Między stronami, czyli o literaturze boiskowej

Share on facebook
Share on twitter
A copy of the book during the party at Colosseum for the birthday of Francesco Totti, for the occasion Rizzoli presents his book ' Francesco Totti. Un Capitano '   in Rome, ITALY-27-09-2018
27.09.2018 Rzym
Pilka nozna
Uroczysta premiera ksiazki Francesco Tottiego
Press Office Rizzoli / AGF / Sipa / PressFocus 
POLAND ONLY!!

Kibic piłkarski potrafi znaleźć tysiąc sposobów na pielęgnowanie swojej ukochanej pasji. Gdy za oknem mróz, a w telewizji meczów brak, fan sięga do swojej biblioteczki po jakąś futbolową pozycję, która pozwoli mu udać się w inny świat. Czasem będzie to boisko pośród brazylijskiej faveli, innym razem powędruje do szatni reprezentacji Polski. Książki mają w sobie cudowną moc – przenoszą nas w inną rzeczywistość. A co kryją te piłkarskie?

Czy książki piłkarskie są “gorsze”?

Z autopsji wiem, że lektury o tematyce futbolowej często są traktowane po macoszemu. Gdy pytamy zawodowego dziennikarza “co warto robić, by wzbogacać swój zasób słownictwa, stawać się elokwentnym”, oni najczęściej odpowiadają “czytać książki, ale wcale nie piłkarskie”. O czym to świadczy? Czy literatura boiskowa ustępuje w jakimś względzie literaturze pięknej czy jakiejkolwiek innej? Odpowiedzi są dwie – i tak, i nie. Niecierpliwy czytelnik odpowie: “Przecież to książka i to książka”, ale sytuacja jest nieco bardziej złożona.

Książki piłkarskie nie są gorsze – to trzeba zaznaczyć na samym początku. Niosą ciekawe treści, opowiadają wszelakie historie i opisują wydarzenia, o których czasem nie mielibyśmy pojęcia, gdyby nie ludzie, którzy do nich dotarli i zdecydowali się je nam przybliżyć. To zalety literatury boiskowej – pochłania nas ich treść. No właśnie treść, nie język. Oczywiście sposób napisania danej książki to rzecz ważna, ale nie najważniejsza. W końcu żaden z dziennikarzy sportowych, który wydał w swoim życiu przynajmniej jedną pozycję, nie zastanawiał się jak połączyć słowa „gryka” i „dzięcielina”. Takie dylematy mógł mieć Adam Mickiewicz, który kilkaset lat temu tworzył epopeję narodową – dzieło, które zna (a przynajmniej powinien znać) każdy Polak. Ale tak właściwie dlaczego? No właśnie m.in. przez ten język i ogromny kunszt poety, który objawia się nam na każdej stronie, w każdym pojedynczym wersie. Jedną z najważniejszych cech literatury pięknej jest sposób napisania utworu, jego estetyka. To ona nadaje lekturze tytułowe piękno i zwraca naszą uwagę na niesamowity talent oraz wielkie umiejętności autora. To od tych największych mistrzów słowa powinniśmy się uczyć. To oni są naszymi nauczycielami, którzy mimo tego, że wiersze piszą już na innym świecie, pozostawili nam wspaniałą spuściznę, z której możemy korzystać, by „nabrać elokwencji” czy „zwiększyć zasób słownictwa”. Ci genialni poeci nie mieli dostępu do Internetu, a każde zjawisko potrafili pięknie namalować słowem niczym Jan Matejko „Bitwę pod Grunwaldem”. Skarbiec z niezwykłymi literackimi dziełami to nieskończona studnia wiedzy, z której możemy i jak najbardziej powinniśmy korzystać.

Reasumując, literatura boiskowa to zbiór fantastycznych opowieści, historii i zdarzeń, które chętnie czytamy, by dowiedzieć się czegoś ciekawego na temat naszego ulubionego zawodnika, drużyny, której kibicujemy czy emerytowanego piłkarza, który zdecydował się na przytoczenie kilku faktów i ciekawostek ze swojego piłkarskiego życia. Język, którego autorzy tych książek używają jest gorszy lub lepszy, ułatwia nam czytanie, a czasem nawet utrudnia, ale jedno jest pewne – szukając pozycji, które wzbogacą nasz zasób słownictwa, z pewnością można znaleźć wiele innych utworów, na przykład wielkich dzieł poetów-mistrzów, które akurat w tym aspekcie spełnią swoją rolę lepiej niż lektury o tematyce futbolowej.

