Opuszczone skrzydła Mistrza. Lech Poznań przegrywa w ostatnim przedsezonowym sparingu z Banikiem Ostrawa

Zdjęcie własne

Kolejorz w sobotę na koniec okresu przygotowawczego we Wronkach rozegrał drugi i ostatni mecz kontrolny tego lata. Czy przegrana z czeskim zespołem to realny powód do zmartwień u progu nowego sezonu?

Podopieczni Nielsa Frederiksena ostatnie dwa tygodnie spędzili na ciężkiej pracy przed startem niezwykle wymagającej rundy. Wobec tego nie dziwi fakt, że lechici podczas całego okresu przygotowawczego rozegrali zaledwie dwa sparingi. Wszak na starcie przygotowań sam Frederiksen przyznawał, że zespół będzie pracował mocniej niż przed rokiem. Pierwszy mecz o stawkę jego zawodnicy rozegrają już w najbliższą niedzielę, podejmując na własnym stadionie Legię Warszawa w walce o Superpuchar Polski. Pięć dni później Lech rozegra pierwszy mecz o ligowe punkty, a następnie przystąpi do eliminacji Ligi Mistrzów. W obliczu tych okoliczności zrozumiała jest decyzja sztabu szkoleniowego, by nie dokładać piłkarzom jeszcze większych obciążeń. Dlatego też nie ma co przykładać aż tak dużej wagi do przebiegu spotkania z Banikiem Ostrawa. Prawdziwa weryfikacja mistrzowskiego zespołu dopiero nastąpi. Nie oznacza to jednak, że trener Frederiksen i jego sztab są wolni od jakichkolwiek zmartwień na tydzień przed inauguracją rozgrywek.

(Nie)pewna sytuacja

Do ostatniego kontrolnego spotkania lechici przystąpili niemal na galowo. Można tak pomyśleć przede wszystkim w kontekście linii obrony, którą stworzyli: Joel Pereira, Mateusz Skrzypczak, Antonio Milić i Michał Gurgul. W tej formacji sytuacja w przededniu sezonu wydaje się najspokojniejsza. Jej niekwestionowanym liderem jest chorwacki stoper, który ma za sobą świetną kampanię i w obu sparingach wychodził w podstawowym składzie. Do rozstrzygnięcia pozostaje kwestia, z kim stworzy duet stoperów. W pierwszym towarzyskim spotkaniu był to Alex Douglas, a w drugim Skrzypczak, którego po przerwie zastąpił właśnie Szwed. Frederiksen ma w defensywie niemal pełen komfort wyboru. Brakuje jedynie jakościowego konkurenta dla Gurgula, ale to jeszcze w tym oknie transferowym powinno się zmienić. Pomimo około trzymiesięcznej przerwy Radosława Murawskiego, dość komfortowo wygląda z kolei sytuacja w środku pola. W konfrontacji z Banikiem drugą linię tworzył tercet Gisli Thordarson, Antoni Kozubal i Afonso Sousa, a obiecująco w grach kontrolnych pokazali się Sammy Dudek, Patryk Prajsnar i Bartłomiej Barański. Najwięcej powodów do zmartwień kibice i sztab Kolejorza mają natomiast w formacji ofensywnej. Bryan Fiabema udowodnił, że nie jest dla Mikaela Ishaka nie tyle, co godnym konkurentem, lecz nawet wartościowym zmiennikiem. Tu władze Lecha muszą wreszcie zintensyfikować działania, by nie powtórzyć błędów z poprzednich lat. To i tak nie jest jednak największa bolączka Mistrzów Polski. Na niespełna tydzień przed początkiem rywalizacji o stawkę niezdolne do lotu są skrzydła, na których Lech w maju wzniósł się ku tytułowi najlepszej drużyny w kraju. Na co najmniej miesiąc z powodu urazu wypadł Daniel Hakans. Ali Gholizadeh do treningów wrócił dopiero w pierwszym tygodniu lipca. Można więc zakładać, że nie będzie w pełni gotowy do gry od pierwszego spotkania. Największą niewiadomą pozostaje z kolei Patrik Walemark, który przed ponad tygodniem wyszedł w podstawowej jedenastce na potyczkę z Chrobrym Głogów, ale w grze wieńczącej obóz był nieobecny. Sytuacja zdrowotna Szweda jest niepewna, dlatego był oszczędzany przez sztab przed konfrontacją z Legią. Z powodu tylu absencji na skrzydle, z Banikiem zagrał więc nominalny pomocnik Filip Jagiełło, który i tak zgodnie z prawidłami taktycznymi wdrożonymi przez Frederiksena, często zostawiał miejsce dla Joela Pereiry. Drugą flankę obsadził natomiast Kornel Lisman, który dostawał szanse w zeszłym sezonie.

