfera jest bardzo dobra. Gdy każdy opowie coś o swoim kraju, na pewno wnosi coś więcej do życia szatni.

Jak wygląda teraz sytuacja w klubie? Znalazłem informacje, że treningi zostały zawieszone. Czy to prawda?

Dostajemy rozpiskę tygodniową, w której mamy 3 lub 5 treningów biegowych, w zależności jak to ułoży trener. Do tego trzy razy w tygodniu spotykamy się na Zoomie na kamerkach i trenujemy razem, wykonujemy trening ogólnorozwojowy czy siłowy. Jest pandemia, ale coś trzeba robić. Przyznam szczerze, że czekamy z niecierpliwością na decyzję, odnośnie powrotu do normalnych treningów.

Ale dwie najwyższe ligi grają.

Tak, wiadomo, to są ligi w pełni profesjonalne. Zawodnicy przechodzą testy. Co prawda, mecze są tam rozgrywane bez kibiców, w pełnym reżimie sanitarnym. Mam nadzieję, że my jak najszybciej wrócimy do normalnego grania.

Czyli finanse i możliwość regularnego testowania odgrywa tutaj kluczową rolę.

Na pewno. Jeśli chodzi o izolację, testy, przestrzeganie całego reżimu sanitarnego i dostęp do tych wszystkich medycznych spraw, to jest to bez porównania z niższymi ligami. U nas w klubie też są zawodnicy, którzy normalnie pracują, więc przestrzeganie tego reżimu jest w zasadzie niemożliwe. Piłkarze idą do pracy, mają kontakt z różnymi ludźmi, a po pracy przychodzą grać. Tamte ligi są stricte profesjonalne, w których gracze zajmują się tylko i wyłącznie graniem, są do dyspozycji klubów przez cały dzień.

Wiadomo, że wszystkie kluby sporo straciły przez pandemię, m.in. z finansowego punktu widzenia. Czy zostały przedsięwzięte jakieś kroki, dotyczące przetrwania w tej koronawirusowej rzeczywistości tzn. czy klub rozmawiał z piłkarzami na temat cięcia pensji czy innych tego typu zabiegów?

Nie, na szczęście nie było takich rozmów. Klub jest w pełni stabilny, wypłacalny, więc do tej pory nie było takiej potrzeby.

Jak wygląda życie w Austrii, jeśli chodzi o obostrzenia koronawirusowe?

Myślę, że porównywalnie do Polski. Trzeba używać maseczek, zwracać na to uwagę. Dla każdego jest to na pewno uciążliwe, ale rozumiemy to. My nie mieliśmy z tym większych problemów – chłopcy, którzy mieli koronawirusa, przechodzili chorobę bezobjawowo z tego co słyszałem, ale musimy chronić ludzi starszych i tych, co są bardziej podatni na wirusa, mają choroby współistniejące itd. Rozumiemy to i mamy nadzieję, że po szczepieniu możliwy będzie powrót do normalnego funkcjonowania.

Jeszcze w rundzie jesiennej poprzedniego sezonu występował Pan w Bytovii Bytów. W jednym z ostatnich wywiadów powiedział Pan, że transfer do Bischofshofen był efektem wielu kontaktów. Co ostatecznie skłoniło Pana do wyjechania z Polski?

Myślę, że chęć zobaczenia czegoś innego na koniec mojej przygody piłkarskiej, doświadczenia, jak to funkcjonuje w innych krajach. Przez tyle lat grania wyrobiłem sobie kontakty, które zaprocentowały. Kolega kolegi polecił mnie, porozmawiałem z właścicielem, dogadaliśmy się i tak na koniec kariery wylądowałem w Austrii.

Co ciekawe ma Pan już plany na piłkarską emeryturę. Zamierza Pan zostać fizjoterapeutą w Austrii. Jak idą prace i praktyki?

Wszystkie papiery niezbędne do tego posiadam, licencje ukończyłem. Zdawałem sobie sprawę, że taki moment musi nadejść, nie chciałem, aby to był dla mnie szok, więc przygotowywałem się do tego. Jeszcze grając w piłkę, starałem się przygotować do tego najlepiej, jak to jest możliwe i mam nadzieję, że mi się to udało. Jeśli ktoś mnie zapyta o zawód, to mogę powiedzieć, że oficjalnie jestem fizjoterapeutą.

Wielu piłkarzy po zakończeniu kariery zostaje trenerami, skautami czy agentami. Pan wybrał fizjoterapię. Czy może Pan powiedzieć, że jest to Pańską pasją i będzie dawać Panu radość po zakończeniu kariery piłkarskiej?

