Kibice stołecznego klubu w najgorszych koszmarach nie wyobrażali sobie takich mąk, jakie teraz przeżywa cała Legia. Od kilku miesięcy drużyna jest rozbita i co tydzień przyjmuje baty od pierwszego lepszego przeciwnika. Winnych zawsze szuka się na boisku, potem na ławce trenerskiej. Prawdziwy problem mistrza Polski znajduje się jednak w gabinecie prezesa.
Zamieszanie z trenerem
Wyobraźcie sobie sytuację, w której zostajecie powołani na nowe stanowisko. Jest ono odpowiedzialne, zaszczytne i wydawać by się mogło – wiąże się z wysokimi standardami pracy. Zdajecie sobie sprawę, że jesteście niepopularnym kandydatem, ale jednak z jakichś względów powierzono wam tę robotę. Zbliża się ważny dzień, od którego może zależeć nie tylko wasza kariera, ale również całej firmy. Oczekujecie wsparcia szefa, a ten… robi coś takiego, po czym odechciewa się wam dalszej pracy.
Identyczna sytuacja miała miejsce w Legii. Przed bardzo ważnym meczem z Leicester, na oficjalnej stronie klubu ukazał się ten legendarny już wywiad Dariusza Mioduskiego. Prezes mistrza Polski otwarcie powiedział, że jeśli będzie taka możliwość, to w styczniu przywita Marka Papszuna w Warszawie z otwartymi rękami. Nic złego w tym, że 57-latek chce zatrudnić jednego z najlepszych polskich trenerów w lidze, ale chyba nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, jak ta wypowiedź wpłynie na obecnego szkoleniowca „Legionistów”. Marek Gołębiewski podjął się próby uratowania gry i wyników Legii, a nawet przez swojego przełożonego został potraktowany niesprawiedliwie. Dariusz Mioduski w wywiadzie sytuację zarysował tak, że tymczasowym trenerem ekipy ze stolicy Polski mógłby być tak naprawdę każdy, bo i tak w styczniu, niezależnie od wszystkiego, zostanie pożegnany, a na jego miejsce przyjdzie faworyt prezesa. Niewłaściwe zachowanie, które nie tylko pozbawia trenera chęci i motywacji do pracy, ale również wprowadza chaos w życie całego klubu.
Stary znajomy
„Michniewicz? Nie, to przecież on doprowadził do kryzysu. Gołębiewski? Nie, sam zrezygnował, a wyniki się nie poprawiły. Papszun? Nie uda się go zakontraktować zimą, a do kolejnego sezonu trzeba jakoś dociągnąć. No to dajmy tego Vukovicia. Zapominamy o tym, co było. Najważniejsza jest przecież Legia moja reputacja.”
Możliwe, że tak wyglądała rozmowa Dariusza Mioduskiego ze swoim doradcą Dariuszem Mioduskim na temat nowego szkoleniowca mistrza Polski. Strażakiem, jak to bywało kilka razy w przeszłości, został Aleksandar Vuković. Serb pożegnał się z Legią we wrześniu 2020 roku, i od tamtego czasu nie trenował żadnego innego zespołu. Wpływ na to miały pewnie regularne przelewy z Łazienkowskiej, które dostawał na swoje konto co miesiąc. Mógł spokojnie się kształcić, zbierać doświadczenia, a pieniądze i tak się zgadzały. Teraz 42-letni trener wraca do swojego piłkarskiego domu. Jego pomocy potrzebują nie tylko klub i piłkarze, ale również sam Dariusz Mioduski. Jeśli misja uratowania twarzy Legii w tym sezonie się nie powiedzie, kibice nie wytrzymają i wywiozą właściciela oraz prezesa w jednym na taczce. Już teraz widać, jak wielkie niezadowolenie panuje w społeczności fanów najbardziej utytułowanego klubu w Polsce.
Interwencja w autobusie
Niestety, ale polska piłka ciągle stoi w miejscu, jeśli chodzi o wpływ kibiców w życie klubu. Ultrasi nadal myślą, że to oni są od wymierzania sprawiedliwości zawodnikom, gdy nie idzie im na boisku. Dochodzi wówczas do spotkań „fanów” z drużyną, które w ekstremalnych przypadkach kończą się tak, jak ostatnia wizyta w autobusie Legii. Kilku zawodników mistrza Polski nie uniknęło siniaków w tej dość nietypowej „pomeczowej konferencji”. Do zdarzenia doszło w niedzielny wieczór po meczu z Wisłą Płock, a komunikat w tej sprawie dziwnym trafem został wydany dopiero w poniedziałkowe popołudnie. Nie wiemy, dlaczego Legia tak długo pracowała nad tym oświadczeniem, bo jest to po prostu typowy przykład przepisanej pracy domowej od kolegi przez matematyką.
Podobny „tekst” klub musiał wydać w 2017 roku. Oba komunikaty są do siebie bliźniaczo podobne i jasno mówią o tym, że Legia zrobi wszystko, żeby w przyszłości zagwarantować piłkarzom bezpieczeństwo. Skoro po czterech latach ten patologiczny incydent się powtórzył, a „kibice” byli w stanie wedrzeć się do autokaru drużyny pomimo eskorty policji i „podjętych środków ostrożności”, to Dariusz Mioduski tym parszywym oświadczeniem pokazuje tylko, że nie ma kontroli nad tym, co robi Żyleta z jego graczami. W każdym normalnym zespole taka sytuacja zakończyłaby się rozwiązaniem kontraktów przez poszkodowanych piłkarzy. Z kilku źródeł dochodzą słuchy, że tak właśnie będzie.
Nic się nie zmieni
Legia może zatrudniać najdroższych trenerów, kontraktować najciekawszych piłkarzy i nazywać się „najlepszym” klubem w Polsce. Może zdobywać co sezon lub dwa mistrzostwo kraju i raz na jakiś czas zapukać w bramy wielkiej piłki. Może wlać w serca kibiców nadzieję, pokonując Leicester czy koncertowo rozprawiając się ze Slavią Praga. Chwilowy sukces jest tutaj dobrze znany i wygląda na to, że wielu osobom wystarcza ta chwila upojenia. Dwa lub trzy świetne miesiące w skali roku to jednak zbyt mało, żeby móc na poważnie wkroczyć na europejskie salony.
Dopóki Dariusz Mioduski nie opuści gabinetu przy Łazienkowskiej, Legia będzie tym samym chimerycznym klubem, który raz na jakiś czas zaskoczy wszystkich, ale w dłuższej perspektywie będzie pluł sobie w brodę z powodu niewykorzystanych szans. Bo sam sukces nie jest najważniejszy – liczy się to, jak go przekształcić, żeby dał podłoże pod kolejne, poważniejsze laury. Dla prezesa Legii liczy się to, aby awansować co dwa/trzy sezony do europejskich pucharów, żeby drużyny na Zachodzie nie zapomniały o stołecznym zespole, a sam właściciel mógł przybić sobie piątkę w siedzibie UEFA z włodarzami poważnych ekip. Dariusz Mioduski pławi się w luksusie. To dla niego najważniejsze. Warszawski „LANSelot”.
