Mistrzowie świata w kombinowaniu

2021.10.26 Kalisz
Pilka nozna 1/16 Finalu Fortuna Puchar Polski sezon 2021/2022
KKS Kalisz - Rakow Czestochowa
N/z widok reklama zdjecie ilustracyjne logo opaska mlodziezowiec M logo fortuna puchar polski koszulka rekawek koszulki
Foto Lukasz Sobala / PressFocus2021.10.26 Kalisz
Football Fortuna Polish Cup season 2021/2022
KKS Kalisz - Rakow Czestochowa
widok reklama zdjecie ilustracyjne logo opaska mlodziezowiec M logo fortuna puchar polski koszulka rekawek koszulki
Credit: Lukasz Sobala / PressFocus

Sezon 2019/20 był pierwszym sezonem Ekstraklasy, w którym obowiązywał przepis o młodzieżowcu. Od jego wprowadzenia minęły trzy lata, lecz wymóg ten w dalszym ciągu wywołuje sporo kontrowersji. Krytycy tego pomysłu z radością przyjęli niedawną informację o tym, że może on zostać zniesiony. Wydaje się jednak, że ostatecznie skończy się na modyfikacji przepisu. Zarząd PZPN myślał, myślał, aż w końcu zagmatwał sprawę.

Wymyślono bowiem rozwiązanie, które niepotrzebnie wszystko komplikuje. W nowym sezonie kluby nie miałyby już wymogu wystawienia przynajmniej jednego młodzieżowca w każdym meczu. Zamiast tego każdy klub musiałby korzystać z młodzieżowców przez co najmniej 3000 minut na sezon.

Nowa wersja tego przepisu nie rozwiązuje problemów, które powstały przez ostatnie kilka lat. Młodzi piłkarze i ich agenci dalej będą dostawać wynagrodzenia nieproporcjonalne do poziomu zawodnika. Z kolei kluby będą musiały trzymać niektórych piłkarzy u siebie, tym samym hamując ich rozwój.

Można przypuszczać, że ta bardziej skomplikowana propozycja miała na celu odstraszanie potencjalnych kombinatorów. W praktyce nowy wymóg ma bardzo widoczną lukę. Łatwo sobie bowiem wyobrazić, że znajdzie się ktoś, kto zacznie sezon samymi młodymi po to, by na końcówce mieć już temat z głowy. Zamiast skupiać się na wystawianiu najlepszych możliwych składów członkowie sztabów będą siedzieć nad kalkulatorami.

A jeśli coś im nie wyjdzie w obliczeniach, dostaną karę finansową. Są zespoły, dla których 2 miliony złotych stanowi nieznaczący procent budżetu. Są też jednak takie, dla których ta kwota będzie gigantycznym obciążeniem. Ta druga grupa to głównie kluby, które i tak będą walczyć o utrzymanie. Może im się dostać za to, że nie stać je na zapewnienie sobie młodych piłkarzy zdolnych do gry w Ekstraklasie.

Jeśli tak ma wyglądać nowy przepis, lepiej już zostać przy tym starym. A najlepiej byłoby zrezygnować z obu. Grać bez żadnych udziwnień i komplikacji – tak, jak robi to cała piłkarska Europa. W poważniejszych ligach – do których przecież aspirujemy – nikomu nie przeszłoby przez myśl, żeby w jakikolwiek sposób ograniczać kluby. Tylko my cały czas grzebiemy w kolejnych przepisach, wymogach i regulacjach. W ciągu tego wieku trzy razy ulegała zmianie liczba drużyn grających w Ekstraklasie. Był podział na grupy mistrzowskie i spadkowe. Było dzielenie punktów na pół po 30 kolejkach. Był też limit obcokrajowców spoza Unii Europejskiej.

Przy takim tempie zmian nie powinno nikogo zdziwić, jeśli przed sezonem 23/24 zarząd PZPN przegłosuje przepis mówiący o tym, że gole zawodników posiadających legitymację szkolną liczą się podwójnie.

Na palcach jednej ręki można policzyć sezony, w których nie było żadnej zmiany w przepisach względem poprzedniego roku. Cały czas chcemy coś poprawić, tylko nie bardzo wiemy, jak się za to zabrać.

To w sumie dość ironiczne – zmieniamy przepisy częściej, niż Tomasz Adamek wraca do ringu, a w efekcie nic właściwie się nie zmienia. Ekstraklasa jakoś nie idzie do przodu. Dalej jesteśmy w trzeciej dziesiątce, jeśli chodzi o ranking UEFA. Jedno pechowe losowanie, i nawet w Lidze Konferencji nie mamy czego szukać – a przecież miały to być rozgrywki idealne dla takich krajów, jak nasz.

Te wszystkie reformy, których celem jest podniesienie atrakcyjności ligi, czy też ratowanie polskiej piłki to nic innego, jak pójście na skróty. Ich porzucanie to z kolei klasyczny przejaw myślenia krótkofalowego, do którego nasz futbol zdołał już przyzwyczaić. Wprowadzamy jakąś nowość, a chwilę później już jej nie ma, bo okazuje się, że nie jest ona lekiem na całe zło. Wtedy zaczynają się poszukiwania kolejnej ozdrowieńczej zmiany, i cykl idzie od nowa.