Poniekąd tak, ale nie rezygnuję z piłki, nie rezygnuję też z tych innych dziedzin. Cały czas staram się być blisko piłki. Papiery trenerskie też posiadam. Starałem się zabezpieczyć w różnych kierunkach, nie chciałem się zamykać. Wiem, że im więcej takich dokumentów będę posiadać, tym łatwiej mi będzie później znaleźć pracę, a przy futbolu chciałbym zostać. Fizjoterapia to po prostu jedna z alternatyw, która daje mi możliwość wyboru. Piłka to sport, sport i zdrowie to dziedziny pokrewne, więc łatwiej było mi zdecydować o takim kierunku niż na przykład o innym, o którym wiedziałbym mniej.

Czy o fizjoterapii myślał Pan już grając w Polsce, czy taka myśl pojawiła się wraz z Pańskim transferem do SK Bischofshofen?

Nie myślałem, że na pewno to będę robił, traktowałem to jako jedną z alternatyw. To był też totalny przypadek, bo właściciel klubu ma kilka czy kilkanaście klinik fizjoterapii, pojawiła się taka okazja i po prostu z niej skorzystałem. Póki mi zdrowie dopisuje, jeszcze gram w piłkę, nie robię tego z wielką presją czy ciśnieniem, bardziej dla przyjemności, trochę też dla zdrowia. Mniejsza presja może również sprawia, że lepiej to wygląda na boisku (śmiech). Jestem czynnym zawodnikiem, staram się też zapewnić sobie jak najbardziej miękkie lądowanie po zakończeniu kariery.

Chciałbym, abyśmy na chwilę wrócili do Polski. Czy jest w stanie Pan wybrać klub, w którym czuł się Pan najlepiej i przeżywał najlepszy okres?

Myślę, że Lechia Gdańsk. To klub, któremu kibicuję. Tam się dobrze czułem, w mieście również najlepiej mi się żyło. Bezapelacyjnie Lechia.

FOT LUKASZ LASKOWSKI / PRESSFOCUS

A z klubów zagranicznych?

Każdy klub, w którym pracowałem, wspominam bardzo dobrze. Nieważne, czy polski, czy zagraniczny. Zostawiłem w każdym kawałek siebie. Nie było miejsca, w którym czułbym się niekomfortowo. Wszędzie czegoś się nauczyłem, coś wyniosłem. Wybrałbym jednak Cypr, czyli Alki Larnaka. Wiadomo z jakich względów – komfort, jakość życia.

Sporo naszych czytelników to właśnie kibice Lechii Gdańsk. Jako kibic, rozumiem, że nadal śledzi Pan poczynania Biało-Zielonych?

Jako kibic ja ogólnie śledzę poczynania wszystkich polskich klubów od ekstraklasy do piątej ligi. 90 minut u mnie się pali, że tak powiem (śmiech). Jestem w stanie powiedzieć, kto prowadzi w V lidze, w województwie kujawsko-pomorskim. Ja jestem wielkim fanem piłki nożnej i sportu. Dodam tylko, że jeśli miałbym do wyboru w telewizji czwartą ligę polską, a Premier League, to wybrałbym czwartą ligę polską.

W Bischofshofen występuje w sumie trzech Polaków – Pan i dwóch 19-letnich zawodników – Dariusz Witkowski oraz Szymon Kożecki. Obaj mają już bramki na swych kontach w tym sezonie. Zapowiadają się na solidnych piłkarzy?

Na pewno. Polecał ich mój kolega, ja też rozmawiałem z nim o nich. Chłopaki mają duży potencjał, więc jeśli będą ciężko pracować, słuchać się trenerów i bardziej doświadczonych zawodników, to mogą daleko zajść.

Austria to trzeci zagraniczny kraj po Cyprze i Azerbejdżanie, w którym miał Pan okazję grać. Czy w którymś państwie miał Pan problemy, by dostosować się do panujących zwyczajów?

Nie, ja się szybko aklimatyzuję. Nigdy nie miałem takich problemów. W każdym klubie, w którym byłem, była duża grupa zawodników zagranicznych, więc często tacy piłkarze trzymali się między sobą. Do tej pory utrzymuję kontakt z wieloma zawodnikami, których na swoim szlaku spotkałem. Moim problemem jest to, że ja nie mam problemów. Wszystko mi pasuje, wszystko jest ok. Jestem łatwy w obsłudze, że tak powiem.