Co sądzą o tym profesjonaliści? Zapytaliśmy o to dziennikarzy Piotra Żelaznego, Mateusza Święcickiego oraz Krzysztofa Baranowskiego z portalu „Sportowa Książka Roku”. Każdemu zadaliśmy to samo pytanie: Gdy pytamy zawodowego dziennikarza o to, jak budować swój warsztat, zwykle odpowiada: „Czytać dużo książek”, jednak potem często dodaje „ale wcale nie piłkarskich”. Jak Pan myśli, dlaczego tak jest?

Piotr Żelazny: Nie można się zamykać tylko na futbol. Futbol nie dzieje się w próżni, jest częścią większej rzeczywistości. W momencie, w którym człowiek przestanie dostrzegać to, co się dzieje wokół, a skupi się tylko na piłce, nie będzie miał żadnego punktu odniesienia. Uważam, że trzeba się interesować światem, trzeba czytać o tym świecie, trzeba się interesować polityką, trzeba się interesować tym, co się wokół nas dzieje. – mówi dziennikarz magazynu „Kopalnia” i radia Newonce.

A najlepszą receptą na polepszanie własnego warsztatu, to szczerze mówiąc czytanie literatury pięknej i to takiej z klasyki. Mam wrażenie, że młodzi dziennikarze, którzy piszą na portalach, znają 300 słów na krzyż. Dosłownie. Ich język jest strasznie ubogi. Nic tak nie poprawia języka niż czytanie klasyki literatury – dzieł Dostojewskiego, Słowackiego, Norwida, Żeromskiego, Bułhakowa – autorów mogę wymieniać w nieskończoność. Mam wrażenie po prostu, że ludzie młodzi przestali czytać książki, przez co mają bardzo ubogi zasób słownictwa. – dodaje.

Mateusz Święcicki: Jeśli tak mówią dziennikarze, to nie mają racji. Trzeba czytać wszystko. Często książki piłkarskie są początkiem jakiejś wspaniałej historii, często są inspirujące, często właśnie w nich znajdują się elementy wiedzy, których nie można zdobyć za pomocą artykułów czy wywiadów, bo piłkarz zwierza się, robi resime swojego życia i opowiada bardzo intymne szczegóły. – twierdzi dziennikarz Eleven Sports.

Mnie krytykuje się za to, że ja czytam tylko książki piłkarskie, co jest bzdurą, ale ludzie często nie rozumieją, no bo skąd mają wiedzieć, że wstęp do jakiejś książki piłkarskiej jest dla mnie motywacją, żeby zrobić coś innego. Podam najbanalniejszy przykład – dzięki czytaniu książek na temat piłki, ja się uczę języka, co jest najważniejszym kapitałem w dziennikarstwie sportowym. – przyznaje Mateusz Święcicki, który wyjawił nam, że przeczytał już książki w językach: angielskim, włoskim, hiszpańskim oraz francuskim.

Jeżeli czytanie książki Arrigo Sacchiego jest dla mnie wstępem do zorganizowanie wywiadu z nim, no to to jest fajna historia. Jeżeli pytasz mnie o warsztat, to jest to tak szeroki i rozległy temat, że czytanie książek jest tylko jednym elementem, ważnym, bo oczywiście posługujesz się słowem, musisz mówić ładnie, uciekać od powtarzalności, zwłaszcza, jeżeli jesteś komentatorem. Jeśli komentujesz, jak ja, sześć meczów tygodniowo, to musisz uciekać od banału, co jest bardzo trudne, bo jednak piłka jest materią zamkniętą i posługujesz się pewnymi określeniami. Czasem ktoś mnie łapie za słówka, że ja siedem razy powiedziałem coś w trakcie meczu, a ja mówię: „Cholera! 90 minut razy 60 sekund. Ja w tym tygodniu skomentowałem sześć meczów.” Ciężko uciec od banału. Myślę, że warsztat jest pojęciem szalenie szerokim i czytanie jest fundamentalne, bo bez czytania, moim zdaniem, nie ma się wrażliwości i nie można mówić ładnie, ale powiedziałbym, że dzisiaj jednym z najważniejszych elementów w budowaniu warsztatu jest odstawienie telefonu, mówię metaforycznie. – uważa dziennikarz Eleven Sports.

Dzisiaj telefon to algorytmy, które są tak silne, lepsze od nas, skuteczniejsze, że odciągają nas od pracy. Ja zauważyłem coś takiego, że dzisiaj młodzi ludzie, którym współczuję, którzy nie pamiętają świata bez telefonów komórkowych nie mają na nic czasu, dlatego, że telefon ich pochłania w 100%. On im zabiera energię, on im zabiera czas. Sam się często na tym łapię, że zaczynając dzień z telefonem, potrzebuję więcej czasu, by coś zrobić, a gdy ten telefon odstawiam i go wyłączam, to wszystko mi idzie jak z płatka. Uważam, że dzisiaj ludzie nie mają czasu, zwłaszcza młodzi dziennikarze. Nie mają czasu na robienie wielu ciekawych rzeczy, które wymagają zaangażowania, czasu, kontaktu, bo pochłania ich telefon. Ten telefon jest narzędziem pracy, ale jest też wielkim zabójcą. Dzisiaj budowanie warsztatu powinno też polegać na odstawieniu telefonu. – sądzi komentator.