Ekstraklasa poszukuje tego cudownego uzdrowienia. Tej jednej ożywczej, rewolucyjnej idei. Dotknięcia czarodziejskiej różdżki, które sprawi, że wszystkie problemy odejdą w zapomnienie. Problem w tym, że to tak nie działa. Tu po prostu nie ma drogi na skróty. Naszej ligi nie da się zbawić jedną reformą. W ten sposób nie da się też poprawić jakości naszego szkolenia.

Zamiast przyjrzeć się temu, jak funkcjonuje cały system szkolenia w Polsce, widzimy tylko to, co jest na wierzchu. Wymuszamy na klubach Ekstraklasy korzystanie z młodych piłkarzy, którzy często zaniżają poziom rozgrywek. Jeśli już chcemy pójść na łatwiznę i zajmować się tylko najwyższym poziomem rozgrywkowym, należałoby najpierw zmienić podejście klubów ekstraklasowych do rozwijania talentów. Jak nie kijem, to marchewką.

Tą marchewką mogłoby być pokazanie 10 najdroższych transferów wychodzących w historii Ekstraklasy.

Prawie wszyscy zawodnicy z tej listy opuścili naszą ligę przed ukończeniem 23. roku życia. Podobnie druga dziesiątka:

Warto odnotować, że niektóre z tych transferów miały miejsce jeszcze przed wprowadzeniem przepisu o młodzieżowcu. Fabiański, Lewandowski czy Janczyk nie mieli żadnego przepisu, który by im pomagał, Do ich promowania nie był potrzebny żaden wymóg.

Stawianie na młodych piłkarzy obecnie opłaca się jeszcze bardziej, niż wtedy. Kluby zagraniczne, które wybierają się na zakupy do naszej ligi nie płacą już za umiejętności. Płacą za potencjał. Nie interesują ich 27-latkowie, którzy już raczej nie przeskoczą pewnego poziomu. Jeśli taki Ivi Lopez czy Joao Amaral opuści Ekstraklasę, to raczej nie za kwoty siedmiocyfrowe. Zespoły z największymi kieszeniami interesują się tylko tymi perspektywicznymi, jak Kamiński, Kozłowski czy Moder.

Czasem jednak nie pomagają nawet tak oczywiste argumenty. Niby wszyscy widzą, na kim można zrobić największy zysk, lecz to wciąż za mało dla wielu klubów ekstraklasowych. One w dalszym ciągu opierają kształt swoich kadr na zawodnikach, na których ciężko jest coś zarobić. Zamiast dać szansę jakiemuś młodemu zawodnikowi, wolą stawiać na tych doświadczonych.

Weźmy taką Cracovię. W roku 2016 Leicester City kupiło Bartosza Kapustkę za 5 milionów euro. Dwa lata później Genoa za kwotę o pół miliona euro mniejszą wyciągnęła ze stadionu przy Kałuży Krzysztofa Piątka. Na przestrzeni dwóch lat Cracovia zarobiła na transferach więcej, niż niektóre kluby zarobiły od sezonu 16/17 do teraz.

Jedno spojrzenie na Excela i wniosek nasuwa się sam – żeby zarabiać, trzeba stawiać na młodzież. W Cracovii postanowiono zrobić inaczej. Pieniądze zarobione na Kapustce i Piątku zainwestowano chociażby w Jaroslava Michalika (850 tyś. euro), Bojana Cecaricia (150 tyś. euro) czy Rivaldinho (300 tyś. euro).

Krzysztof Piątek był ostatnim zawodnikiem, którego Cracovia sprzedała za sumę sześciocyfrową.

Takich przypadków jest więcej. Jagiellonia potrafiła kiedyś promować i sprzedawać młodych zawodników niemalże co sezon. Wystarczy wymienić chociażby Frankowskiego, Klimalę, Drągowskiego czy Świderskiego. Mało tego, promowanie młodzieży nie przeszkadzało im w zajmowaniu wysokich miejsc w tabeli. W Białymstoku porzucono jednak tę strategię na rzecz takiej, która pozwalała grać w pierwszym składzie Krisowi Twardkowi, Fernanowi Lopezowi czy Michałowi Żyro.

Przepis o młodzieżowcu w takiej czy innej formie nic tu nie da. Ci, którzy nie chcą promować młodych, tak czy siak nie będą tego robić. Zamiast kombinować z coraz to bardziej chorymi regulacjami, należy dać klubom przestrzeń na działania długofalowe. Jak śpiewał kiedyś zespół Buzu Squat „uspokoić swoje serce, niczego już nie zmieniać”.

Na to, by kluby ekstraklasowe przekonały się do stawiania na młodzież potrzeba nie rygorystycznych wymogów, ale czasu i kolejnych dobrych przykładów. Aż wszyscy załapią.

Stanisław Pisarzewski

POLECANE

tagi