Mohamed Salah – bożek Anfield o dwóch twarzach

Share on facebook
Share on twitter
LFC_Parade_2019_03

Przedstawiany pogląd na sprawę jest w pełni subiektywnym odczuciem autora. Przed przeczytaniem prosimy o zapoznanie się z ulotką lub skonsultowanie z lekarzem bądź farmaceutą, gdyż każdy przedstawiany zarzut, zagraża twojej strefie komfortu.

Wewnętrzny spór ideałów

Pewnie może wam się wydawać, że bycie fanem Liverpoolu w sezonie 2019/2020 to nic innego jak odczuwanie samych przyjemności, napawanie się kolejnymi zwycięstwami i niekończąca się satysfakcja.

Oczywiście, że tak jest i trudno byłoby mi zanegować wszystkie pozytywne chwile jakie wiążą się z kibicowaniem rozpędzonej machinie dowodzonej przez niemieckiego szkoleniowca, pomimo to znalazł się w tym dość istotny szkopuł, czynnik odbierający stan ekstazy, uwierający równie mocno jak metka w ulubionym T-shircie.

Irytuje on w podobnym stopniu co ananas na pizzy, zwyczajnie nie pasuje do pozostałych składników, wywołując przesadną ekscytację jedynie wśród najmłodszych i bezkrytycznych jednostek.

Mohamed Salah bezbłędnie opanował umiejętność manipulowania faktami, stał się futbolowym symbolem tego co błahe, rzemieślniczej wirtuozerii bez polotu. Trafia do mało wymagającego widza i takiego, którego bardzo łatwo nabrać na jego prostacki, lecz w gruncie rzeczy względnie przekonujący styl. W rezultacie otrzymujemy odrealnioną projekcję kogoś z nieskazitelnym wizerunkiem, dla mnie wręcz karykaturalnym, obnażającym jego wady.

Kodeks Hammurabiego w praktyce

Część z was zapewne stwierdzi, że doszukuję się błędu w dobrze funkcjonującym systemie na siłę. Mimo wszystko postanowiłem mu się przyjrzeć od strony czysto ludzkiej. Ideały nie istnieją, dana forma znacząco odbiega od tego co jesteśmy w stanie dostrzec gołym okiem, perfekcjonizm Mo był iluzorycznym złudzeniem. Udawana sympatia i kreacja wiecznie zadowolonego z postawy zarówno własnej jak i kolegów, okazała się niczym innym jak podłą mistyfikacją, namolnie wciskanym kitem, popularną ściemą w jakiej lubują się brukowe media.

Porwane szaty Faraona

W kwietniu 2019 roku, Mohamed Salah pojawił się na łamach jednej z okładek „Time”, gdzie zapracował na uznanie wśród setki najbardziej wpływowych ludzi świata. W zestawieniu znalazło się miejsce dla sześciu sportowców, z czego zaledwie jedno przypadło przedstawicielowi futbolowej dyscypliny. Wśród piłkarek nominowana została gwiazda żeńskiej reprezentacji USA, Alex Morgan.

Po tym jak publikacja ukazała się w magazynie, mogliśmy o nim usłyszeć między innymi: Jest jeszcze lepszym człowiekiem niż piłkarzem. Teza równie dyskusyjna co wątpliwa.

Na gali zorganizowanej w Nowym Jorku, brylował obok takich postaci jak Emilia Clarke czy Rami Malek i trzeba mu oddać, że w otoczenie wtopił się naprawdę nieźle, bo prawdziwość Mohameda Salaha graniczy gdzieś pomiędzy przelatującymi smokami z „Gry o Tron” a wytapetowanym i landrynkowym wcieleniem Freddiego Mercury’ego.

Samozwańczy bohater pokusił się również o mocną i wyrazistą wypowiedź w charakterze obyczajowym:

Uważam, że musimy zmienić sposób traktowania kobiet w naszej kulturze i na Środkowym Wschodzie. Tak musi się stać, bezdyskusyjnie.

Te puste słowa szybko znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości, gdy Salah w trakcie czerwcowego Pucharu Narodów Afryki, stanął w obronie wyrzucanego już dwukrotnie z kadry, Amra Wardy oskarżanego o przemoc wobec kobiet i napastowanie seksualne.

Po czym wstawił się za kolegą i zamieścił taki twitterowy wpis:

Co oznacza mniej więcej tyle, że piaskowy kłamca jest całkiem zdolnym demagogiem, jednocześnie zachował twarz w mediach i odniósł pewną osobistą korzyść, bo Amr Warda ostatecznie został do kadry przywrócony, biorąc udział w ostatnim meczu rozgrywanego Pucharu Narodów Afryki.

Egiptowi na niewiele jego obecność się zdała, bowiem odpadli oni w 1/8 turnieju przeciwko Republice Południowej Afryki, ulegając popularnym Bafana Bafana” 1:0 a sam Warda wszedł z ławki w 64 minucie rozgrywanego spotkania. Salah nie udźwignął presji bycia liderem i poprzez swoją nieskuteczną grę, mocno się do tej klęski przyczynił.

Oślepiający blask

Skupmy się jednak na zawodniczym aspekcie a tutaj potęga Salaha podupada jeszcze znaczniej niż światło rzucone na prezentowaną powierzchowność. Debiutancki sezon 2017/2018 z 32 ustrzelonymi bramkami, był przyjemnym, lecz krótkowzrocznym doświadczeniem. Egipcjanin wparował do Premier League z siłą i pewnością siebie, jakiej ta liga nie widziała od czasów popisów Luisa Suareza w kampanii 2013/2014.

