Paweł Bochniewicz: Moje szanse na wyjazd na EURO oceniam jako bardzo małe

Share on facebook
Share on twitter
2020.11.17 Chorzow
Pilka nozna kadra reprezentacja Polski UEFA Liga Narodow
Konferencja prasowa i trening reprezentacji Polski przed meczem z Holandia
N/z emocje reakcja Pawel Bochniewicz
Foto Lukasz Sobala / PressFocus

Jak ocenia swoje szanse na wyjazd na EURO? Czy rozmawiał z Paulo Sousą? Jakie są największe różnice między Eredivisie a Ekstraklasą? Zapraszamy na rozmowę z Pawłem Bochniewiczem!

Zacznijmy od reprezentacji. Wielkimi krokami zbliża się EURO 2020. Jak ocenia pan swoje szanse na wyjazd?

Oceniam je jako bardzo małe, patrząc na to obiektywnie. Nadzieja jednak umiera ostatnia. Ostatni miesiąc nie był dla mnie udany, bo miałem kontuzję i prawie w ogóle nie grałem. Zostały nam tylko dwa mecze, więc ciężko będzie o EURO walczyć. Nie poddaję się jednak – nie takie rzeczy działy się w piłce nożnej.

Czy Paulo Sousa kontaktował się z panem przed swoim pierwszym zgrupowaniem w roli selekcjonera?

Tak, mieliśmy takie rozmowy. Co prawda, nie była to rozmowa indywidualna, ale mieliśmy takie konferencje, na których byli wszyscy reprezentanci. To bardziej selekcjoner opowiadał, a my słuchaliśmy.

Co sobie pan pomyślał, gdy nie zobaczył swojego nazwiska na liście powołanych na marcowe mecze kadry?

Z perspektywy czasu patrzę na to w ten sposób, że nie jestem i nie byłem pierwszoplanową postacią w reprezentacji. Każdy selekcjoner ma swoje upodobania. Ja nie jestem nawet w pierwszej 15 czy 20 graczy, którzy byli pewniakami w reprezentacji Jerzego Brzęczka, więc liczyłem się z tym, że od razu mogę nie podejść do gustu nowemu trenerowi. Byłem trochę zły, ale bardzo tego nie przeżywałem.

Trochę pan już o tym wspomniał, ale jeszcze dopytam – czyli uważa pan, że spośród polskich stoperów, inni zasługują na wyjazd na EURO bardziej niż pan?

Mamy w Polsce niezłych stoperów. Kwestia tego, czy ktoś mniej lub bardziej zasługuje na powołanie, to nie moja sprawa. Moja opinia jest tutaj najmniej ważna. Najważniejsza opinia należy do selekcjonera, który stwierdził, że ktoś zasłużył na powołanie bardziej niż ja. Tak to wygląda. Ja mogę tylko się zgadzać lub nie zgadzać z tymi decyzjami, ale muszę je szanować.

A czy zastanawiał się pan, czy gdyby Jerzy Brzęczek nadal był selekcjonerem, to otrzymałby pan powołanie?

Absolutnie się na tym nie skupiałem. W piłce co chwilę się coś zmienia, więc gdybym ja miał za każdym razem gdybać i myśleć o tym, to nic innego bym nie robił, tylko bym myślał. Na pewno o tym nie myślałem.

Fot. Piotr Matusewicz / PressFocus

Zostawmy kadrę za sobą. Niewielu polskich piłkarzy decyduje się na wyjazd do Holandii. Jak pan myśli – z czego to wynika?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Dla młodych zawodników Holandia to super miejsce. To jest taki przystanek pomiędzy naszą ekstraklasą a tymi największymi ligami. Wydaje mi się, że polscy zawodnicy popełniają błąd, nie wybierając kierunku holenderskiego. Nie wiem, czy to jest spowodowane tym, że nie ma zainteresowania ze strony tutejszych klubów, czy po prostu polskie drużyny chcą za duże pieniądze za młodych piłkarzy. Pewnie jest kilka takich czynników. W każdym razie myślę, że kierunki holenderski i belgijski są super przystankami. Idąc też do lepszego klubu, drużyny inaczej patrzą na kogoś, kto rozegrał cały sezon w Eredivisie niż na kogoś, kto ma za sobą sezon w ekstraklasie.

Nie ma wątpliwości, że Eredivisie to o wiele wyższy poziom od polskiej ekstraklasy. Jaka jest największa różnica między tymi dwoma ligami?