Często słyszę, że kiedyś dziennikarstwo było lepsze, a dzisiaj jest gorsze. Dzisiaj wobec nas są tak potężne wymagania. To jest bardzo ciekawe -komentujesz mecz Milanu z Romą, oczywiście nie ma kibiców, więc słyszymy wszystkie dźwięki z boiska i nagle kamera po błędach sędziowskich podjeżdża pod trenera Piolego, który mówi: „Hai sbagliato tutto!”, czyli „Zepsułeś wszystko dzisiaj!”, ty musisz być gościem, który od razu tłumaczy. Ty musisz znać kilka języków obcych, musisz mieć wiedzę na dobrym poziomie, ty się nie możesz pomylić w trakcie transmisji, musisz wiedzieć wszystko, musisz poprowadzić audycję, zrobić program telewizyjny, skomentować mecz, napisać artykuł, musisz mieć konto na Instagramie, na Facebooku, powinieneś mieć kanał na YouTubie – ty powinieneś być dziennikarzem totalnym. Kiedyś tak nie było. Dzisiaj wymagania wobec dziennikarza są tak potężne, tak duże, tak drenujące, że niewiele osób długo wytrzymuje w tej branży, wiele odpada po drodze. Współczesność stworzyła takie wymagania wobec dziennikarza sportowego, który chce być dobry i dobrze wykonywać swoje obowiązki, że trzeba umiejętnie gospodarować swoim czasem. Jak mawia Zbigniew Boniek: „Człowiek dobrze zorganizowany ma czas na wszystko.”. Tylko musi być dobrze zorganizowany, bez telefonu obok siebie, bo ten telefon mu zabiera mnóstwo czasu. Ja na przykład kompletnie nie rozmawiam przez Messengera, bo uważam, że to jest straszny złodziej czasu. Kiedy ktoś pisze do mnie, żebym udzielił mu jakiejś wypowiedzi, zawsze piszę: „Zadzwoń”, dlatego, że ja nie chcę pisać przez Messengera, bo Messenger jest jedną z najbardziej wkurzających mnie aplikacji, która mi kradnie czas i sprawia, że później czuję się głupio, bo nagle mija 30 minut, a w tym czasie mogłem zrobić coś innego, zwłaszcza, że często te dyskusje są jałowe.

Krzysztof Baranowski: Zgadzam się. Generalnie w odniesieniu też, niestety, do polskiego rynku literatury sportowej. 70% wychodzących tytułów to sztampa, powielanie tych samych tematów, trzydziesta biografia Messiego, Ronaldo, czy innego piłkarza, polegająca na przepisywaniu Internetu. Oczywiście jest też wiele wartościowych książek sportowych, ale chciałbym, żeby wszyscy zrozumieli moje intencje – większość jest jednak na średnim poziomie. – twierdzi założyciel portalu „Sportowa Książka Roku”.

Aczkolwiek sytuacja pandemiczna na świecie sprawiła, że część wydawców, zwłaszcza tych mniejszych, nie ma środków na wydawanie byle czego. Trzeba zacząć analizować, co opłaca się wydawać. Tutaj upatruję szansę na ustabilizowanie się rynku, który mocno się rozrósł. Początkowo dawało to pozytywny efekt, pojawiało się bardzo dużo publikacji, z których wyłowić można było perełki. Ale lepiej żeby ich wychodziło mniej, ale wszystkie wartościowe. – dodaje.

Jak książek nie pisać?

Tytuł wyzywający, ale ostatnia „nowinka” sprawiła, że warto ten temat poruszyć. Niektórzy mogą uznać, że nie jestem odpowiednią osobą, która mogłaby się wypowiadać o procesie tworzenia książek, bo żadnej w swoim życiu nie napisałem. Przyjmę pozycję czytelnika (bo w końcu takowym jestem), który zyskuje albo cierpi na tym, jak lektura jest napisana. Każdy z nas przecież recenzuje filmy czy seriale, chociaż prawdopodobnie nigdy w życiu nic nie nakręciliśmy.

