Michał Przybylski – polski orzeł tańczący wśród owiec (rozmowa)

Share on facebook
Share on twitter
przyb

Michał Przybylski w wieku trzech lat wraz z mamą wyjechał na Wyspy Owcze, gdzie jego ojciec grał w piłkę. Trzy dni temu awansował do trzeciej rundy kwalifikacji Ligi Europy razem z B36 Tórshavn, wicemistrzem Betri-Deildin czyli ekstraklasy Wysp Owczych. Co łączy go z selekcjonerem Jerzym Brzęczkiem? Co myśli o polskim futbolu? A co ma do powiedzenia o Franciszku Smudzie? Przed Państwem, zdecydowanie jeden z najlepszych zawodników na Wyspach Owczych – Michał Przybylski.

Muszę zacząć od gratulacji. Michał Przybylski zagra w kolejnej rundzie kwalifikacji Ligi Europy po wygranym spotkaniu typu rollercoaster. Gratulacje!

Dziękuje bardzo. Tak, na pewno rollercoaster to najlepsze określenie tego meczu. Myślę, że w tym spotkaniu było wszystko to, co każdy kibic chciałby w meczu zobaczyć. Dużo nerwów i emocji. Fajnie, że to my na koniec możemy się cieszyć. 

W tej edycji kwalifikacji do Ligi Europy pokonaliście już trzech przeciwników. St. Josephs (Gibraltar), Levadia Tallin (Estonia) i TNS (Walia) musieli uznać waszą wyższość, Ty sam w tych spotkaniach zdobyłeś już dwa gole z gry. Jakie miałeś oczekiwania, a jakie klub przed startem kwalifikacji?

Postawiliśmy sobie za cel wygranie dwóch meczów i wiedzieliśmy, że to jest do zrobienia, bo znaliśmy dwóch pierwszych przeciwników. Wiedzieliśmy, że jesteśmy lepsi niż St. Joseph’s, ale też zdawaliśmy sobie sprawę, że mecz na Gibraltarze będzie bardzo trudny ze względu na inne boisko, a szczególnie przez pogodę, czyli upał. Warunki pogodowe były naszym największym przeciwnikiem w tym meczu.

Powiem szczerze, że w drugiej połowie wyglądaliśmy tak, jak byśmy grali codziennie od tygodnia po 90 minut. Nie mieliśmy już sił biegać, a oni cisnęli do końca. Byliśmy bardzo szczęśliwi i dumni, że w tak niekomfortowych warunkach udało nam się wygrać. Mecz z Levadią też był jak rollercoaster. W dogrywce przegrywaliśmy już w 2:3 od 101. minuty ale odwróciliśmy losy spotkania i wygraliśmy 4:3 po 120 minutach gry. To też coś niesamowitego. Czuliśmy, że u siebie możemy ich pokonać. Dobrze się przygotowaliśmy do tego meczu i fajnie że się udało, 120 minut w tym meczu było zdecydowanie łatwiejsze niz 90 czy nawet 75 minut na Gibraltarze.

Jak wylosowaliśmy New Saints u siebie to pomyślałem sobie, że to też zdecydowanie jest do wygrania. Mecz u siebie z przeciwnikiem, który jest tylko trochę lepszy od nas. Taka szansa czesto się nie zdarza. Zagraliśmy bardzo dobry mecz i wygraliśmy zasłużenie zapisując się w historii Wysp Owczych. Pierwsza drużyna, która wygrała 3 mecze. Niby mała rzecz, ale dla nas to coś niesamowitego. Na pewno niejedna drużyna w Polsce o tym marzy, bo narazie niektóre drużyny zatrzymują się na drugim przeciwniku.

Postawiłem sobie cel. Chcę być ważną postacią drużyny podczas tej przygody. Wiedziałem, że możemy osiągnąć coś wielkiego i chciałem wziąć na siebie odpowiedzialność, pełnić ważną rolę. Strzeliłem dwie bramki, które pomogły nam przejść dalej, więc myślę że swoje 5 groszy włożyłem w ten sukces, z czego bardzo się cieszę. Na pewno cała drużyna zasłużyła na wielkie brawa za te trzy mecze i ciesze się bardzo, że mogę w tym brać udział. Dla nas to jest wielka przygoda. Bardzo dużo dobrych drużyn i zawodnikow nigdy nie zagra w takich eliminacjach, dlatego bardzo się cieszymy z wygranej i z bramek, których mi nikt nie zabierze.