Tutaj są indywidualności. Chodzi o indywidualne wyszkolenie techniczne poszczególnych zawodników. To jest ta największa różnica. Jakość jest tu dużo wyższa niż w ekstraklasie. W każdej drużynie, nawet w tych słabszych ekipach pokroju Emmen, znajdzie się kogoś bardzo dobrego z super umiejętnościami. Nie mówię nawet o tych najlepszych zespołach jak Ajax, Feyenoord czy AZ Alkmaar. Tam jest wielu świetnych piłkarzy.

Holendrzy słyną ze swojego profesjonalizmu. Czy jest jakiś aspekt gry, na który zwrócił pan uwagę dopiero po transferze do Holandii?

Czy ja wiem, czy oni są aż tak profesjonalni? Myślę, że nie są bardziej profesjonalni od nas, Polaków. Zwróciłem uwagę na to, że tu każda drużyna chce atakować. Nawet grając z tymi lepszymi zespołami, jak Ajax, to my też chcemy atakować. Gorsze zespoły też grają ofensywnie, wszyscy chcą grać w piłkę. Oczywiście, jeśli gra się z ekipami z wyższej półki, to jest się prowokowanym do bronienia, ale nie ma czegoś takiego, że „okej, gramy z silniejszym zespołem, więc my tylko będziemy się bronić i próbować grać z kontry”. Jest granie od tyłu, na wysokim ryzyku i po prostu wygrywa lepszy.

Fot. Górnik Zabrze

Treningi w Holandii znacznie różnią się od tych w Polsce?

W Polsce miałem tylko jednego trenera, więc nie mogę “uogólnić” polskiej myśli szkoleniowej. Współpracowałem z jednym trenerem, inny mógłby mieć inne metody treningowe. Między tym, co miałem w Górniku, a tym, co mam w Holandii, to jest dużo więcej gier, gier na małej przestrzeni, zdecydowanie mniej czasu jest poświęcone taktyce. Bardziej się trenuje, jak strzelić gola niż jak go nie stracić. Największy nacisk kładzie się na ten ofensywny styl i grę z piłką przy nodze.

Dlaczego zdecydował się pan na transfer do Eredivisie?

Na początku myślałem, że zostanę w Górniku do końca kontraktu, ale moim priorytetem było znalezienie klubu za granicą, gdzie ktoś naprawdę będzie mnie chciał, gdzie ktoś będzie mnie znał i gdzie będę ważną postacią od samego początku. Tak było w Heerenveen. Dyrektor sportowy, szef skautów, trener na każdym spotkaniu dawali mi znać, że bardzo mnie chcą. Dużo o mnie wiedzieli – byli w Polsce, często rozmawialiśmy. Taki transfer chciałem zrobić, dlatego wybrałem tę drużynę.

Królem strzelców Eredivisie jest Georgios Giakoumakis. Spotkał się pan z Grekiem w Górniku Zabrze. Chyba nikt nie podejrzewał, że będzie strzelał tyle goli w lepszej lidze niż ekstraklasa?

No chyba on sam się tego nie spodziewał (śmiech). Ostatnio chyba nic nie strzelił, ale wykręcił takie liczby, że był tu porównywany nawet do Marco van Bastena czy do postaci legendarnych, jeśli chodzi zarówno o piłkę holenderską, jak i europejską. Czy się tego spodziewałem? Oczywiście, że nie. Znam jego jakość. Wiem, że jest dobrym zawodnikiem i ciężko się przeciwko niemu gra.

Utrzymuje pan jakiś kontakt z Grekiem?

Nie. Nie miałem z nim jakiegoś super kontaktu, kiedy byliśmy w Górniku, więc tego kontaktu nadal nie ma. Gdy graliśmy ze sobą, to oczywiście rozmawialiśmy, ale była to raczej taka znajomość z pracy.

Kto zrobił na panu największe wrażenie w Heerenveen?

Joey Veerman. To jest taki zawodnik, który będzie niedługo sprzedany za około 10 milionów euro. Wydaje mi się, że to i tak jest promocja, bo jest niesamowity i robi taką robotę, że bez niego na pewno nie bylibyśmy na miejscu, na którym jesteśmy. Dla mnie jest najlepszym naszym zawodnikiem. Mamy też jeszcze kilku innych piłkarzy, którzy potrafią zrobić wrażenie: Ibrahim Dresević, z którym gram na środku obrony, Jan Paul van Hecke, który również jest środkowym obrońcą, Lasse Schone. Są fajni gracze, ale dla mnie to Veerman jest najlepszym zawodnikiem w tym sezonie.

Przeciwko komu grało się panu dotychczas najciężej na boiskach Eredivisie?

