Nic dwa razy się nie zdarza? Czyli o Robercie Lewandowskim słów kilka

Share on facebook
Share on twitter
lewy

2020 rok bez wątpienia należał do Roberta Lewandowskiego. 47 goli w 44 meczach – najlepszy wynik w Europie. Mistrzostwo, Puchar i Superpuchar Niemiec wywalczone z Bayernem oraz upragniony triumf w Lidze Mistrzów. Wygrany prawie każdy możliwy konkurs o miano najlepszego piłkarza na świecie. Człowiek, który za życia stał się legendą polskiego futbolu jest postacią, którego historia jest tak nieoczywista, niebywała, że zastanawiamy się czy ktoś jest w stanie pójść w jego ślady.

Nie zapowiadał się na wybitnego piłkarza. Owszem miał talent, ale nie potrafił przebić się w kadrach młodzieżowych czy w Legii Warszawa, której dyrektor sportowy, Mirosław Trzeciak odpalił ”Lewego” z kadry, bo wolał postawić na Hiszpana Arruabarrenę. Był moment, w którym wówczas nastoletni piłkarz zastanawiał się nad końcem kariery, ale jednak wziął się w garść i pokonał nadarzające się przeszkody. Dostał szansę w pierwszoligowym Zniczu Pruszków, w którym został królem strzelców rozgrywek. Pamiętam jak dziś, jedną ze stron w ”Fakcie”, w której pisano gdzie może trafić Lewandowski – Wisła Kraków, Lech Poznań, czy Jagiellonia Białystok? Jak się okazało transfer do ”Kolejorza” okazał się strzałem w 10, bo stamtąd wybił się do Europy, dzięki m.in. udanym występom w europejskich pucharach. Można rzec, że przejście Lewandowskiego ze Znicza do Lecha było pierwszym z serii mądrych, przemyślanych i udanych ruchów. Po udanej przygodzie w Poznaniu mógł skusić się na przejście do Blackburn Rovers, Genoi czy Szachtara Donieck, ale wolał przejść do klubu z odpowiednim planem rozwoju czyli Borussię Dortmund. Kariera ”Lewego” powinna być wzorcem dla każdego młodego piłkarza, który chce wyjechać z polskiej ligi do klubu zagranicznego. Nie sztuką jest jednak wypromować się w ekstraklasie, trafić do ligi top 5, ale przede wszystkim pracować nad swoimi wadami w nowym klubie i sukcesywnie robić postępy.

Może niektórzy tego już nie pamiętają, ale ”Lewy” miał trudne początki w Dortmundzie. Na początku spisywał się słabo, nie strzelał tak regularnie jak robi to dziś. Gazety niemieckie pisały o nim wtedy prześmiewczo, a nie w samych superlatywach. Roman Kołtoń w pamiętnym odcinku ”Cafe Futbol” mówił, że Kagawa to prawdziwy brylant, a Lewandowski nim nie jest.

Żeby przeskoczyć na wyższy poziom, polski napastnik musiał poradzić sobie z trudnościami i poprawić swoją grę. Musiał wzmocnić się fizycznie, pokonać presję, przeskoczyć barierę mentalną, przełożyć swoje umiejętności na liczbę i występy na boisku. Tak jak w Pruszkowie i Poznaniu stopniowo stawał się coraz to ważniejszą osobą w klubie, tak i w Dortmundzie stał się nie tylko gwiazdą swojej drużyny, ale i niemieckiej piłki. Zdobył z BVB dwukrotnie mistrzostwo Niemiec, strzelił 4 gole Realowi Madryt, awansował z Borussią do finału Ligi Mistrzów. Krok po kroku stawał się coraz ważniejszą postacią w światowej piłce, co zaowocowało transferem do Bayernu Monachium. W wielkim klubie udało mu się sprostać wielkim oczekiwaniom i zdobył dla bawarczyków upragnione trofeum Ligi Mistrzów. Choć i trudności nie omijały go w Monachium, to właśnie tam stał się jednym z najlepszych strzelców w historii Bundesligi, przeobraził się w zawodnika kompletnego i rozpoznawalnego na całym świecie.

Z całym szacunkiem dla Zbigniewa Bońka, Włodzimierza Lubańskiego czy Śp. Kazimierza Deyny – nie zastanawiamy się już czy Robert Lewandowski może równać się z tymi wybitnymi postaciami dla polskiej piłki. My już wiemy, że biorąc pod uwagę cały swój dorobek, Lewandowski jest najlepszym piłkarzem w dziejach naszego rodzimego futbolu. Teraz tylko zastanawiamy się, gdzie umieścić go w rankingu najlepszych snajperów w historii piłki nożnej. Czy nie jest np. lepszy od Dennisa Bergkampa, Raula czy Andrija Szewczenki? Kariera ”Lewego” jest równie imponująca jak u wspomnianych zawodników. To co charakteryzuje Lewandowskiego to niezwykła powtarzalność i regularność – to przez ile lat jest on w stanie na tym poziomie na który się wdrapał pozostać, a w dodatku z roku na rok jeszcze bardziej podnosić poprzeczkę, coraz to większą ilością zdobytych bramek czy osiągnięciami klubowymi.

Fot. Fifa.com

Abstrahując jednak od całej dyskusji, jakie miejsce w panteonie legend futbolu powinien zająć kapitan naszej kadry narodowej, warto zadać sobie pytanie: Czy kiedyś doczekamy się piłkarza takiego samego kalibru jak RL9?

Ciężko powiedzieć, przecież 10 lat temu nikt nie mówił, że Lewandowski zajdzie aż tak daleko, że będzie gwiazdą światowego futbolu. Możemy poszczycić się piłkarzami, którzy grają w silnych, europejskich klubach, ale nikt nie może zbliżyć się poziomem gry do kapitana reprezentacji. Może śladami mistrza pójdą młodzi piłkarze jak np. Bartosz Białek, Jakub Kamiński czy Kacper Kozłowski? Życzę im jak najlepiej, ale wszystko zależy od tego czy mentalnie i sportowo poradzą sobie na tle zagranicznych zawodników. Wybór klubu jest równie kluczowy – bohater tekstu był kuszony przez wiele klubów, ale ostatecznie wybrał ten, który nie chciał zrezygnować z niego po roku, tylko prezentował dla niego długofalową wizję, a także miał trenera, który stawiał na określony typ zawodników. Oczywiście, być moze na swojej drodze nie spotkają takiego fachowca jak Jurgen Klopp, ale warto sprawdzić czy ten trener naprawdę chce rozwijać tego piłkarza, czy nie. Zdrowie – to też ważny czynnik. Lewandowski, dzięki odpowiedniemu prowadzeniu się, jest właściwie niezniszczalny, rzadko wypada z gry na dłuższy czas.

Może zabrzmi to prozaicznie, ale ważny jest po prostu tzw. ”łut szczęścia”. Warunek losowy często determinuje karierę zawodnika. Każdą nadarzającą się sytuację trzeba jednak wykorzystywać, czego RL9 jest dowodem. Lewandowski nie był typowany na gwiazdę, a jednak swoją ciężką pracą, stałą poprawą różnych aspektów gry, pokazywał, że może usiąść do stołu z wielkimi – Cristiano Ronaldo i Leo Messim. Wiem, że przebicie osiągnięć Lewandowskiego będzie arcytrudne, być może nikt z polskich graczy nie zbliży się do przebicia jego résumé w przyszłości. W sporcie nie ma jednak rzeczy niemożliwych, o czym świadczy wyjątkowa historia naszego napastnika.