W ostatnich latach fani Legii Warszawa mogli mieć poważne zastrzeżenia co do zawodników, którzy trafiali do klubu. Nieliczne udane wzmocnienia nie były w stanie przykryć wielu „przestrzelonych” transferów. Przed rokiem „Wojskowi” prężyli muskuły, budując kadrę do gry na trzech frontach, przy Łazienkowskiej pojawiło się kilku obiecujących graczy. Jean-Pierre Nsame i Migouel Alfarela mieli być postrachem rywali, miniony sezon pod opieką Goncalo Feio okazał się jednak zupełnie stracony. Zmiana szkoleniowca często oznacza nowe rozdanie. Pod wodzą Edwarda Iordanescu piłkarze otrzymali drugą szansę, na początku i nowej kampanii błyszczą formą. Czy przeszkody sprzed roku są już tylko nieprzyjemnym wspomnieniem?
Letnie okienko transferowe w 2024 roku w Legii Warszawa zapisało się w historii jako ostatnie, w którym rolę dyrektora sportowego „Wojskowych” pełnił Jacek Zieliński. Kilka miesięcy wcześniej do stolicy trafił także nowy szkoleniowiec – Goncalo Feio. Portugalczyk spełnił tym samym swoje marzenie, zdołał także niejako uratować sezon 2023/24. Legia zajęła trzecie miejsce i awansowała do kwalifikacji Ligi Konferencji. W tym czasie Migouel Alfarela zdobył 12 bramek na zapleczu Ligue 1, Nsame nie podołał za to we włoskim Como.
Kameruńczyk dał się jednak poznać sympatykom futbolu ze względu na fenomenalne dorobki strzeleckie w Szwajcarii. W barwach Young Boys zdobył łącznie 109 bramek, trzykrotnie został najlepszym strzelcem na poziomie Swiss SuperLeague. Z ekipą z Berna wygrywał mistrzowskie tytuły, poza granicami Szwajcarii miewał jednak spore problemy. Zupełnie nie sprawdził się w Como, przygoda w Wenecji także nie należała do udanych.
Uzbrojeni po zęby…
Goncalo Feio z zapałem w oczach zapowiadał, że ma kadrę gotową do walki na trzech frontach. Przed spotkaniem otwierającym sezon 2024/25 Nsame złapał drobny uraz. Portugalski trener poinformował wówczas, że Kameruńczyk odpocznie, jednak „gdyby był to finał Pucharu Polski, napastnik zagrałby od początku”.
Snajper zadebiutował w wyjazdowym meczu przeciwko walijskiemu Caernarfon, pojawił się z ławki i zdobył bramkę. Kilka dni później wystąpił w przegranym 1:2 meczu z Piastem Gliwice. Wydawało się, że może notować coraz więcej występów, Feio jednak korzystał z usług Kameruńczyka nieregularnie. Po dwóch meczach spędzonych poza kadrą otrzymał 20 minut w starciu z Motorem Lublin, strzelił wówczas jedyną bramkę dla Legii w tamtym sezonie Ekstraklasy.
Eksplozja formy miała nadejść w meczach z Pogonią i Rakowem, dwukrotnie Nsame zagrał w pełnym wymiarze czasowym. Za każdym razem „Wojskowi” ulegali jednak 0:1. Do występów Kameruńczyka pasowałby opis: „Widziany ostatnio na rozgrzewce”. Cierpliwość Feio kończy się szybko, tym razem było podobnie. Po porażce z „Medalikami” Nsame został odsunięty od kadry meczowej. Największym zarzutem wobec 32-latka był jednak brak pracy bez piłki, do którego po meczu z Górnikiem Zabrze odniósł się opiekun Legii: Nie mogę mieć piłkarzy, którzy biegają osiem kilometrów w 90 minut. To jest sprawiedliwość. Musisz biegać, jeśli chcesz grać – mówił Feio.
Nsame do kadry meczowej na spotkanie Ekstraklasy wrócił tylko raz. Zagrał 16 minut z Widzewem Łódź. W trakcie listopadowej przerwy reprezentacyjnej piłkarską Polskę obiegła szokująca informacja. Kameruńczyk został zesłany do rezerw. Trener „Wojskowych” potwierdził doniesienia, jednocześnie wskazując przyczynę zaskakującego stanu faktycznego: „Nsame trenuje z rezerwami. W Legii trzeba zasłużyć na miejsce pod względem sportowym, ale także jako człowiek. Są rzeczy i sprawy wewnętrzne, które musimy załatwić we własnym gronie. Tymczasowo pracuje z „dwójką”.
Wewnętrzne tarcia
W ten sposób zakończyła się kooperacja Feio z Nsame. Zimą snajper trafił na wypożyczenie do szwajcarskiego Sankt Gallen. Kilka dni temu portal Legia.net przekazał, że podczas negocjacji nowej umowy, kością niezgody między Legią a Feio był właśnie potencjalny powrót Kameruńczyka.