Bramka Michała Przybylskiego w meczu z St.Joseph’s FC

W następnej rundzie czeka was podróż do Bułgarii. Zagracie z wicemistrzem kraju, CSKA Sofia. Na kogo chcieliście wcześniej trafić?

To będzie ciekawy wyjazd, ale my chcieliśmy trafić na jakąś potęgę, gramy za tydzień, pojedziemy tam pozytywnie nastawieni i chcemy się cieszyć chwilą.

Czy ktoś po wczorajszym spotkaniu poszedł sprawdzić czy poprzeczka nie pękła? Co pomyślałeś kiedy przestrzeliłeś swoją jedenastkę w serii rzutów karnych?

Nie będę ukrywał, to byl bardzo źle wykonany rzut karny. Podszedłem pewnie, może zbyt pewnie, powiedziałem sobie „mocno, w lewo, pod poprzeczkę i będzie dobrze”. Wyszło jak wyszło. Szkoda, bo po rozegraniu tak dobrego meczu, mógłbym powiedzieć, że to była wisienka na torcie. Jeśli bym strzelił, ale takie są już karne. Ktoś musi przestrzelić, padło na mnie, takie życie. Mogę tylko dziękować bramkarzowi mojej drużyny za to, że obronił dwie jedenastki przeciwników, co też po meczu zrobiłem.

Czy przed lub po spotkaniu rozmawiałeś z drugim Polakiem który wystąpił w tym meczu, Adrianem Cieślewiczem reprezentującym barwy waszego rywala TNS? 

Nie rozmawiałem z Adrianem, w sumie nie było możliwości. Przed meczem nie można się spotkać, na boisku też nie ma możliwości, wiec jedynie można po meczu, ale wiadomo jak to się skończyło. U nas euforia, a u nich smutek. Oni szybko poszli do szatni, więc nie było okazji.

W jaki sposób zespół świętował awans do następnej rundy? 

Jak zwykle u nas po meczu jest nagroda. Tym razem tej nagrody, czyli „litrów” było zdecowanie więcej. Zostaliśmy w klubie i bawiliśmy się całą noc. Niektórzy trochę dłużej, bo wzięli sobie wolne w pracy. Ja sam po trzech godzinach snu musiałem iść na 08.00 do pracy. Świetna atmosfera w klubie po meczu, w którym osiągneliśmy duży sukces. Po takim spotkaniu trzeba świętować.

Powiedziałeś, że poszedłeś do pracy. Czyli niektórzy zawodnicy nadal grają hobbystycznie?

Liga jest pół amatorska, wszyscy pracujemy po osiem godzin dziennie. Trenujemy na tyle profesjonalnie jak się da, mamy pięć treningów w tygodniu o 17.00 a w weekend mecz, do tego siłownia i spotkania z psychologiem, więc pod tym względem nie jesteśmy amatorami. Pensje mamy na niezłym poziomie, więc nie jest źle. W dniu meczu z Levadią i New Saints prawie cała drużyna była w pracy. Niektórzy mogli pracować tylko cztery godziny a inni pracowali do 15:30, o 16.00 obiad w klubie, o 19.00 mecz, a my i tak zapierdzielaliśmy te dwa mecze po 120 minut. Oba wygraliśmy i nikt nie narzekał. Na koniec to my jesteśmy w 3 rundzie. Po meczu świętowanie do rana, 3 godziny snu i znowu do pracy, a później na trening. Tak wyglada nasza liga europejska i dla nas to jest normalne. Ciekawe czy drużyny z ekstraklasy by tak dały radę? Kto wie, może by lepiej grali jakby trochę popracowali przed meczem. Śmieje się, ale taka prawda.

fot. Alvur Haraldsen

Urodziłeś się w Świnoujściu. Jak to się stało, że znalazłeś się na Wyspach Owczych?

Ojciec grał we Flocie Świnoujście. Dostał propozycję od polskiego trenera na Wyspach i przyjechał tutaj grać. Po roku z mamą przyjechaliśmy do niego. Miałem wtedy 3 lata. Rodzice pracowali, ojciec jednocześnie grał. Życie było lepsze niż w Polsce, Ja poszedłem do szkoły i wtedy już było trudno wyjechać, no i tak zostaliśmy do dziś.