Alki Larnaka, czyli Pański pierwszy zagraniczny klub, w maju 2014 roku złożył pismo, które informowało, że wycofuje się ze struktur cypryjskiej federacji piłkarskiej. Problemy finansowe ekipę z Larnaki zaczęły dręczyć już w 2012 roku. Jak Pan wspomina tamten czas? Czy dochodziły do Pana głosy, że w klubie dzieje się coś złego?

Cypryjska piłka ma to do siebie, że tam termin avrio (gr. jutro) jest bardzo często używany. To są nagminne problemy klubów cypryjskich i greckich. Bankructwo nastąpiło rok po moim odejściu z Larnaki, więc ja wszystkie moje pieniądze otrzymałem.

Czyli podczas Pańskiego pobytu w Larnace żadnych głosów, które by informowały o problemach nie było?

Tam opóźnienia w wypłatach są rzeczą normalną i powszechnie akceptowalną. Nie wiem, czy na Cyprze jest klub, który co miesiąc regularnie płaci na czas. Spóźnienia są tam normą, to nie jest nic nadzwyczajnego. Moim zdaniem jest to złe, niedopuszczalne, ale tak się na Cyprze dzieje. Zawodnik, który idzie do cypryjskiego klubu musi się z tym liczyć. Na koniec sezonu z reguły to wszystko jest wypłacone na czas, ale te poślizgi są tam rzeczą normalną. Można się tam pytać „Kiedy będzie wypłata?”, a oni odpowiedzą avrio, a to avrio może się przeciągać miesiącami. Abstrahując od komfortu życia, poziomu ligi, który jest wysoki, opóźnienia są normalne i nagminne. Da się do tego przyzwyczaić. Klub, w którym byłem, czyli Alki Larnaka, jak na cypryjskie warunki, był bardzo dobrze poukładany, bo opóźnień praktycznie nie było, co jest rzadko spotykane na Cyprze. Odchodząc później do Olympiakosu Nikozja, w Alki zaczynało zgrzytać, a potem już była totalna tragedia. Areszt właściciela, podobne historie.

Podobny los, co Larnakę, spotkał azerskie kluby, w których Pan grał, czyli PFC Simurq oraz Xäzär Länkäran. Czy będąc zawodnikiem któregoś z tych zespołów słyszał Pan, że dzieje się coś złego?

Końcówka pobytu w Azerbejdżanie taka była i słyszało się o jakichś problemach finansowych, ale dosłownie ostatnie dwa/trzy miesiące. Wcześniej wszystko było jednak poukładane na topowym poziomie. W ogóle Azerbejdżan, jeśli chodzi o sprawy organizacyjno-finansowe, był top. Po prostu top, nawet w porównaniu z polską ekstraklasą.

Ma Pan 38 lat, więc z pewnością nasunęło się Panu już wiele wniosków na temat Pańskiej kariery. Niektórzy ludzie mówią, że niczego w swoim życiu nie żałują. A czy Pan może powiedzieć, że czegoś w Pańskiej karierze żałuje?

Wiele rzeczy można było zrobić inaczej, lepiej. Każdy wybór wiąże się z pewnymi konsekwencjami. Gdybym wybrał jedną opcję, pewnie nie byłoby drugiej, zdarzyłoby się coś innego. Nie rozpamiętuję tego w takim kontekście, że „ach, żałuję bardzo”. Wybrałem tak, jak wybrałem. Potoczyło się to tak, jak się potoczyło. Myślę do przodu. Jest bardzo dużo rzeczy jeszcze przede mną do zrobienia – i w piłce, i w życiu. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Trzeba się skupić na tym, co tu i teraz.

Co 38-letni Paweł Kapsa powiedziałby 18-letniemu Pawłowi Kapsie?

Żeby nie czekał do 30-tych urodzin na wyjazd za granicę.

I na koniec – czego w tych trudnych czasach można Panu życzyć?

Nie tylko mi, ale wszystkim – żeby to szaleństwo się już skończyło. Każdy odczuł to na własnej skórze. Mam nadzieję, że szczepionki sprawią, że decyzje rządów będą inne i w końcu to się skończy, bo wpływa to bardzo negatywnie na życie wszystkich ludzi, ich zachowanie i funkcjonowanie wszystkich branż.

Z Pawłem Kapsą rozmawiał Jakub Kowalikowski. Wywiad był przeprowadzany 8 lutego.

Redakcja: Bartosz Wieczorek