O klubowych upadkach słów kilka

Share on facebook
Share on twitter
Bury FC 2

Znasz to uczucie, kiedy kładłeś się spać w niedzielę na totalnym luzie, będąc wypoczętym, odprężonym, gotowym do pracy w nowym tygodniu? Mógłbym powiedzieć, że ja też nie, ale umówmy się, są takie momenty, kiedy w życiu lubisz robić to za co ci płacą. Jesteś gotowy wstać o szóstej rano, zapylać za wypłatę i spełniać się zawodowo. Nawet jeśli to nie jest duża, renomowana firma, tylko mały sklep, albo mały warsztat. Po prostu lubisz to co robisz, nie masz pełnej głowy problemów i wchodzisz w nowy tydzień jak w masło.

Rozczarowanie

Problem pojawia się jednak wtedy kiedy zamiast spokojnej pobudki w poniedziałek masz stresujący poranek, bo czujesz w kościach, że coś się złego wydarzy. Może szef powie ci coś niemiłego, coś co cię kompletnie rozczaruje albo rozwali plany na resztę dnia. Mimo to standard, pobudka, samochód na trening na zmianę. No i wchodzi szef. Pięć minut rozmowy i okazuje się, że firma istniejąca 75 lat przestaje istnieć, a ostatnie miesiące bez premii były zwiastunem nadchodzącej apokalipsy.

Jesteś rozczarowany, smutny, może nawet zły, bo zżyłeś się z tą firmą i pracownikami, a szef zawsze był pomocny. Nie może jednak sam ratować upadłej firmy, bo też za coś musi żyć, a konkurencji sporo. Dodatkowo nikt się przecież nie załamie jego upadkiem. No, może poza nabliższymi i romantykami, którzy woleli po sąsiedzku wpaść i coś naprawić niż płacić gigantom, mimo że czekają dłużej i nie zawsze jest to super wykonana usługa. Ty jednak masz świadomość, że jeść trzeba, pracować też, więc cóż, głowa do góry i szukasz nowej pracy. Wiedziałeś, że coś nie gra, ale jakoś to przecież szło, rzeka płynęła.

Upadki i powroty

Niby normalność, niby codzienność. Zamiast ciebie masz piłkarza, zamiast szefa właściciela, a zamiast firmy mamy klub piłkarski. Z tradycjami i sukcesami. Tradycjami, bo istniał na mapie piłkarskiego świata długo, kilka dekad; sukcesami bo były i awanse i nieliczne puchary. Były chwile dobre i złe. Byli piłkarze lepsi i gorsi. Byli managerowie. No właśnie. Byli piłkarze, byli managerowie, był klub. Klub przestał istnieć. I to nie byle jaki klub.

Kochacie Premier League co? Uwielbiamy patrzeć na gwiazdy, na gole, na pełne stadiony piłkarskie. Lubimy Kloppa, Guardiolę, Mou też lubimy. Lubimy porażki w derbach, oczywiście będąc po tej drugiej stronie. Nie lubimy jedynie jak nie wychodzi naszym ulubieńcom a tymbardziej nie lubimy kiedy klub pikuje i nic nie wskazuje na to, że będzie dobrze. No okej, można być kibicem Wolverhampton, bo oni upadając do niższych lig, wrócili ze zdwojoną siłą, teraz pięknie grają w najwyższej klasie rozgrywkowej a dodatkowo pokazali się na europejskiej arenie. Można? Można!

Fot. https://www.wolves.co.uk/

Można też kibicować Liverpoolowi, przeżyć piękne chwile w Stambule, potem patrzeć na Hodgsona, nieudany powrót wielkiego Dalglisha i koszmarny regres Rodgersa. Jednak zanim był skok Brendana, były długi, niespełnione obietnice, brak nowego stadionu, ściąganie słabych piłkarzy, brak perspektyw. Do tego cotygodniowe wieści głoszące poważne obawy co do przyszłości klubu. Innymi słowy, wstawałeś i zamiast herbaty musiałeś wypić drinka, bo na trzeźwo nie dało się tego zdzierżyć. Nie dziwmy się zatem kibicom Liverpoolu, że tak eksponują swoją radość. Po tylu latach chudych, czas na tłuste, zwłaszcza, że nie wiesz kiedy miód się skończy.