Pisząc „nowinka” oczywiście miałem na myśli książkę Pani Małgorzaty Domagalik pt. „W grze”. Każdy słyszał, każdy wie o co chodzi. Internet jest wypełniony wszelkiego rodzaju recenzjami na ten temat, ale zdecydowałem, że dorzucę coś od siebie. Nie jest to tak zła książka, jak niektórzy twierdzą. To raczej zbiór rozmów z przeróżnymi osobami, które spędzają z byłym już selekcjonerem Jerzym Brzęczkiem najwięcej czasu. Czytamy, co na różne tematy sądzą m.in. żona selekcjonera, jego synowie, rodzina, znajomi, prezes PZPN Zbigniew Boniek czy siostrzeniec Jakub Błaszczykowski. Ta pozycja byłaby całkiem interesująca, ponieważ poznajemy selekcjonera z innej strony, widzimy jego prawdziwą, ludzką twarz, gdyby nie początek. Dość długi, bo trwa ponad 100 stron. One są swoistą skargą na całe piłkarskie społeczeństwo, które nie docenia tego, co zrobił Jerzy Brzęczek. Okazuje się, że wszyscy, którzy śmią powiedzieć coś złego, skrytykować byłego trenera polskiej kadry, to osoby, które tkwią w dużym błędzie, z którego autorka stara się ich wyprowadzić. Niestety na siłę.

Narracja jest taka: selekcjoner to świetny człowiek, wspaniały znajomy, który … (teraz Pani Domagalik wymienia pozytywne przymioty Jerzego Brzęczka, dzięki którym, jak twierdzi, przekona niepocieszonych jego nominacją), to także bardzo dobry trener, który ma za sobą liczne sukcesy w reprezentacji (teraz usłyszycie o golach z Anglią czy srebrnym medalu na IO w 1992 roku). To ważne osiągnięcia, ale one nie sprawią, że ktoś stanie się wybitnym trenerem (kwestię, czy jest nim Jerzy Brzęczek wolę zostawić, bo to bardzo rozbudowane pytanie, którym można by zapełnić kilka sporych tekstów). Historia futbolu zna wiele przypadków, w których świetni zawodnicy opuszczali ławkę trenerską w cieniu wstydu i porażki. Rozumiem doskonale, że Pani Małgorzata Domagalik i trener Jerzy Brzęczek to dobrzy znajomi, którzy lubią usiąść i pogadać o futbolu przy lampce wina. To jest jak najbardziej w porządku. Jednak pisanie czegoś na siłę i powielanie tego przez ponad 100 stron to gruba przesada, która potem wpłynie na odbiór całej lektury. Ten niesamowicie długi początek można skrócić do pięciu/dziesięciu stron. Wtedy wiemy, że autorka stoi murem za selekcjonerem i nawet wystawienie jedenastu zawodników z ekstraklasy na mecz z Hiszpanią nie wpłynęłoby na jej postrzeganie byłego opiekuna polskiej kadry. Każdy ma swoje zdanie, ale pomysł z ciągnięciem wątku przez 1/3 utworu i próba przekonania innych do swoich racji kopiowaniem tej samej treści i pisaniem jej w innej formie to niestety bardzo zła idea, która zmęczy i sfrustruje czytelników do tego stopnia, że mogą zamknąć książkę, odłożyć ją na półkę i już nigdy do niej nie wrócić.

Foto: Golf News

W tym temacie również pytamy się naszych gości specjalnych o ich zdanie! Jakie jest Pana zdanie na temat książki Pani Małgorzaty Domagalik pt. „W grze”?

Mateusz Święcicki: Trochę inne niż ogółu, tzn. bardzo mnie szokowało to, kiedy słuchałem HejtParku z nią i miażdżąca większość osób, która dzwoniła i atakowała ją i tę książką, na pytanie „Czy Pan/Pani przeczytał/a?”, odpowiadała: „Nie”. Ja podziwiam ludzi, który mają w sobie taką odwagę i bezczelność, żeby wypowiadać się na jakiś temat, nie znając tego tematu. – twierdzi dziennikarz Eleven Sports.

Ja tę książkę przeczytałem wnikliwie i muszę powiedzieć, że pierwsze 100 stron jest surrealistyczne, czułem się jakbym czytał Lema. Natomiast później sytuacja jest już trochę inna. Ja wiem, że wiele osób mnie skrytykowało za to, że ja widzę coś po 105 stronach, ale jako dziennikarz bardzo doceniam to, że Małgorzata Domagalik wyciągnęła od Jerzego Brzęczka naprawdę traumatyczne historie z jego życia, bardzo intymne. Sam zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest łatwo wejść w jakąś rodzinę i takie informacje wydobyć. I tam po 105 stronie ta historia jest już ciekawa. Jerzy Brzęczek jawi się jako postać dla mnie interesująca. W ogóle uważam, że jest to spieprzony materiał na świetną książkę o transformacji ustrojowej w Polsce z punktu widzenia sportowca, bo Brzęczek był piłkarzem na przełomie pewnych dwóch systemów politycznych. Wychował się w systemie komunistycznym, w komunistycznej piłce nożnej, a później jako młody piłkarz przeszedł na drugą stronę, czyli piłki kapitalistycznej. To polskie środowisko lat 80., początku lat 90. było bardzo ciekawe. Jerzy Brzęczek, jako gość, mógłby tyle ciekawych historii opowiedzieć, gdyby tylko Małgorzata Domagalik była dziennikarzem sportowym z krwi i kości. Tekst Grzegorza Mielcarskiego o tym, że Jerzy Brzęczek był tak profesjonalny – że o 22 kazał wyłączać wszystkie światła w pokoju, pił soki, w ogólne nie korzystał z alkoholu, był profesjonalny do bólu. I dzisiaj, kiedy słyszymy, że Robert Lewandowski ma trenera od snu, że nie może spać przy niebieskim świetle, mówimy „Wow!”. Brzęczek robił to samo na początku lat 90., tylko, że wtedy uchodził za wariata, dziwaka, bo inni pili. Dzisiaj profesjonalizm jest w cenie. To się zmieniło i to jest fajne w polskiej mentalności. – sądzi Mateusz Święcicki.

