Dziesiątki lat po erze Józefa Młynarczyka i Andrzeja Woźniaka, między słupki legendarnego FC Porto trafił 17-letni wychowanek akademii Śląska Wrocław – Hubert Charuży. Od momentu, kiedy z drużyny dwukrotnego triumfatora Ligi Mistrzów odszedł Woźniak, żaden polski bramkarz nie przewinął się przez zespół Smoków z Estádio do Dragão. Jako pierwszy po niemal trzydziestu latach dokonał tego pochodzący ze Świdnicy Charuży.
-Hubert pierwszego dnia testów trenował w swojej kategorii wiekowej (u-17), natomiast tamtejsi szkoleniowcy, widząc z kim mają do czynienia, już dzień później przesunęli go do pierwszej drużyny FC Porto[…] byli pod wrażeniem wielkich umiejętności tego chłopaka – mówił w rozmowie z naszym portalem Miłosz Gładoch – od bieżącego sezonu pierwszy trener bramkarzy Śląska Wrocław, pracujący przez wiele lat z Charużym.
Człowiek, który w swoim dorobku ma chociażby transfer Fabiana Mrozka do Liverpoolu szeroko opowiedział nam o wielkiej skali talentu Huberta, równocześnie porównując go do Guglielmo Vicario. Z Gładochem rozmawialiśmy również o początkach współpracy z Charużym, pojawieniu się we Wrocławiu skautów FC Barcelony i Ajaxu, niespotykanej mentalności nowego nabytku FC Porto, czy szkoleniu bramkarzy w akademii Śląska. Zapraszamy.
Czy Hubert Charuży to ewenement wśród polskich bramkarzy?
W kontekście Huberta nie użyłbym tego określenia, ponieważ niewielu bramkarzy w historii futbolu może nosić takie miano. Na pewno, gdy zaczynaliśmy współpracować, był to chłopak z potencjałem, intuicją bramkarską i odrobiną talentu. Kluczowe było jednak to, że został przez nas odpowiednio pokierowany, „oszlifowany”, co pozwoliło rozwinąć mu się do tego stopnia, że zaczęły zauważać go największe marki w Europie. Przed transferem do Porto przechodził testy w Wolfsburgu czy Borussi Dortmund. Niemałe zainteresowanie wyrażała też włoska Parma, której skauci dwukrotnie oglądali Huberta we Wrocławiu.
Jakim typem bramkarza jest Charuży? Oprócz umiejętności na wysokim poziomie, dało się usłyszeć, że to chłopak o twardym charakterze.
Hubert jest typem bramkarza, który w treningu nie wyróżnia się niczym niezwykłym, ale kapitalnie wygląda w ferworze meczu. Przypominam sobie momenty, w których naprawdę poważnie zastanawialiśmy się z pozostałymi trenerami, czy na niego postawić, bo konkurenci spisywali się podobnie, albo nawet lepiej. Gdy jednak stawał między słupkami, przychodził dzień meczowy, to nie pozostawiając złudzeń zamurowywał bramkę. Pokazywał się z takiej strony, z jakiej na podstawie treningów nie mieliśmy prawa go znać.
Jego „mental” jest stworzony pod wielkie mecze. Mając zaledwie 16 lat przebojem najpierw wszedł do rezerw Śląska, a następnie trenował już z pierwszym zespołem, który sięgał wtedy po wicemistrzostwo Polski. On już na tamtym etapie regularnie z tymi zawodnikami funkcjonował, przebywał, nie myśląc wcale, że jest gorszy i się nie nadaje.
Pamiętam taki mecz Huberta w młodzieżowej kadrze – bodajże ze Szwecją – na turnieju w Hiszpanii, gdzie był najlepszym zawodnikiem na boisku. Mimo rangi meczu emanował wielkim opanowaniem i spokojem – nawet gdy popełnił jakiś błąd, zupełnie się nim nie przejmował. Nie działało to destrukcyjnie na jego pewność siebie, wręcz przeciwnie.

Fot. Jacek Prondzyński/400mm.pl
Sfera mentalna to w końcu klucz jeżeli chodzi o tę pozycję.
Bramkarz musi ukształtować w sobie twardy charakter, zawsze to powtarzam. Na pewnym etapie trzeba pogodzić się z faktem, że bramki cały czas wpadają, wpadały i będą wpadać. Musisz to zaakceptować i iść dalej, nie rozmyślać za dużo. Wtedy można skupić się na pracy, i tak właśnie postępuje Hubert, stąd nie mam obaw, że poradzi sobie w Portugalii.
Dyrektor techniczny Rio Ave wypowiadając się w kontekście Cezarego Miszty w wywiadzie dla TVP Sport, powiedział, że bramkarz w Portugalii musi dysponować solidnym zapleczem technicznym, bo gra od tyłu to preferowany sposób w tej lidze. Musi być jak dodatkowy obrońca. Hubert wpasowuje się w te ramy?
