Po zwycięstwie z Albanią, reprezentacja Polski praktycznie załatwiła sobie udział w barażach. Oczywiście dopiero wtedy właściwa droga do mundialu się rozpocznie. Trzeba będzie w marcu pokazać, że nam się te mistrzostwa Świata należą. Jednak na dzień dzisiejszy Paulo Sousa może powtórzyć za Jerzym Brzęczkiem, że osiągnął wyznaczone mu przez PZPN cele. Mimo tego, selekcjoner często jest w ogniu krytyki ze strony części kibiców, dziennikarzy a zwłaszcza byłych piłkarzy. Krytyka ta moim zdaniem jest nie tyle merytoryczna, a ideowa. Główny zarzut kierowany w stronę selekcjonera odnosi się do nieoglądania przez niego meczów Ekstraklasy.
Dlaczego nas to tak bardzo uwiera? Każdy kto ogląda mecze naszej rodzimej ligi, wie na jakim poziomie ona stoi. Miejsce rankingowe mówi samo za siebie. Aktualnie nie ma w polskiej lidze piłkarza (poza Kacprem Kozłowskim), który załapał by się nawet na ławkę rezerwowych w ważnym meczu reprezentacji. Bezsensowne jest powoływać młodego zawodnika, tylko po to by oglądał spotkania reprezentacji z trybun. Lepiej będzie dla wszystkich, jeśli będzie pracował w tym czasie nad formą w klubie. Oczywiście jest kilka ciekawych nazwisk, jednak to melodia przyszłości. Kamiński, Slisz, Szysz, Nawrocki to ciekawi piłkarze, ale jeszcze muszą zrobić kilka kroków do przodu w swoich karierach. Sousa na pewno ma świadomość ich istnienia (większość z tych piłkarzy regularnie gra w młodzieżówkach), ale nie ma potrzeby by co weekend ich oglądał. Ma od tego swoich asystentów, czy też selekcjonera kadry młodzieżowej.
Paulo Sousa negatywnie zweryfikował poziom naszej ligi i obrał inną taktykę przy powołaniach. Skupił całą swoją uwagę na poszukiwaniu reprezentantów grających w różnych zachodnich ligach. To przecież on wynalazł dla kadry Karola Świderskiego, czy odkurzył Damiana Szymańskiego i Pawła Dawidowicza. Selekcjoner szuka piłkarzy grających na wyższej intensywności niż w Polsce i bardziej rozwiniętych taktycznie.
Symbolem całej tej sytuacji jest decyzja Portugalczyka, by zamiast pojawić się na hicie Ekstraklasy, czyli starciu Legii z Lechem, polecieć do Anglii i spotkać się z Matt’ym Cashem i innymi reprezentantami grającymi na Wyspach. Jest to czysto pragmatyczna decyzja, którą ja odbieram w następujący sposób – jeśli Cash dostanie Polskie obywatelstwo (a jest praktycznie pewne, że dostanie) to przez swoją jakość piłkarską z miejsca będzie pierwszym wyborem na prawe wahadło. Trudno się dziwić, że Portugalczyk woli się z nim spotkać i poznać go jako piłkarza oraz człowieka niż być dodatkiem do spotkania na Łazienkowskiej. Woli obserwować, czy nam się to podoba czy nie, pewniaka do gry w pierwszym składzie reprezentacji niż potencjalnych i hipotetycznych zmienników. Wydaje mi się, że w tym przypadku Portugalczyk ma rację i trzeba być merytorycznie-pragmatycznym zamiast idealistycznym. (możesz to ostatnie zdanie zmienić, lub coś tu dopisać).
Ignacy Zieliński