(Nie)zadowalający podział punktów. Lech Poznań remisuje z Koroną Kielce

Zdjęcie własne

Zmagający się od startu sezonu z kontuzjami, ale pokrzepiony dobrą postawą w dwumeczu z Crveną Zvezdą, Lech podejmował coraz lepiej prezentującą się Koronę. W sobotni wieczór w Poznaniu zmierzyły się ze sobą zespoły, które nie rozpoczęły rozgrywek w wymarzony sposób, ale stopniowo zaczęły otrząsać się z początkowych problemów. Konfrontacja w ramach 5. kolejki była dla obu drużyn dobrą okazją do potwierdzenia tendencji zwyżkowej.

W ostatnich dniach przy Bułgarskiej do listy zawodników wykluczonych z gry przez urazy dołączyli Ali Gholizadeh oraz Robert Gumny, a z klubem pożegnał się Afonso Sousa. Niels Frederiksen musiał więc po raz kolejny wystawić skład wybrakowany z kilku ważnych zawodników. Bardzo ważną informacją dla duńskiego trenera był natomiast powrót Filipa Jagiełły do wyjściowego składu. Rywalizacji o ligowe punkty nie ułatwiała natomiast perspektywa zbliżającego się wielkimi krokami dwumeczu z KRC Genk o fazę ligową Ligi Europy. Ten fakt jako swój atut mogła potraktować Korona, która po zaledwie jednym zdobytym punkcie w pierwszych trzech kolejkach przed tygodniem przekonująco rozbiła Radomiaka Radom 3:0. Podopieczni Jacka Zielińskiego, dla którego był to kolejny sentymentalny powrót do Poznania, tym zwycięstwem nawiązali do swojej świetnej dyspozycji z rundy wiosennej. Kolejny taki występ przy Bułgarskiej byłby dla Scyzoryków mocnym bodźcem, by rozpocząć kolejną świetną serię.

Ofensywny niedosyt

Aktywniej spotkanie rozpoczął jednak Kolejorz, wysoko podchodząc w pierwszych minutach. Poznaniacy próbowali wejść na wysokie obroty, rozgrywając szybkie akcje. Korona przytomnie zareagowała na postawę rywali, nie pozwalając zepchnąć się do defensywy. Z upływem minut przyjezdni zaczęli coraz śmielej odgryzać się lechitom, wychodząc z szybkimi atakami. Dzięki temu mecz przybrał otwarty charakter, a oba zespoły, schodząc do szatni z bezbramkowym remisem, mogły czuć niedosyt. KKS przede wszystkim po strzale Luisa Palmy, który w 11. minucie po płynnym ataku pozycyjnym zszedł do prawej nogi i oddał soczyste uderzenie, ale piłkę nad poprzeczkę przeniósł Xavier Dziekoński. Ustawiony jako ofensywny pomocnik Honduranin był bardzo aktywny. Wyróżniał się ruchliwością, dużymi chęciami, próbami szybkiej kombinacyjnej gry oraz sumienną pracą w defensywie. Wraz z dobrze dysponowanymi Jagiełłą i Gislim Thordarsonem nadawał grze Lecha mobilności i płynności w środkowej strefie.

Kolejorzowi brakowało jednak większej skuteczności i jakości na skrzydłach, by puentować płynne ataki i uczynić grę w ataku kompletną. Duża też w tym zasługa Scyzoryków, którzy skutecznie bronili pola karnego i rzadko dopuszczali do w pełni klarownych sytuacji strzeleckich. Swoje do zaoferowania mieli też w poczynaniach ofensywnych. Zawodnicy z województwa świętokrzyskiego cieszyli się nawet z gola, gdy dalekie podanie górą od własnej bramki posłał Dziekoński, a fatalnie piłkę w kozioł puścił Michał Gurgul, co wykorzystał Wiktor Długosz, lobując Bartosza Mrozka. Gol po interwencji VAR został jednak anulowany. Skrzydłowy Żółto-Czerwonych mógł także wpisać się na listę strzelców po efektownym rajdzie z głębi boiska, zwieńczonym strzałem zza pola karnego nieznacznie obok słupka. Groźny strzał przed przerwą oddał również Nono, ale w jego przypadku piłka również nie poleciała w światło bramki.

Zmienne nastroje

Swoje sytuacje kreował również Lech. Gospodarze często przedostawali się pod pole karne gości, którzy świetnie się tam jednak organizowali i nie dopuszczali do stuprocentowych szans. O ile w poznańskiej ekipie dobrze funkcjonował środek pola, tak brakowało jej większej jakości na skrzydłach, by spuentować dobrą postawę w budowaniu ataków i zespolić poczynania ofensywne. Na słabą postawę swojej drużyny w decydującej fazie gry podczas pomeczowej konferencji prasowej utyskiwał duński szkoleniowiec: „Generalnie patrząc, gdy przegrywa się 0:1 i strzela się w końcówce, to jest to zawsze lepsze niż porażka. Ten wynik jest jednak dużym rozczarowaniem. Nie możemy być zadowoleni z tego, jak prezentowaliśmy się z piłką. Brakowało nam jakości w polu karnym rywala. Korona bardzo dobrze dzisiaj broniła. Jest to dla nas rozczarowujący rezultat”.