Tak, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. W akademii Śląska też skupiamy się na budowaniu akcji od tyłu, by bramkarz pełnił rolę zarówno „jedenastego” zawodnika w polu, jak i wypełniał swoje zadania na linii. Wraz ze sztabem praktykowaliśmy taki sposób szkolenia w rezerwach czy drużynie u-17. Hubert jest z tym zaznajomiony i dobrze sprawdza się w takim systemie, między innymi dlatego też wybrał Portugalię.
Wspomnianego Misztę chwalą w Portugalii właśnie za grę nogami i dobrą technikę, która jest tam koniecznością.
To fakt, wyszkolenie techniczne i taktyczne Czarka stoi na bardzo wysokim poziomie, wywodzi się z dobrej szkoły. Pod względem fizycznym jest nieco podobny do Huberta – szczupła sylwetka, długie nogi i ręce, więc pasuje do oczekiwanego tam profilu bramkarza, zbierając pochwały.
Swoją drogą widać, że kluby z zachodniej części Półwyspu Iberyjskiego nadal chcą stawiać na polskich bramkarzy. W latach dziewięćdziesiątych w Porto występował legendarny Józef Młynarczyk, później sporo czasu w Portugalii spędził Paweł Kieszek. Aktualnie regularnie w Rio Ave gra Cezary Miszta, na zapleczu ligi Kacper Bieszczad, a od kilku dni do tego grona należy też Hubert Charuży.
Szukając analogii w świecie „wielkiej piłki”, jakiego bramkarza z europejskiego bądź światowego top-u przypomina panu Hubert?
Charakteryzując jego styl gry nasuwa mi się porównanie do bramkarza Tottenhamu – Guglielmo Vicario. To jest taki profil zawodnika, który przede wszystkim wyróżnia się wyszkoleniem technicznym w grze na linii, ale też nienaganną grą nogami i umiejętnością odnajdywania się na przedpolu, choć najbardziej podkreśliłbym tutaj bramkarską technikę na wysokim poziomie, którą ma też chociażby Gigi Donnarumma, czyli, jak widać, włoski styl.
Zakładam, że po pierwszych dniach konsultował się pan z trenerami bramkarzy Porto. Chciałbym zapytać więc o feedback, jaki można było usłyszeć po kilku jednostkach treningowych Charużego w Portugalii?
Hubert pierwszego dnia testów trenował w swojej kategorii wiekowej (u-17), natomiast tamtejsi trenerzy, widząc z kim mają do czynienia, już dzień później przesunęli go do pierwszej drużyny FC Porto. Po zakończonych testach feedback był taki, że są pod wrażeniem wielkich umiejętności tego chłopaka i chcą go u siebie, później zostały już tylko formalności.
Początkowy plan jest taki, by Hubert grał w drużynach młodzieżowych, lecz trenował z pierwszym zespołem?
Tego akurat zagwarantować nie mogę. W pierwszej drużynie pokazał się z dobrej strony, ostatnio był na obozie przygotowawczym z rezerwami, aczkolwiek nie mogę zapewnić, że póki co będzie to funkcjonowało ściśle na takiej zasadzie – wszystko zależy od niego. Jeżeli w dłuższej perspektywie czasu obroni się umiejętnościami, poradzi sobie mentalnie, to naturalnie będzie zdobywał doświadczenie w pierwszym zespole.
Hubert ma wiele mocnych stron. Począwszy od wzrostu, sfery mentalnej, aż po wielki potencjał, ale jak każdy posiada pewne mankamenty, których jest doskonale świadomy. Rozmawiając z nim ostatnio, oczywiście oprócz gratulacji przypomniałem mu, nad czym musi jeszcze pracować, więc jeśli wyeliminuje te niedociągnięcia i nieustannie będzie pracował, zajdzie daleko.
Jak wyglądały początki waszej współpracy? Jak wiadomo, trwała ona od początku pobytu Huberta we Wrocławiu.
Charuży był zawodnikiem SMS-u Łódź, stamtąd ściągnęliśmy go do Śląska. Ja już kilka lat wstecz wiedziałem, że jest to dobrze rokujący młody bramkarz – pochodził z pobliskiej Świdnicy, oglądaliśmy go na jednym z turniejów „dziecięcych”, więc był na naszym radarze, jak większość młodych wyróżniających się bramkarzy z tego rocznika.
W pewnym momencie dostałem sygnał od rodziców Huberta, że chcą zmienić synowi otoczenie, więc zaczęliśmy treningi.
Od pierwszych jednostek treningowych zwracał na siebie uwagę nieprzeciętnymi umiejętnościami?