Mówiąc wprost, nawet niewtajemniczony obserwator mógł dostrzec, że napastnik nie do końca pasował do systemu Legii za kadencji Feio. Ten (przynajmniej w założeniu) miał opierać się na intensywności i wysokim pressingu. W wielu meczach Ekstraklasy „Wojskowi” byli rzecz jasna zmuszeni do ataku pozycyjnego, i nawet na tym polu Nsame nie odnalazł uznania trenera.
Kulisy przygody Alfareli były nieco mniej zagmatwane, głównie jednak za sprawą oczekiwań. Te w przypadku Francuza sięgały zwiększenia konkurencyjności. Był on swego rodzaju niewiadomą. Feio uczynił mu jednak „niedźwiedzią przysługę”, pompując przedsezonowy balon do granic wytrzymałości. Patrząc realnie, sezon w Bastii był pierwszym, w którym 27-latek zdobył ponad dziesięć bramek. Wcześniej trafił dziewięciokrotnie na poziomie trzeciej ligi francuskiej, na zapleczu Ligue 1 w dwóch kampaniach z rzędu strzelał ledwie po trzy gole. „Wojskowi” zapłacili za niego jednak aż milion euro.
Francuz w ciągu rundy jesiennej regularnie meldował się na placu gry. W Ekstraklasie zaliczył trzynaście meczów. Najczęściej był rezerwowym, w sumie zdobył jednego gola i dopisał 2 asysty. W wywiadach wskazywał, że był zaskoczony podejściem trenera Feio. Ten miał poświęcać mu sporo uwagi, detalicznie przedstawić warszawski projekt. Efekty były jednak marne. Zimą Alfarela udał się na wypożyczenie do greckiej Kalithei.
Półroczna przepustka
Początek 2025 roku w wykonaniu „Wojskowych” był karykaturalny. Kibice z zażenowaniem wobec sytuacji w Warszawie spoglądali na południe Europy, gdzie Alfarela zdobywał gole. W sumie 27-latek strzelił 9 bramek, dzięki czemu sezon 2024/25 z jednego z najgorszych przerodził się w niemal najlepszy w jego karierze. Niedawno przyznał, że problemem w Legii była pozycja na boisku. Feio miał w niektórych grach wystawiać Alfarelę jako środkowego pomocnika.
Wiara w renesans Nsame wydawała się gasnąć. W połowie maja pojawiło się światełko na końcu długiego tunelu. Snajper zabrał głos na temat Legii, mówił wówczas o niedokończonych sprawach, których nie lubi. W klubie z Warszawy zatrudniono Edwarda Iordanescu, lecz mimo to przyszłość Nsame wydawała się mocno niepewna. Wszystko przez ogromne obciążenie dla budżetu, które stanowiła pensja Kameruńczyka. W kwestii Alfareli nadzieje były znacznie większe, wielu obawiało się jednak braku jakości u Francuza.
Zmiana warty
Okres przygotowawczy miał być szansą na zyskanie uznania. Istotnie, o występach 27-latka zaczęto mówić coraz głośniej. W sparingach spisywał się przyzwoicie. Otrzymał koszulkę z numerem „9”, w pierwszym meczu sezonu wielu awizowało go w wyjściowym składzie. Od początku nie zagrał, ale jego meldunek przeciwko Aktobe z pewnością należał do udanych. Dał powiew świeżości w mało aktywnej linii ataku. Jednocześnie Nsame w okresie przygotowawczym zasłynął wyłącznie z potwornych pudeł w jednym ze sparingów.
Pierwszą weryfikacją na scenie wewnętrznej był Superpuchar Polski. Legia zagrała na wyjeździe z mistrzem – Lechem. Alfarela wystąpił w wyjściowej jedenastce, u zarania wykonał kilka indywidualnych akcji. Szybko jednak opadł z sił, w drugiej części wyglądał bardzo słabo. Na placu gry w końcówce pojawił się Nsame, Kameruńczyk wyraźnie odstawał pod kątem poruszania się po boisku. Uprzykrzał jednak rywalowi życie w konstruowaniu akcji. „Wojskowi” utrzymali prowadzenie i bohaterowie dzisiejszego tekstu sięgnęli po pierwsze trofeum jako gracze stołecznej ekipy.
Legia awansowała do kolejnej rundy eliminacji Ligi Europy. Na jej starcie wybrała się do niedalekiej Ostrawy. Tam zagrała z miejscowym Banikiem. To zdecydowanie pierwszy przełomowy moment w karierze Nsame. Kameruńczyk pojawił się na placu gry i zdołał wyrównać losy bardzo trudnej rywalizacji. Piłkarze Iordanescu zremisowali 2:2, co dało znacznie lepszą pozycję przed rewanżem. Co zrobił Kameruńczyk? Nic nadspodziewanego, wszak zasłynął z przyzwoitego finalizowania akcji. Inna sprawa, że dotychczas Warszawa nie poznała go zbyt dobrze od tej strony.
