W ferworze wyboru następcy Paulo Sousy. Niekończących się spotkań Prezesa Kuleszy z każdym możliwym trenerem bez pracy. Co godzinę podawanych w portalach sportowych informacji na temat NOWYCH FAWORTYÓW, (ZOBACZ KTO) czy debaty na temat tego, czy Adam Nawałka jest rycerzem na białym koniu, czy może bardziej przebrzmiałą pieśnią przeszłości. Ostatnio mimo wszystko zaskakująco mało mówi się o tym, że Jerzy Brzęczek jest jednym z głównych faworytów do objęcia reprezentacji Kosowa. Decyzja ma zapaść pod koniec tego miesiąca.
Odkąd pamiętam zawsze cierpieliśmy na deficyt polskich trenerów za granicą. Poświęciliśmy już całą masę debat na temat owego stanu rzeczy i powstały różne teorie. Biorąc pod uwagę ekstraklasową karuzele, liczba klubów do prowadzenia przez polskiego trenera może się szybko wyczerpać. Dlatego perspektywa śledzenia losów Polaka na obczyźnie niebędącego Henrykiem Kasperczakiem w Afryce (z całym szacunkiem, ale spójrzmy na rozgrywany obecnie PNA) czy Probierzem w Salonikach (chociaż po jego ostatnich poczynaniach, tamta kadencja wydaje się jednak długa) jest dla mnie wielce interesująca z kilku powodów. Ostrzegam, że miejscami puszczam wodze fantazji.
Przede wszystkim nic nie wzbudza we mnie takich emocji w piłce, jak występy Polaków gdziekolwiek i w jakiejkolwiek formie. Przykładowo: Raków kontra Rubin w 3. rundzie eliminacji do Ligi Konferencji zawsze będzie wygrywał u mnie z dajmy na to ze spotkaniem Manchesteru City z PSG w półfinale Ligi Mistrzów. I to nie tylko dlatego, że ten drugi mecz to derby zatoki perskiej. Do tej pory rodak prowadzący europejską reprezentacje był możliwy tylko w grze Football Manager na komputer. Śledzenie losów Jerzego Brzęczka prowadzącego Kosowo w eliminacjach do Mistrzostw Europy bądź Świata byłoby czymś tak nowym i unikalnym w skali polskiego kibica jak swego czasu śledzenie osławionego tria z Dortmundu.
Okej, to oczywiście spora przesada, ale jestem pewien, że po jakimś czasie potrafiłbym wyrecytować pierwszą jedenastkę reprezentacji Kosowa i poświęcać się rozważaniom, jaką relacje Jerzy Brzęczek zbuduje z liderem kadry Milotem Rashicą albo czy zostawi opaskę kapitańską Amirowi Rrahmaniemu. Do tego dodajmy losowanie grup eliminacyjnych, gdzie będzie można ekscytować się, do jakich grup trafią Polska i Kosowo. A może trafią do jednej? Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym Jerzy Brzęczek dokonuje wielkiej zemsty i ogrywa reprezentacje Polski na Stadionie Narodowym. Brzmi jak science-fiction, ale sama możliwość, że mogłoby dojść do takiego spotkania, każe mi trzymać kciuki, aby prezes federacji Kosowa podjął szczęśliwą dla naszego 50-letniego szkoleniowca decyzję.
Inna sprawa, czy Pan Jerzy sprostałby zadaniu. Po ponad dwóch latach nieudolnych prób wzbudzenia szacunku u Roberta Lewandowskiego mogłoby Brzęczkowi być łatwiej w szatni, gdzie nie ma gwiazdy ze światowego topu. To tak jak bieganie z obciążeniem. Kiedy go zabraknie, nagle myślimy, że jesteśmy dwa razy szybsi. Niesiony doświadczeniem prowadzenia kadry, lubujący się w defensywnym stylu gry trener mógłby się zaskakująco nieźle wpasować w prowadzenie drużyny z południa Europy. Jerzy Brzęczek z historycznym awansem na Euro i wybudowanym pomnikiem w Priszinie? Biorę to w ciemno! Oczywiście równie dobrze wszystko mogłoby się skończyć spektakularną klęską, przegraniem z kretesem Ligi Narodów i eliminacji Euro po nakręceniu kosowskiego odpowiednika ‘’Niekochanych’’ (po albańsku „i padashur” jeśli wierzyć tłumaczeniu Google Translate) i wydaniu na rynek kosowski książki Małgorzaty Domagalik.
W tych wszystkich szalonych spekulacjach jedna rzecz wydaje się pewna. Gdyby były trener Wisły Płock dokonał małego cudu i awansował z Kosowem na wielki turniej, nikt by go tam po tym fakcie nie zwolnił, co wbrew pozorom wcale nie jest taką oczywistością…
Łukasz Cimoszko