Upadki i śmierć

Fot. Kincaide

Można też wspierać kluby z niższych lig. Kojarzycie Portsmouth? Ten klub ze specyficznym „dzwonkiem” który słychać było nawet w starszych wersjach gier komputerowych. Wiecie gdzie jest teraz? Na dziesiątym miejscu w League One. Na trzecim poziomie rozgrywek. Nic nie wskazuje na to, że awansuje w tym sezonie, bo gra pozostawia wiele do życzenia, no ale na pocieszenie dodam, że klub przynajmniej istnieje. Kojarzymy Bolton? Ten sam, który kiedyś ściągnął Ebiego Smolarka, który kiedyś reprezentował dumnie barwy Premier League a miał nawet plany na podbój Ligi Europy. Wiecie gdzie jest teraz? Na 23 miejscu w League One, mając na koncie całe 7 punktów po 21 kolejkach.  Żeby było ciekawiej sezon zaczynał z prezentem w postaci ujemnych punktów (-12). No cóż. Zdajcie sobie sprawę z tego, że 23 miejsce w tym sezonie w tej lidze to miejsce ostatnie, bo był jeszcze jeden klub, ale cóż… UMARŁ.

Umarł dosłownie. Bo o ile w przypadku poprzedników możemy mówić o uratowaniu pacjenta, to tutaj niestety pacjent zmarł. Bury FC. Upadło i przestało istnieć w tym sezonie. Po 134 latach istnienia na piłkarskiej mapie, z powodu długów, braków w kasie, niepłaconych wypłat i ogólnym chaosie ogłosił upadłość. W ostatnich dniach istnienia przed bramą stadionu kibice postawili trumnę. Inni przyszli posprzątać obiekt swojego ulubionego zespołu. W ten sposób Bury FC przestało istnieć, ale przynajmniej było czyste. Na zewnątrz. No bo wewnątrz nadal brak wypłat, pensji nie było. Piłkarze grali za darmo. Teraz albo przestali grać, albo tułają się po innych klubach z innych, raczej niższych lig. Klub upadł z hukiem. Myślicie pewnie, że w Boltonie nie jest tak źle. Otóż jest.

Spekuluje się, że jeżeli Bolton dogra ten sezon do końca to będzie to jeden z większych sukcesów klubu w ostatnich latach. Znaczna większość ekspertów uważa, że Bolton podzieli los Bury i zakończy swój piękny żywot. No cóż. Szkoda, ale rzeka musi płynąć i to jest najgorsze. Jestem romantykiem, uwielbiam stare mecze, lubię czytać historię piłkarzy, klubów, chociaż niestety w większości są to książki o klubach, o których większość wiem. No, ale zawsze coś.

Fot. John Naylor

Zawsze coś

Zawsze coś, to idealne słowo dla kibiców klubów takich jak Wimbledon, bo ich ukochana drużyna też przestała istnieć, ale narodziła się na nowo. Pod inną nazwą, wiodąc tak jakby życie nowej ekipy o bardzo barwnej przeszłości. Taki wujek który w latach młodości lał swoją żonę. Na każdej imprezie podrywał jej koleżanki no i zdarzał mu się skok w bok, ale teraz prawi morały, bo ma 70 lat. Swoje przeżył, swoje widział i wie, że jego racja jest najważniejsza. No i pamiętajmy, tacy ludzie wiedzą jak to kiedyś było. Podobnie jak fani Leeds United, których zabiła pewnośc siebie co do triumfów w Europie i jakoś tak nie potrafią się podnieść od czasów Bogurodzicy. No bo teraz im za wiele nie zostało, granie w Championship i coroczne pragnienie powrotu do elity. Tak od kilku lat, ale ten zespół i tak wiedzie w miarę bezpieczny i wesoły prym. Grosza daj na awans Leeds United.

Najgorsze jest to, że żyjemy w czasach, kiedy mało kto o takich klubach myśli. No bo kto by się przejmował klubem, który obija się w trzeciej lidze? To jest fajny klub do prowadzenia w Football Managerze, co jest chyba największym atutem upadków takich klubów. Nie liczę oczywiście tego, że mogą wreszcie odetchnąć, bo takie dryfowanie ledwo co nad poziomem wody jest do niczego. Nie możemy oczywiście powiedzieć, że kluby upadają notorycznie, ale jeśli weźmiemy pod uwagę to jakie kluby upadają, to może się człowiekowi zrobić przykro. Tym bardziej, że młodzi kibice, którzy zaczynali przygodę z internetem kojarzą Premier League właśnie z takimi drużynami jak Bolton,  Pompey czy innymi. Upadały również inne ekipy, Chester FC też jest klubem po klubie. Powstał, odrodził a właściwie narodził się na nowo i tak sobie kopie tą piłkę. Tu jest właśnie pies pogrzebany.