„Wojskowi” przełożyli mecz 1. kolejki PKO Bank Polski Ekstraklasy przeciwko Piastowi Gliwice, do gry weszli zatem w drugi weekend zmagań. Piłkarze Iordanescu wybrali się do Kielc, gdzie czekała ich prężąca muskuły i niezadowolona po pierwszej serii gier Korona. U zarania Legia Warszawa rozegrała jedną z najbardziej widowiskowych akcji w ostatnich kilkunastu miesiącach. Wisienką na torcie było magiczne dogranie Alfareli na głowę Nsame. Kameruńczyk popisał się celnym uderzeniem z relatywnie sporej odległości. To był dla „Wojskowych” bardzo trudny mecz, mimo tego drugą połowę zdołali otworzyć kolejnym golem. Tym razem Alfarela uderzył technicznie ze sporego dystansu, a piłka wpadła w okienko bramki Xaviera Dziekońskiego. Najbardziej wymowna była reakcja skrzydłowego. Gdy ujrzał piłkę trzepoczącą w siatce, ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy przyłożył palec do ucha.
Mecz na Exbud Arenie przybrał imię piłkarzy, którzy po minionej kampanii zostali uznani za jedne z największych rozczarowań w historii klubu z Łazienkowskiej. W miniony czwartek Legia zagrała o awans do III rundy eliminacji Ligi Europy. Tym razem Kameruńczyk postanowił dać show. Jego największym przeciwnikiem była… linia spalonego. W pierwszej części jego dwa trafienia zostały nieuznane. Po przerwie dał wyrównanie i tlen „Wojskowym”, strzelił w swoim stylu. Ostatecznie gospodarze zwyciężyli 2:1, a Nsame zagwarantował Legii bramkę na wagę wygranej i awansu w arcytrudnym momencie.
Czy postawa Alfareli i Nsame się zmieniła? Z pewnością tak. Francuz zaliczył bardzo udany okres przygotowawczy. Widać poprawę kluczowych elementów, radzi sobie na skrzydle, mimo że osobiście deklarował przywiązanie do pozycji „na szpicy”. W przypadku Nsame zmian należy doszukiwać się w podejściu Kameruńczyka. Sporo mówiło się o jego „ego”, które stanowiło jedną z zapór we współpracy z Feio. Edward Iordanescu z pewnością nie pozwoliłby, by w jego drużynie figurował ktoś z nadmiernym przerostem wyobrażeń o swojej osobie. Najlepszym zilustrowaniem tego zjawiska jest Marc Gual – Hiszpan żyjący w „swojej” rzeczywistości najpewniej pożegna się ze stolicą.
Niektórzy śmieją się, że Nsame nie biegnie szybko nawet do celebracji. Jeśli Legia ma opierać swoje poczynania ofensywne na dogrywaniu piłek do wysokiej dziewiątki z umiejętnością finalizacji – Kameruńczyk gwarantuje te elementy na wysokim poziomie. Alfarela z każdym kolejnym spotkaniem przekonuje, że bez problemu może pełnić rolę ekskluzywnego rezerwowego lub członka wyjściowego składu. Rywalizacja na skrzydłach jest wymagająca, mimo tego spadek formy Morishity premiuje francuskiego zawodnika.
Komu najbardziej zaszkodził Goncalo Feio? Legii, zawodnikom, być może sobie? W obliczu braków kadrowych Alfarela czy Nsame w formie byliby na wagę złota. Legia zimą była zmuszona wydać gigantyczne pieniądze za Szkurina, jednocześnie utrzymywała potężną tygodniówkę Nsame. Największym mankamentem w przypadku Kameruńczyka wydają się zarobki, które w dalszym ciągu mogą okazać się zaporowe. Alfarela w Grecji przeszedł kolejną pozytywną weryfikację, a wyprawą do Aten z pewnością pomógł swojej karierze.

Feio spędził w Warszawie ponad sezon. Mimo jednego z najgorszych ligowych finiszów w XXI wieku, wynik sportowy nie był największym problemem. W końcu Legia awansowała do ćwierćfinału Ligi Konferencji i zgarnęła Puchar Polski. Kulą u nogi okazały się jednak obfite i idealistyczne zapowiedzi. Nsame i Alfarela byli ich fundamentem, stąd krytyka dotknęła projekt sprowadzenia luksusowych piłkarzy w gigantycznym stopniu.
Kwestia finansów właściwie się nie zmienia. Obecności Nsame może przeszkodzić także transfer Milety Rajovica. Legia po raz drugi rozbiła bank, w klubie znajduje się trzech piłkarzy specjalizujących się w finiszowaniu akcji. Poza wymienioną dwójką jest rzecz jasna Ilja Szkurin. Mimo tego skuteczny Kameruńczyk może okazać się bardzo przydatny w grze na kilku frontach. Alfarela wydaje się rosnąć, kibice ponownie pokładają w nim spore nadzieje.
Hugo Braun