Skrzydła w mistrzowskiej kampanii były olbrzymim atutem poznaniaków. Dawały one nieprzecenioną jakość. Zwłaszcza w momentach, gdy gra się nie kleiła, zarówno Walemark, jak i Gholizadeh potrafili wziąć piłkę i czynić z nią cuda. Ich brak był aż nadto widoczny. Kolejorz miał w sobotę duże problemy z narzuceniem rywalowi swoich warunków, nie mówiąc już o kreowaniu konkretnych okazji strzeleckich po atakach pozycyjnych. Największe zagrożenie lechici stwarzali po szybkich dograniach za linię obrony. Tak było chociażby w ósmej minucie, kiedy Kozubal rozrzucił piłkę na prawe skrzydło do Ishaka, ten inteligentnie złamał do środka i w tempo podał do wbiegającego w pole karne Sousy, a Portugalczyk po minięciu bramkarza rywali trafił w słupek. Po zaledwie kilkudziesięciu sekundach z prowadzenia cieszyli się Czesi. Wykorzystali oni nieudane zgranie Ishaka do Jagiełły, szybko wymienili piłkę, a świetnym lobem na 1:0 z własnej połowy popisał się sprawiający duże problemy rywalom Ewerton. Niespełna 20 minut później, po spokojnie skonstruowanym ataku, Gurgul popisał się znakomitym zagraniem górą za linię obrony, znów przytomnie wybiegł Sousa, ale tym razem przerzucił piłkę nad golkiperem, a akcję skutecznie zamknął Ishak. W trakcie pierwszej połowy poznaniacy jeszcze kilkukrotnie decydowali się na podobne manewry, najczęściej posyłając w bój własnego kapitana. Zazwyczaj jednak próby błyskawicznych ataków kończyły się na spalonych. Kolejorzowi brakowało jego charakterystycznej dynamiki. Pomimo prób kombinacyjnej gry na małej przestrzeni w środku pola, akcje nie były wystarczająco płynne. Względami motorycznymi nie należy się jednak na razie specjalnie przejmować. Poznaniacy mają za sobą bardzo wymagający okres przygotowawczy, co po meczu przyznał Kornel Lisman: „Był to ostatni sparing, w którym wprowadzaliśmy swoje założenia. Chcieliśmy je realizować, ale pod kątem fizycznym był to dla nas trudny mecz, ponieważ mamy za sobą ciężki obóz. Dwa tygodnie ciężkiej pracy i myślę, że było to gdzieś tam widać, że czasem tych sił po prostu brakowało”. Młody skrzydłowy przyznał, że był to najcięższy obóz, w jakim miał do tej pory okazję uczestniczyć i dodał: „myślę, że będziemy już tę formę za tydzień mieli lepszą, kiedy te obciążenia troszeczkę zejdą i nogi będą świeższe”.

Wzmożona czujność

Dla 19-letniego skrzydłowego nie był to udany mecz, co sam przyznał. Zbyt często podejmował złe wybory. Nie tylko on może czuć niezadowolenie. Lechici często podejmowali ryzyko w rozegraniu, ale ze zbyt dużą częstotliwością tracili piłki, a powstałe w ten sposób wolne przestrzenie w środkowej strefie w połączeniu z wysoko ustawioną linią obrony były wodą na młyn dla Banika. Zespół zza naszej południowej granicy skrzętnie korzystał z takich sytuacji, wielokrotnie wyprowadzając groźne ataki. Kapitalnie jednak spisywał się Bartosz Mrozek, który zaliczył wiele pewnych interwencji. Pomagali mu też partnerzy z bloku defensywnego. Warto jeszcze wrócić do kwestii skrzydłowych, bo w bocznych sektorach zespół z Bułgarskiej praktycznie nie istniał. Zdaje się, że duński szkoleniowiec wraz ze swoimi współpracownikami będą mieli poważną zagwozdkę, jak zestawić ofensywę w pierwszych spotkaniach zbliżającego się wielkimi krokami sezonu. O chwilowo ubogim stanie posiadania na skrzydłach świadczy fakt, że pierwsze 15 minut po przerwie na lewej flance spędził Robert Gumny. Grał tam z dużym powodzeniem, dobrze prezentując się w rozegraniu, ale przede wszystkim w destrukcji. Wychowanek, którego powrót na Bułgarską tydzień temu stał się faktem, udowodnił więc, że w razie potrzeby może zagrać na lewej stronie defensywy. Godna odnotowania jest też postawa 17-letnich Tymoteusza Gmura i Eryka Śledzińskiego. W drugiej połowie odznaczali się nieprzeciętną aktywnością, kilka razy tworząc zamieszanie na bokach.

Banik triumfował, zdobywając drugiego gola tuż przed przerwą po dużym zamieszaniu. W drugiej połowie gospodarze jeszcze bardziej zatracili swoją dynamikę, a w jej trakcie Frederiksen wymienił wszystkich piłkarzy z pola, by dać szansę jak największej liczbie zawodników. Pomimo kilku pojedynczych zrywów, problemy z kreacją były aż nadto widoczne. Nierozsądne byłoby bicie na alarm już po sparingach. Pewne jest jednak, że Mistrzowie Polski mają jeszcze kilka rzeczy do poprawy. Kibice na razie muszą czekać i zaufać, że ciężkie treningi szybko zaprocentują, a gdy nogi „już puszczą”, to ich ulubieńcy znowu będą w stanie grać na poziomie, do którego przyzwyczaili w poprzednich rozgrywkach. Najbardziej może martwić fakt, że kadra nie została jeszcze skompletowana. Zarówno piłkarze, sztab, jak i władze muszą jeszcze mocniej trzymać rękę na pulsie, by lokomotywa ruszyła z pełną parą – poczynając od pierwszej stacji.

Igor Dziedzic