Pieniądze to nie wszystko

Pamiętamy akcje ratowania Wisły Kraków? Oni, pomimo problemów, długów, innych dziwnych sytuacji nadal grają w najwyższej klasie rozgrywkowej. Mimo to, że ekstraklasa była tam jedynie jeśli chodzi o robienie wałków. W Polsce też upadały kluby, ale jednak Wisła nadal jest Wisłą. Nadal gra w Ekstraklasie i raczej nie spadnie do trzeciej ligi. Nie chce mówić, że szkoda, bo mam szacunek do tego klubu i jestem romantykiem do cholery! Pamiętam Kosowskiego i Żurawskiego! Niech im się wiedzie. Popatrzmy jednak na takie angielskie kluby, który upadły. One nie wróciły. Wróciły jako następcy, tułają się gdzieś po niższych ligach i sukcesy to mogą osiągać jak przyjadą w krajowych pucharach na jakiś większy stadion. Smutno się robi. Nie można mówić, że pieniądz zabija piłkę, że trzeba być wrogiem modern footballu i wszystkiego co z nim związane, ale odrobina sentymentu, przywiązania do tradycji, historii by się przydała.

Tak, jestem fanem League One i innych kosmicznych lig świata. Tak, futbol w Estonii też jest ciekawy. Tam też upadają kluby i tam jeszcze mniej się o nich rozmawia. To jednak nie ta skala, nie ten problem. Wisłą żyła cała kibicowska Polska, Boltonem 1/168 Anglii. Bury upadło, a jedynie tysiąc kibiców przyszło prosić o ratowanie. Nie liczę tu oczywiście apeli internetowych, wsparcia finansowego, stron www czy akcji na portalach społecznościowych. Zabrakło pieniędzy, zabrakło najważniejszego. Niestety.

Kibicuje Peterborough United. Klub bez większych sukcesów a znany właściwie z tego, że jest w nim pan Ferguson. Tak, ten z rodziny wielkich Fergusonów i jest tam drugi raz, bo raz został zwolniony w stylu Brendana. Po prostu otarł się o awans do Championship, przegrał w półfinale baraży kilka lat temu a później nie wiedzieć czemu nie ogarnął i ekipa tułała się w środku tabeli. Wrócił bo jego następcy okazali się jeszcze gorsi. Teraz nie ma tragedii, sezon długi, ostatnio złapali kryzys formy, ale nadal są szanse na grę w barażach. Kibicowanie takiemu klubowi jest trudne, bo i o relacje ciężko, ale da się z tym żyć. No i przynajmniej mam póki co chwilową pewność, że klub nie upadnie. Co jest trochę śmieszne, bo bliżej upadku był Liverpool. Nie upadł i sobie głupiego ryja nie rozwalił. No, zachwiał się, ale żyje i ma się dobrze. Całkiem dobrze.

London Road. Mecz Peterborough vs West Ham w 2012 roku. Fot. Egghead06

Dość tych upadków…

Wiecie co jest jeszcze fajnego w oglądaniu League One? Można obejrzeć sobie mecz Boltonu z Portsmouth i poczuć dawne emocje. Te podania, ten tłum na stadionie, te gwiazdy i te bramki. Nie no, nie umiem kłamać. Te mecze są do dupy. Zwłaszcza, że oba te kluby praktycznie nie istnieją.

Niech więcej klubów nie upada. O tych, co upadły pamiętajmy. Chociażby dlatego, żeby mieć fajne wspomnienia. No właśnie, może lepiej jak klub upadnie z hukiem i totalnie jak Bury? Przestaje istnieć i nie rodzi się jako inny twór. Po prostu zostaje w pamięci z sukcesami i całą tą romantyczną otoczką? Może lepiej pamiętać Bolton jako klub walczący o wysokie miejsce w Premier League? Może lepiej kibicować niedzielnie i niczym się nie przejmować? Może. Ale to nie dla mnie. Ja jestem tym pracownikiem, który zmieni firmę bo jeść trzeba. Ale o poprzedniej będzie myślał ciepło. I będzie życzył jej powrotu. Z mocnym uderzeniem. Takim jak Wolves.

Sebastian Borawski obserwuj autora na twitterze. Możesz to zrobić tutaj.