To też się zmieniło w dziennikarstwie, że już głównym atrybutem w redakcji nie jest flaszka wódki na stole, tylko komputer. Dziennikarstwo stało się bardziej profesjonalne. Podobnie jest z piłką. Podzieliłbym tę książkę na dwa etapy. Pierwszy etap – surrealistyczny, głupi, niepotrzebny. I co jest wielkim minusem? To jest też rzecz, którą zauważam też we współczesnym dziennikarstwie sportowym w Polsce – „JA!”. Jest grupa dziennikarzy, mejwenów, jak ich nazywamy, która mówi „JA!” – ja tu jestem najważniejszy, ja jestem ważniejszy od produktu, od mojego rozmówcy. Dzisiaj dziennikarstwo służy raczej do promowania własnej osoby, do zaprezentowania siebie jako postaci najważniejszej. To mi się nie podoba. Stawiam na drugim biegunie książkę o Andre Agassim, bo tam wybitny dziennikarz, o dużym ego, dziennikarz utytułowany po prostu schował to ego do kieszeni. Niestety Pani Domagalik na 105 stronach książki robi jakiś własny popis, którego ja kompletnie nie kupuję. – kończy.

Krzysztof Baranowski: „W cytowanej rozmowie z Kubą Błaszczykowskim, gdzieś w okolicach połowy książki, autorka mówi, że niełatwo jej się ją piszę. Jeszcze gorzej się ją czyta, bo Domagalik zrobiła tą publikacją głównemu bohaterowi więcej złego, niż dobrego. Przede wszystkim dlatego, że to opowieść autoryzowana, napisana niejako wespół z Brzęczkiem. Nie możemy więc stwierdzić, że dziennikarka wyciąga błędne wnioski ze swoich obserwacji. Mamy tutaj do zdiagnozowania dwóch pacjentów, bo selekcjonerowi polskiej kadry też zdarza się odjechać z dala od zdrowego rozsądku.” (…) „Pierwsze słowo-klucz: teza. Autorka z góry założyła, że Brzęczek jest świetnym trenerem, osiągnął wcześniej wiele jako piłkarz i generalnie to idealny kandydat na stanowisko selekcjonera reprezentacji Polski. Cały medialny świat nie akceptuje jej punktu widzenia, w związku z czym ta musi go bronić. Czemu sam tego nie robi? Bo się tym nie przejmuje, więc Domagalik bierze sprawy w swoje ręce. „W grze” ma strukturę pracy dyplomowej studenta, który chce odwalić robotę i zapomnieć o trudach edukacji – jest z góry postawiona teza, do której trzeba tak dobierać dowody i badania, by te ją potwierdziły.” (fragmenty pochodzą z tekstu pt. „Czerwona kartka dla Domagalik”, który ukazał się na portalu sportowaksiazkaroku.pl)

Im ostrzej, tym lepiej, czyli jak kontrowersje pochłonęły rynek

Kontrowersje sprzedają się najlepiej – wiadomo to nie od dziś. Nikogo nie zainteresuje historia ułożonego chłopca, który podczas swojej drogi na szczyt ani razu nie upadł. Im bohater bardziej pikantny, im jego życiorys ma więcej rys, tym lepiej, ciekawiej. Autor książki ma wtedy do dyspozycji sporo smaczków, którymi uraczy czytelnika. Musi tylko skleić to w jedną całość, którą będzie dało się jakkolwiek czytać, co wbrew pozorom nie jest łatwym zadaniem, czego dowodem są słowa Krzysztofa Baranowskiego: „(…) Sama kontrowersja to nie wszystko, trzeba też odpowiednio podejść do tematu, by całą historię ciekawie sprzedać.”. Jednak ostatnio umieszczenie jakiejś kontrowersji w swoim utworze to wręcz obowiązek. Trzeba napisać coś, co podzieli opinię publiczną, a wtedy na pewno więcej osób kupi książkę, choćby by się przekonać, czy faktycznie jest tak, jak piszą inni. Być może dlatego autorka „W grze” przez ponad 100 stron nieustannie zachwalała byłego selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski. O tym, że w niego wierzy i wspiera wiemy, ale po co utwierdzać nas w tym przez prawie 1/3 lektury?