Jeśli chodzi o mecze, to najtrudniej gra się z Ajaksem. Nie chodzi o jednego zawodnika, tylko sposób ich gry. Ta współpraca Hallera z Klaassenem jest bardzo dobra. Trudno się temu przeciwstawić. Feyenoord też ma niezły zespół, ale jako drużyna nie grają tak dobrze. Nie podam jednego zawodnika, ale w Eredivisie jest masa utalentowanych graczy, którzy robią wrażenie.

Od momentu przyjścia do Heerenveen kontaktował się pan z Filipem Bednarkiem, który również miał okazję grać w tym klubie?

Kiedy dostałem ofertę, to pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było zadzwonienie do Filipa. Zapytałem się go, co i jak. Zazwyczaj tak to działa, że kiedy otrzymuje się propozycję z klubu, w którym gra lub grał ktoś znajomy, to po prostu się go wypytuje o różne sprawy. W tej sytuacji też tak było.

Czy Filip pochlebnie wypowiedział się na temat klubu i całej atmosfery w Heerenveen?

Jakiejś super laurki nie wystawił (śmiech), ale ogólnie pozytywnie. Ma żonę, która pochodzi z Holandii, więc nawet jeśli chodzi o sam kraj, to fajnie mi o tym opowiedział. Rozumiem go po tym roku – to, co mi powiedział, to wszystko się przełożyło na to, co teraz doświadczam.

Foto Andre Weening/Orange Picuters/PressFocus

Powróćmy na moment do czasów polskiej ekstraklasy. Jak wspomina pan pracę z trenerem Marcinem Broszem?

Wspominam pracę bardzo dobrze. Myślę, że trener miał duży wpływ na to, jakim jestem teraz zawodnikiem. Dzięki niemu poprawiłem szczególnie grę w defensywie i agresję, której mi kiedyś brakowało. Cieszę się, że trafiłem na takiego szkoleniowca. Jestem wdzięczny, że mogłem z nim pracować przez te dwa i pół roku.

Nadal śledzi pan rozgrywki ekstraklasy?

Wielkim fanem nie jestem (śmiech), ale Górnika oglądam. Czasami zobaczę również innych moich kolegów, którzy grają w innych klubach, na przykład Matiego Wieteskę czy Bartosza Kapustkę.

Na pewno ma pan swoje przemyślenia na temat wydarzeń w Górniku. Ostatnie plotki o rzekomym zwolnieniu Marcina Brosza były pana zdaniem zasadne?

Wie pan jak to jest – w piłce nikt nie żyje przeszłością. Liczy się to, co jest teraz. Można być mistrzem świata sprzed roku, ale gdy przegra się cztery mecze z rzędu, to cała opinia się zmienia. Na tym to polega – jeśli Górnik przegrywa pięć czy sześć spotkań z rzędu, to będą pojawiać się takie głosy, że trener się nie nadaje czy, że chłopaki nie potrafią grać w piłkę. W tym wszystkim trzeba znaleźć taki złoty środek. Na początku sezonu wygraliśmy cztery kolejne mecze i wszyscy mówili, że Górnik Zabrze zostanie mistrzem Polski. Teraz z kolei to idzie w drugą stronę i już piłkarze nie potrafią grać, a trenera Brosza trzeba zwolnić. Trzeba znaleźć odpowiedni balans. Wydaje mi się też, że nikt w Zabrzu trenera nie będzie zwalniał. Jeśli już, to sam odejdzie wtedy, kiedy uzna to za stosowne.

Jest pan zaskoczony, że Górnik zwolnił obroty po tak dobrym początku sezonu?

Ciężko by było Górnikowi utrzymać ten poziom z początku sezonu, bo wówczas po pół roku byłby mistrzem Polski. Obudziliśmy duży apetyt, a potem to wszystko gasło. Ja też chciałbym, aby klub był wyżej, ale niektórych rzeczy nie da się przeskoczyć.

Szatnia Górnika przez te kilka była pełna osób, które dbały o atmosferę w szatni jak Tomasz Loska, czy bracia Wolsztyńscy. Czy w szatni Heerenveen jest ktoś tak szalony jak oni? Albo ktoś kto też lubi zadbać o atmosferę?

Nie aż na taką skalę, ale jest kilku chłopaków, którzy lubią pożartować. Przede wszystkim szatnie się bardzo różnią. Oczywiście, w Heerenveen jest kilku kolegów, którzy są takimi śmieszkami, ale to nie wygląda tak, jak w Polsce. Jeśli chodzi o atmosferę w szatni, to nasz kraj byłby w TOP5 na świecie (śmiech). Tutaj jest troszkę inaczej.

Ta różnica polega na tym, że szatnia holenderska jest bardziej poważna czy może miejsca na ten luz jest mniej?