Poznaniacy obiecująco rozpoczęli drugą połowę, a w 47. minucie to oni wybuchli radością, gdy po dobrym rozprowadzeniu ataku przez Gisliego Thordarsona wrzutkę Mikaela Ishaka wykorzystał na dalszym słupku Luis Palma. Wydawało się, że będzie to punkt zwrotny tej rywalizacji, ale… po interwencji VAR zostało odgwizdane zagranie ręką ofensywnego gracza Kolejorza. Lechitów to jednak nie zniechęciło, a pierwszy kwadrans przebiegał pod ich dyktando. Brakowało im jednak albo bardziej jakościowych strzałów, albo w ogóle ich oddania, bo gdy wydawało się już, że futbolówka sprawi problemy Dziekońskiemu, pojawiał się jeden z piłkarzy gości i uprzedzał swoich rywali.

Za dużo błędów

Sumienna organizacja gry zwróciła się zespołowi znad rzeki Silnicy w 62. minucie, gdy Dawid Błanik zdecydowanie doskoczył do Mateusza Skrzypczaka i wykorzystał jego fatalny błąd przy wyprowadzeniu. Skrzydłowy popędził z piłką, wpadł w pole karne i uderzył po ziemi przy dalszym słupku, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Z upływem minut perspektywa zdobycia jakichkolwiek punktów coraz bardziej wymykała się Mistrzom Polski z rąk. Goście byli bardzo dobrze przygotowani i nawet gdy Kolejorz przeprowadzał składne szybkie akcje (co było możliwe dzięki wejściu Pablo Rodrigueza i przesunięciu Palmy na skrzydło), w ostatniej chwili w polu karnym wykazywali się świetną asekuracją.

Zawodnicy trenera Frederiksena nie byli w stanie przejąć kontroli nad grą, a ich kolejne straty były wodą na młyn dla odświeżonej zmianami Korony. „Błędy są częścią futbolu, której nie unikniemy. Też widzę, że przydarza się ich więcej niż powinno. W przyszłości będziemy tych błędów unikać. Jeśli zawodnik nie jest na sto procent świeży, to prawdopodobieństwo błędu indywidualnego się zwiększa. Oczywiście jednak tych błędów w ostatnim czasie jest za dużo” – nie bagatelizował problemu Duńczyk. Ciekawie o postawie swoich zmienników wyraził się z kolei Jacek Zieliński, mówiąc, że nie uznaje pojęcia takiego jak „ławka rezerwowych”, tylko „zawodnicy gotowi do gry”. Miało to swoje odzwierciedlenia w końcówce spotkania, bo szybkie ataki z udziałem Stjepana Davidovica lub Nikodema Niskiego mogły zapewnić kielczanom zwycięstwo.

Tak się jednak nie stało, a swego w 83. minucie dopiął KKS. Znowu na dalszym słupku znalazł się Palma i po świetnym dośrodkowaniu Ishaka z prawego skrzydła głową skierował piłkę do bramki, pieczętując swój dobry występ. Końcówka spotkania miała bardzo otwarty charakter, ale żaden z zespołów nie był na tyle skuteczny, by dopisać sobie trzy punkty do ligowej tabeli. Patrząc na przebieg gry, remis wydaje się sprawiedliwym rezultatem. Korona zaprezentowała swoje atuty, udowadniając, że stopniowo wraca do dobrej dyspozycji i będzie niewygodnym przeciwnikiem.

Najlepsze dopiero przed nimi

W poznańskiej ekipie był natomiast widoczny brak kilku ważnych zawodników. Trener Frederiksen będzie jednak musiał przez jakiś czas radzić sobie w takiej rzeczywistości. Były w tym meczu momenty, gdy gra Mistrzów Polski stała na wysokim poziomie, ale nie przekładało się to na obiecujące okazje strzeleckie. Lech potrzebuje stabilizacji, ponownego wypracowania automatyzmów i… prawego skrzydłowego. Trener Frederiksen zapytany podczas konferencji prasowej, czy wobec kontuzji Walemarka i Gholizadeha chciałby transferu zawodnika na tę pozycję, odpowiedział bowiem krótko i twierdząco.

„Przywozimy punkt z terenu aktualnego Mistrza Polski po w sumie niezłym meczu, więc jakieś powody do optymizmu są. Jest też niedosyt, bo zabrakło nam kilku minut, by wywieźć trzy punkty. Zostawiliśmy dziś dużo zdrowia na boisku. Czasami brakło nam jakości i wykończenia. Z zaangażowania, z tego, w jaki sposób fragmentami graliśmy jestem zadowolony. Zaczyna to wszystko wyglądać coraz lepiej” – mówił po spotkaniu doceniający odniesiony w Poznaniu rezultat trener Zieliński. Chwalił on też swoich nowych zawodników i deklarował, że jego zespół będzie coraz lepszy: „Tu jest jeszcze dużo rzeczy do poprawy. Jesteśmy cierpliwi, pokorni, pracujemy nad tym cały czas. Mam nadzieję, że z meczu na mecz będzie widać progres. Ten zespół w porównaniu z rundą wiosenną już nie istnieje. Pracujemy na żywym organizmie. Jestem przekonany, że wróciliśmy do żywych i będzie to wyglądać coraz lepiej”.

Choć oba zespoły z innym poziomem zadowolenia potraktowały wynik, jakim zakończyło się sobotnie spotkanie, łączy je to, że sprawiają wrażenie drużyn, które swoje najbliższe oblicze dopiero zaprezentują. Potrzebny ku temu jest jednak czas, duża cierpliwość i przede wszystkim… zdrowie.

Igor Dziedzic