Piotr Żelazny: To chyba w ogóle jest taki trend w dziennikarstwie, nie wiem czy konkretnie w literaturze. Mam wrażenie, że taki najgorszy moment w Polsce mamy za sobą, tzn. był taki moment, że najbardziej popularne książki były o przegranych karierach, o ludziach, którzy rozmienili swój talent na drobne, zapili się. Tak samo też o trenerach, mam na myśli biografię Janusza Wójcika, która wyszła w dwóch częściach. Mam wrażenie, że ten moment rzucenia się na tanią sensację już jest za nami. – uważa Piotr Żelazny.

Teraz powstają ciekawsze rzeczy – ostatnia książka Michała Kołodziejczyka i Anity Werner („Mecz to pretekst” przyp. red.), kolejna „Kopalnia” to też jest najlepszy przykład. Książki o Bońku powstają ostatnio masowo – to też są książki o wybitnej postaci, a nie o przegranej karierze i nie bazują na taniej sensacji, tylko są lepszą lub gorszą próbą napisania biografii wybitnej postaci polskiej piłki. Oczywiście, następuje tabloidyzacja mediów, ale jeśli chodzi o rynek książek, to mam wrażenie, że najgorsze już za nami. – dodaje twórca „Kopalni”.

Mateusz Święcicki: Myślę, że rynek jest już nasycony. Pamiętam, kiedy w 2006 roku szedłem na studia, 14 lat temu. Usiadłem w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego – jednej z największych w Warszawie i w Polsce, to były dwie książki piłkarskie. Dwie. Jedna biografia Ze Roberto, nie wiem dlaczego, nie mam pojęcia dlaczego Ze Roberto (śmiech), a druga to biografia Wojciecha Kowalczyka, którą napisał Krzysztof Stanowski. Znakomita. Brawurowa. Napisana takim piórem charakterystycznym dla „Stana” i wtedy ja się zafascynowałem tą książką, tą opowieścią „Kowala”. I nie było nic na rynku. – wspomina Mateusz Święcicki.

Dopiero, kiedy powstało wydawnictwo SQN zaczęło kupować licencje na książki wydane za granicą, czyli na przykład na biografie Messiego czy Iniesty, to to się zaczęło robić coraz bardziej popularne. Wiadomo, że rynek w Polsce nie był nasycony, było duże zapotrzebowanie na książki piłkarskie, zwłaszcza biografie. Później stało się coś takiego, przy publikacji wspomnień Andrzeja Iwana, które w mojej ocenie są jedną z najlepszych książek, wspomnieć piłkarskich w Polsce, że nagle powstała moda na biografie „brudne”, czyli „Zasypany”, który w ogóle jest moim zdaniem fatalną książką, bo ociera się o jakiś absurd, że piłkarz, Igor Sypniewski, który w jednym meczu z Manchesterem United nawinął Beckhama, robi z tego jakiś order. Gość uważa, że miał większy talent od Beckhama, co jest absurdem. Jeśli ktoś wierzy, że Igor Sypniewski tylko dlatego, że w jednym meczu był lepszy od jakiegoś piłkarza, ma większy talent od Davida Beckhama, to stuknął się tępym narzędziem w głowę. Później powstały takie książki jak „Przegrany” Grzegorza Króla, kiedy ludzie, moim zdaniem może nawet nie zasługujący na biografię, którym kiedyś nie poświecilibyśmy w ogóle uwagi, zaczęli pisać swoje wspomnienia. Ja jestem wolnościowcem, jestem wielkim wolnościowcem, mam taki stosunek dosyć liberalny do życia i do wszystkiego. Uważam, że jeśli ktoś chce, to niech pisze. Później rynek to weryfikuje – ktoś chce, to kupuje, ktoś nie chce, to nie kupuje, więc nie mam nic przeciwko temu. – przyznaje dziennikarz Eleven Sports.