Nie wiem jak jest w innych klubach, ale tutaj piłkarze funkcjonują tak, jakby przychodzili do pracy. Wykonać trening, przebrać się i do domu. W Polsce było tak, że robiliśmy trening, a później szliśmy razem na obiad czy po prostu siedzieliśmy w klubie, bo chcieliśmy sobie pogadać, pośmiać się. W Heerenveen jest po prostu takie podejście.

Kończąc temat, ekstraklasy – przeciwko komu grało się panu najtrudniej w ekstraklasie?

Było kilku bardzo dobrych zawodników, przeciwko którym grałem. Na przykład Pedro Tiba z Lecha Poznań – naprawdę świetny piłkarz, Carlitos, kiedy był w swojej najwyższej formie, Christian Gytkjaer z Lecha, miałem też pewne problemy, żeby upilnować Zdenka Ondraska. Pewnie jeszcze o kimś zapomniałem.

Grał pan swego czasu również we Włoszech. Czy gdyby nadarzyła się ku temu okazja, byłby pan chętny, aby wrócić na Półwysep Apeniński?

Jeśli byłaby taka okazja, a oferta byłaby zadowalająca, to myślę, że tak. Każdy chce grać w jak najlepszej lidze, a włoska jest jedną z nich.

Czy wzoruje się pan lub wzorował w przeszłości na jakimś zawodniku?

Bardziej, kiedy byłem młodszy. Każdy miał wtedy swojego idola – Zinedine’a Zidane’a, Sergio Ramosa. Tacy zawodnicy, którzy są idolami praktycznie wszystkich osób. Teraz, kiedy oglądam mecze, to zwracam uwagę na zawodników, patrząc pod swoim kątem. Bardzo podoba mi się Presnel Kimpembe, który też jest lewonożnym stoperem. Myślę, że on jest takim zawodnikiem, na którym się wzoruje.

Grał pan w czterech różnych krajach – Polsce, Włoszech, Hiszpanii i teraz Holandii. Który klimat najbardziej panu odpowiadał?

Zdecydowanie Granada, czyli Hiszpania.

Jak to jest z językami – czy uczył się pan któregoś z języków obowiązujących w tych krajach?

Oczywiście w szkole uczyłem się angielskiego, ale on nie obowiązuje w żadnym z tych krajów (śmiech). Włoskiego uczyłem się z nauczycielką przez pierwszy rok pobytu w tym kraju, teraz normalnie mówię w tym języku. Hiszpańskiego nigdzie się nie uczyłem, ale również potrafię mówić po hiszpańsku, bo „chłonąłem” ten język, przebywając w tamtejszej szatni. No i teraz uczę się jeszcze niderlandzkiego, przed chwilą właśnie miałem lekcję.

Obstawiam, że jest to najtrudniejszy język, którego się pan uczył.

Nie mam do niego żadnego odnośnika. Kiedy nauczyłem się języka włoskiego, który był moim pierwszym językiem obcym, to później przeskakując na hiszpański, występowało wiele podobieństw, więc szybko opanowałem ten język. Angielski zawsze był gdzieś z boku – czy to z gier, czy z Internetu.

Czy jest liga, w której chciałby pan kiedyś zagrać?

Chciałbym zagrać w La Lidze, aczkolwiek nie mam takiej jednej ligi, którą bardzo lubię. Wszystko weryfikuje rynek. Czasem jest tak, że ma się uprzedzenie do jakiejś ligi, ale pojawia się oferta życia i trzeba z niej skorzystać. Chciałbym grać na jak najwyższym poziomie. Zawsze oglądałem ligę hiszpańską, podoba mi się, ale jeśli dostałbym kiedykolwiek ofertę z lepszej ligi niż holenderska, to też bym się nie zastanawiał.

Na koniec trudne pytanie – gdzie będzie Paweł Bochniewicz za 5 lat?

Gdzie ja będę (śmiech)? Też chciałbym to wiedzieć. Będę mieć 30 lat, więc jeszcze nie na emeryturze. Naprawdę nie mam pojęcia. To jest nie do przewidzenia. Wydaje mi się, że rok jest ciężki do przewidzenia, a co dopiero 5 lat. Patrząc po historiach niektórych piłkarzy, to za 5 lat mogę zostać najlepszym piłkarzem w Lidze Mistrzów albo najlepszym piłkarzem w Okręgówce, bo tak się może życie potoczyć. Nie zastanawiam się nad tym.

Z Pawłem Bochniewiczem rozmawiał Jakub Kowalikowski.

Kuba Kowalikowski
Kliknij w zdjęcie, aby odwiedzić profil autora na Twitterze!