Bardzo szybko przekonaliśmy się, że jest to chłopak z ogromnym potencjałem. W rozgrzewce, codziennych ćwiczeniach nie wyróżniał się niczym szczególnym, powiedziałbym nawet, że „bez szału”, ale gdy wprowadzaliśmy w trening żywe sytuacje meczowe, to wyciągał absolutnie wszystko. To jest właśnie ta wrodzona intuicja bramkarska, która u Huberta funkcjonuje na bardzo wysokim poziomie. On doskonale potrafi wyczuć kiedy i w jakim miejscu ma się znaleźć, by dane uderzenie obronić, czuje to jak mało kto.
Wzorcowym dowodem na to są dwa finały Mistrzostw Polski przeciwko Legii Warszawa u-17. Zatrzymywał tam uderzenia nie do obrony, a my jako trenerzy łapaliśmy się za głowę.

Fot. Akademia Śląska Wrocław
Zaangażowanie rodziców też było pewnie czynnikiem kluczowym?
Tak, tak, oczywiście. Rodzice też są ludźmi aktywnymi, sportowcami, więc doskonale zdawali sobie sprawę z poświęceń, jakie ich i Huberta czekają, by syn mógł znaleźć się kiedyś w świecie wielkiej piłki.
W wywiadzie z mediami klubowymi mówił pan, że miejsce między słupkami pierwszej drużyny, to dla Huberta kwestia czasu. Jak wiadomo, Charuży obrał inną drogę, więc chciałbym zapytać o pozostałych bramkarzy z akademii. Który z nich powoli puka do drzwi pierwszego zespołu?
Może będę w tym momencie nieobiektywny, ale uważam, że mamy bardzo utalentowanych bramkarzy, Hubert nie jest w tej sytuacji szczególnym wyjątkiem. Dominikiem Klintem (2009 r.) bardzo poważnie zainteresowany jest belgijski Genk, gdzie w niedalekiej przyszłości pojedzie na testy, Tomka Pytlaka (2009 r.) byli oglądać we Wrocławiu wysłannicy z Barcelony, czy Ajaxu Amsterdam. Drugim bramkarzem pierwszej drużyny od tego sezonu jest Bartek Głogowski (2005 r.), a w drugoligowych rezerwach ogrywa się Hubert Śliczniak (2007 r.).
Oczywiście miejsce w bramce pierwszej drużyny jest tylko dla jednego z tych chłopaków, więc do naszych kompetencji należy wytyczenie odpowiedniej ścieżki każdemu z nich.
Doszukując się analogii, w przeszłości transferował pan chociażby Fabiana Mrozka do Liverpoolu czy Mateusza Górskiego do Holandii. Ich kariery potoczyły się tak, jakby pan tego oczekiwał?
Gdy Mateusz Górski przechodził testy w Ajaxie miał lepsze wyniki, niż Manuel Neuer. Holendrzy byli pod wrażeniem jego umiejętności, jednak swoje zrobiła ciężka kontuzja barku, po której musiał przejść operację, a co za tym idzie ponad rok nie trenował. Niestety po rehabilitacji było mu już znacznie trudniej wrócić na wcześniej prezentowany poziom. W tym przypadku zaważył pech.
Jeżeli chodzi o Fabiana Mrozka, to jestem o niego spokojny. Ostatnio też miał uraz, natomiast wrócił już do pełni sił i uważam, że swoim nazwiskiem zrobi jeszcze wiele szumu. W końcu nie bez przyczyny znalazł się w kadrze Liverpoolu na mecz Premier League czy kilkukrotnie zasiadał na ławce w Lidze Europy w barwach „The Reds”.
Dobijając do brzegu naszej rozmowy zapytam może trochę nieskromnie, ale na pewno niebezpodstawnie. Śląsk szkoli obecnie najlepszych bramkarzy w Polsce?
Nie chciałbym, żeby te słowa padły akurat z moich ust, ale idea klubu jest taka, by nawiązać do lat osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych, kiedy Śląsk Wrocław stał bramkarzami. Myślę, że czteroletnią, ciężką pracą całego sztabu powoli udaje nam się osiągać zadowalające cele. Ściągnęliśmy wielu bramkarzy z okolic Wrocławia, poświęciliśmy im masę czasu, czego owoce zbieramy w postaci chociażby takich transferów, jak ten Huberta. Nasze metody szkolenia są nieco inne niż w pozostałych polskich klubach. Powiedziałbym, że pod tym kątem mocno wyróżniamy się na tle całego kraju. Takie marki, jak Hoffenheim czy Ajax były pod wrażeniem etosu naszej pracy z bramkarzami, struktury treningu, selekcji, skautingu, więc myślę, że jest to swego rodzaju pozytywna weryfikacja wykonywanej pracy.
Rozmawiał: Szymon Gawrycki Tkacz
Fot. FC Porto
Fot. Adriana Ficek/slaskwroclaw.pl