Uważam, że powoli wyczerpał się ten zbiór. Może biografia Tomasza Hajty jest takim zamknięciem tej historii. Dzisiaj dzwonił do mnie jeden dziennikarz i mówi, że chce mi wysłać wspomnienia Romana Koseckiego. Pomyślałem sobie: „Cholera! To już jest za dużo.” Roman Kosecki? No fajnie, ale dzisiaj każdy pisze książkę. Tomasz Frankowski pisze książkę. Zaczynamy wchodzić w taką erę, w której mniej jest tych, którzy nie napisali swoich wspomnień. O Robercie Lewandowskim powstało tych pozycji mnóstwo. Myślę, że rynek w Polsce jest już nasycony, ale też z jednego głupiego powodu – my mamy bardzo mały i kurczący się rynek wybitnych postaci i sportowców, których się maksymalnie eksploatuje. Historia z Krzysztofem Piątkiem, któremu po jednym sezonie poświęcono już jakąś książkę, jest absurdem, z takiego starego punktu widzenia, że trzeba było sobie zasłużyć na biografię. Natomiast jeśli ktoś potrzebuje tych historii, chce zarobić pieniądze, oczekuje, że taka książka powstanie, to dobrze, w porządku. Wydaje mi się, że miejsca już powoli nie ma. Ci ludzie, którzy mogli napisać interesujące książki, już to zrobili.

Krzysztof Baranowski: Generalnie kontrowersje sprzedają się najlepiej, tak jest skonstruowany świat, a może bardziej media, które taką rzeczywistość kreują. Wiadomo, że taką książkę napisać łatwiej, bo autor nie musi się gimnastykować, by opowieść była ciekawa. Ma gotowy temat na talerzu. Ale sama kontrowersja to nie wszystko, trzeba też odpowiednio podejść do tematu, by całą historię ciekawie sprzedać. O ile „Spalony”, czy „Szamo” były świetnymi książkami, bo narrację dobrze poprowadził Krzysztof Stanowski, o tyle np. Zasypany, przy którym pracował także inny świetny dziennikarz Żelisław Żyżyński, już tak nie wciągał. Przykładem tego, że nie trzeba być na siłę kontrowersyjnym jest wywiad-rzeka z Tomkiem Frankowskim. To był spokojny człowiek i taka też jest jego książka. Mimo to, czyta się ją z zaciekawieniem.

Sekcja książkowych amorów

Każdy z nas ma swoją ulubioną książkę, które zajmuje specjalne miejsce zarówno w naszym sercu, jak i na naszej biblioteczce. Jesteście ciekawi jakie pozycje skradły serca dziennikarzy, z którymi rozmawialiśmy oraz niektórych członków naszej redakcji? Każdego z nich poprosiliśmy o wybranie kilku książek*, które mają specjalne miejsce w ich domowych biblioteczkach.
*(mogą pojawić się również książki sportowe tj. nie tylko piłkarskie)

Foto: Lubimy Czytać

Piotr Żelazny: Jest kilka pozycji, że tak powiem, z kanonu – „Brilliant Orange” David’a Winnera czy „Futebol” Alexa Bellosa, może jeszcze „Futbolowa gorączka” Nicka Hornby’ego. Uważam, że najlepsza to oczywiście „Kopalnia” (śmiech).

Mateusz Święcicki: Jeśli mogę wybrać książkę sportową, to „Andre Agassi. Open”. To jest chyba jedyna książka, która przeczytałem tak szybko, w ciągu pewnie 24 godzin, a ona krótka nie jest. Ja nie jestem fanem tenisa, a pochłonęła mnie w 100%. Była to chyba najbardziej fascynująca książka sportowa, jaką w życiu przeczytałem, zwłaszcza pierwsze strony. Czułem się, jakbym oglądał mecz, który on opisuje. – wspomina komentator Eleven.

Po raz pierwszy spotkałem się z taką sytuacją, w której sportowiec nienawidzi swojej dyscypliny, swojego zawodu, a mimo to jest jednym z najlepszych na świecie. To był dla mnie taki bardzo ciekawy paradoks. Myślę, że szczerość Agassiego była też ujmująca, bo na przykład on był chyba pierwszym tenisistą, który oficjalnie powiedział, że zażywał kokainę, a później się z tego wyplątał, oczywiście za pomocą kłamstwa i pokazał jak ATP nastawione jest a’la hipokryta do tych testów, bo zdaje się, że Agasii musiał tylko zapłacić jakąś niedużą karę. Było coś takiego, że chyba całował się z dziewczyną, która zażywała kokainę. Tak to wytłumaczył i oni to przyjęli. Książka jest fantastyczna, bo pokazuje trochę inną stronę osobowości. A i jeszcze jedna rzecz – to chyba pierwsza książka, która pokazała osobę ojca tyrana, czyli w tenisie dosyć znana historia. Ojca, którego Andre też nie cierpi, bo ten ojciec go męczy. Nigdy później nie spotkałem się też z czymś tak błyskotliwie napisanym, tak doskonałym, tak ciekawym nawet na poziomie ludzkim. Twórca tej biografii, współtwórca z Andre Agassim, więc człowiek, który jako dziennikarz zgarnął nagrodę Pulitzera, był tak zafascynowany tą historią Agassiego, że nawet postanowił usunąć się z okładki. Nie chciał być takim ghostwriterem, który będzie na pierwszej stronie. Po prostu go w ogóle nie ma. On tam jest wspomniany na ostatniej stronie, jako człowiek, który spisywał tę historię. To mi zaimponowało, bo to było takie fajne dziennikarstwo, w którym on się nie stawiał na pierwszym planie, ale po prostu się schował i twierdził, że to jest historia Andre Agassiego, ona jest tak dobra, że nikt nie może do niej przykładać ręki i promować się na niej.