Przerwany kult

Przejdźmy natomiast do rozważań nad drugim rozdziałem ligowym zakończonym „zaledwie” 22 trafieniami. „Sand Messi” z  meczu na mecz stawał się coraz bardziej przewidywalny i mechaniczny, zatracił lekkość jaką posiadał i drybling którym oczarowywał wyspiarskie stadiony, przestał on tym samym spełniać oczekiwania. Większość obrońców była już przyszykowana na zejście z lewej strony do środka przez co często gubił futbolówkę przed polem karnym rywala, narażając partnerów na groźne kontry.

Koniec rozgrywek wywindował aż trzech strzelców notujących bliźniacze rezultaty, czyli wyżej wspomniane 22 gole. Identyczną liczbę bramek zapisali na swoim koncie Sadio Mane i Pierre-Emerick Aubameyang z czego nasz playboy nie mógł być do końca zadowolony.

Zachodzące słońce

Czarę goryczy nad śniadym dżentelmenem, przelały zmagania rozpoczynające się w sierpniu 2019 roku i trwające aż po dziś dzień, jeśli Donald Trump nie odpali atomowego guzika, będziemy je mogli podziwiać aż do kwiecistego maja.

Blednący niczym rozmoknięty kiep Salah, stał się apatyczny i pretensjonalny. Często nie jest w stanie wygrać choćby najprostszego pojedynku biegowego. Traci piłkę częściej niż hokeiści z NHL zęby po męskiej i twardej grze, a z taką postawą przedstawiana postać nigdy nie miała nic wspólnego.

Żeby nie pozostać gołosłownym, przedstawię garść suchych liczb.
„Habibi” zdobył zaledwie 10 bramek w 17 spotkaniach, co daje mu odległe 9 miejsce w tabeli strzelców angielskiej ekstraklasy. Ustępuje takim boiskowym asom jak podobno znajdujący się w dołku Harry Kane z 11 golami, debiutujący w najwyższej klasie rozgrywkowej Tammy Abraham posiadający 12 trafień, czy broniący Southampton przed spadkiem niemal w pojedynkę, Danny Ings z 13 punktami zgromadzonymi w klasyfikacji najlepszych strzelców.

Chciwy sęp

Wrócę jeszcze na moment do sytuacji idealnie oddającej moje odczucia względem negatywnej przemiany „egipskiego króla”. Ostatni dzień wakacji zwiastował w pewne nieprzyjemne zdarzenie i prowokacyjne zachowanie wiecznie niezadowolonego i sfrustrowanego gońca. Podopieczni Jurgena Kloppa pewnie prowadzili z Burnley, podczas gdy klasycznym przejawem egoizmu, wykazywał się nie kto inny a nadworny błazen Anfield.

Początkowo w dogodnych sytuacjach dwukrotnie zignorował idealnie ustawionego Roberto Firmino, ale to brak dostarczenia futbolówki do Sadio Mane, doprowadził byłego gracza „Świętych” do istnej furii i prawdę mówiąc, wcale się mu nie dziwię. Każdy w tej sytuacji wyszedłby z siebie.

„Czerwoni” odnieśli bezkompromisowe zwycięstwo a gole przy swoich nazwiskach zapisali rzecz jasna Roberto Firmino i Sadio Mane, wszakże niesmak pozostał. Lawirant ściągnięty z włoskiej Romy, zakończył partię z okrągłym zerem, czyli wynikiem odpowiadającym jego boiskowym poczynaniom przeciwko „The Clarets”.

Piramidy narcyzmu

Buta i arogancja jakiej regularnie dopuszcza się Egipcjanin, wyszły na jaw przy gali rozdania nagród dla najlepszego piłkarza Afryki roku 2019. Od dawna panowało przekonanie, że najlepszym zawodnikiem czarnego lądu zostanie wybrany Sadio Mane. Ceremonia odbyła się 7 stycznia w Hurghadzie i jak możecie przypuszczać, Salah się na niej nie pojawił. Pomijam już zignorowanie lokalnych mediów i fanów w rodzinnym kraju, ale twój kumpel przeżywa dokładnie to samo, co ty miałeś okazję odczuć na własnej skórze przed rokiem i dwoma laty. Warto dodać, że Mane wtedy Salahowi towarzyszył, Senegalczyk nie mógł liczyć na podobne wsparcie ze strony skrzydłowego The Reds.

Strzeżcie się fałszywych proroków

Od lat żyję w przeświadczeniu, że sympatyzujemy przede wszystkim z klubem, nie piłkarzami. Wizja ekranu niejednokrotnie nie ma nic wspólnego z uniformem wkładanym przez nieszczerego manekina, nabierającego tłum na swoje prestidigitatorskie umiejętności. Nie wierzę w złych ludzi, nie wierzę w dobrych ludzi. Pozwólcie jednak, że sam uznam z kim pragnę się utożsamiać a kogo najchętniej przepędziłbym z klubu widłami. Pomnik jaki zbudował wokół siebie Mohamed Salah, nigdy nie będzie oddawał stuprocentowej prawdy o drużynie jaką stał się obecnie Liverpool Football Club.

Krzysiek Perchał obserwuj autora na twitterze. Możesz to zrobić tutaj.