Z książek piłkarskich to na pewno „Andrzej Iwan. Spalony”, bo myślę, że jest to książka bardzo samokrytyczna, gdzie Andrzej nie szuka winnych dookoła, tylko najbardziej wini siebie. Dosyć traumatyczna, ale bardzo ciekawa. Jeżeli ktoś chciałby poznać historię włoskiej piłki, tak holistycznie, to „Calcio” Johna Foota, bo to jest świetna produkcja o całym tym przemyśle, który nazywany jest piłką nożną w Italii. I trzecia pozycja, która jakoś mnie szczególnie ujęła, może trochę na poprawę humoru to biografia Petera Croucha, bo ona jest w zupełnie innej konwencji, czyli powiedzmy, że z jednej strony Andrzej Iwan, a z drugiej Peter Crouch, żeby się pośmiać, spojrzeć na tę rzeczywistość piłkarską w krzywym zwierciadle. Te trzy książki bym polecił.

Krzysztof Baranowski: Ciężko jest wybrać jedną ulubioną. Na pewno biografia Roberta Enke to książka, do której wracam, bo ma mocne przesłanie i nie jest oczywistą książką sportową. Bardzo cenię również to, jak Richard Williams nakreślił obraz kariery i śmierci Ayrtona Senny w swojej książce, która co prawda pierwotnie ukazała się w roku 1997, ale na polski rynek zawitała całkiem niedawno. Z kolei bardzo dobrym, psychologicznym podejściem do tematu, wykazali się autorzy w biografii Tigera Woodsa z 2018 roku. Nie mam jednej książki, o której mogę tak powiedzieć. Ale jest szereg tematów, które zbliżają się do prywatnego topu. Bo dobra publikacja to pojęcie względne. Często jest tak, że tytuły które polecam nie podobają się szerokiemu gronu czytelników. I na odwrót. I to jest w czytaniu najfajniejsze.

Mateusz Włosek – redakcja Polska Piłka: Wybrałem książkę pt. „Terlecki” Piotra Dobrowolskiego. Polecam ją każdemu, kto myśli, że piłkarze to tylko głupi i bezmyślni „kopacze”. Stanisław Terlecki zakrzywia ten stereotyp, jako jednemu z niewielu w tamtych czasach sportowców, udaje mu się skończyć studia historyczne. Czyta wiele książek, jest elokwentny, pisze nawet felietony do „Super Expressu”. Niestety jego życiowa historia prowadzi do smutnego zakończenia. Ma problemy z alkoholem (a raczej z depresją), wszystko potęgują rodzinne konflikty, a pieniądze zarobione w USA topnieją jak lód. Człowiek, który w Nowym Jorku grał z największymi legendami piłki nożnej, umiera w wieku 62 lat jako zapomniany przez polski piłkarski świat talent, którego karierę zepsuła kontuzja i drużynowa afera na lotnisku.

Bartosz Wieczorek – redakcja Polska Piłka: Ja polecam „Football Manager to moje życie. Historia najpiękniejszej obsesji”. Książka w całości poświęcona tematyce Football Managera, która w interesujący sposób wciąga niesamowitymi historiami o ludziach, którzy przez grę zatracili się w wirtualnym futbolu. Nie brakuje podróży po alternatywnej rzeczywistości, a także ciekawych wątków o piłkarzach, którzy w wirtualnym świecie byli legendami, a w rzeczywistości nie znaczyli nic w poważnej piłce.

Foto: Tania Książka

Mateusz Grądzki – redakcja Polska Piłka: Ja polecę nie jedną pozycję, a dwie. Chodzi o obie części „Wójta”. Jasne, z realizmem mają tyle wspólnego, co Wojciech Myć ze sprawnym sędziowaniem, ale nie przypominam sobie książki piłkarskiej dającej większą rozrywkę. Historie Wójcika trzeba brać zawsze z przymrużeniem oka, ale są zwyczajnie niepowtarzalne i mają niesamowity klimat. Dużo wiedzy piłkarskiej z lektury nie wyniesiemy, ale przy rozmowach ze znajomymi kibicami będzie można sypać anegdotami z rękawa.

Kuba Kowalikowski
Kliknij w zdjęcie, by odwiedzić profil autora na Twitterze!