W tym sezonie na Wyspach Owczych masz już dziewięć goli i dwie asysty po zaledwie siedemnastu spotkaniach twojego zespołu. To oznacza, że masz już o dwa trafienia więcej niż w zeszłorocznych rozgrywkach. Jeśli po sezonie przyjdzie oferta kupna lub wypożyczenia do lepszej ligi, pakujesz walizki? 

Tych asyst jest trochę więcej, ale niech będzie. Żartuję, nie ma sprawy. Sezon mam w tym roku dobry. Miałem jednak małe problemy zdrowotne przez co przez chwilę grałem więcej niż trenowalem, ale też jakoś to szło. Zostało nam jeszcze wiele spotkań do rozegrania. Bardzo chciałbym, żeby te statystyki były jeszcze lepsze, bo narazie nie są złe, ale wiem, że mogę jeszcze je poprawić. Myślę, że jeśli dostałbym fajną ofertę i możliwość rozwoju, to bym zaryzykował i spróbował swoich sił w mocniejszej lidze.

Masz możliwość wyboru między duńskiej Supeligaen, a polską Ekstraklasą. Którą ligę wybierasz?

Myślę, że wybrałbym ligę duńską. Po pierwsze, jest to silniejsza liga od polskiej. Po drugie, jest inna mentalność i inne, lepsze podejście do ludzi niż w Polsce. 

Wspomniałeś, że twój tata, Tomasz również był piłkarzem. Grał tak jak ty na pomocy. Sprawdziłem jednak, że twój wujek był bramkarzem. Czy to właśnie oni zarazili ciebie miłością do piłki? 

Tak, to na pewno przez ojca. Pamiętam jak jeździłem z nim na treningi i grałem sobie z boku. Powiem szczerze, że wujka mało widziałem na boisku, ale też coś po nim mam, bo zaczynałem na bramce, ale bardziej mnie ciągnęło do strzelania goli.

Jak oceniasz szkolenie młodzieży na Wyspach Owczych?

Szkolenie jest coraz lepsze. Wzorują się na Islandii, która zrobiła bardzo duży postęp. Teraz dzieci od małego mają trenerów z licencjami. Wiadomo jak to było kiedyś, jakiś rodzic się zgłosił i tak to wyglądało. Warunki też są bardzo dobre na Wyspach. Oprócz warunkow atmosferycznych (śmiech). Nie… żartuję (śmiech). Dzieci tutaj mają fajne warunki do rozwijania się. Na pewno jeszcze nam trochę zostało do takiej Islandii, ale wszystko idzie w dobrym kierunku. 

W sezonie 2017/2018 byłeś wypożyczony do Widzewa, który wygrał w wtedy trzecią ligę. Zagrałeś w czterech spotkaniach, łącznie 64 minuty. Co twoim zdaniem poszło nie tak? 

Powiem szczerze. To był kompletny niewypał. Trudno też o grę, jak trener nie zna nawet mojego imienia lub pozycji na boisku. Myślę, że trener Smuda nawet nie wiedział, że przychodzę do Widzewa. Agent i zarząd wmówili mi różne bajeczki w które uwierzyłem. Dla mnie to jest normalne, że zarząd i trener rozmawiają ze sobą i myślałem, że to trener powiedział te słowa, które usłyszałem od zarządu i agenta. Trener Smuda z dupy sobie wymyślił, że mam grać jako defensywyny pomocnik i będę odbierał piłki jak Ngolo Kante. Dla mnie to były jakieś jaja. Z resztą powiedziałem też swoje zdanie na ten temat i przez to nie było mnie w składzie przez 8 ostatnich spotkań. Najważniejsze że pieniądze się zgadzały, u niektórych osób z „góry”, a reszta to bez różnicy. Dałem się wykorzystać i tyle.

Trener Smuda mnie nigdy nie chciał. To było widać i czuć. Inne osoby naciskały na ten transfer. Dla mnie to jest nienormalne, że klub ściąga zawodnika, którego trener nie chce. Podpisałem z Widzewem kontrakt, bo myślałem, że mnie tam chcą. Trener sobie wymyślił, że mam grać na pozycji numer 6 i tyle. Nie będę ukrywał, to nie moja pozycja, więc wyglądałem słabo i nie miałem prawa grać. Taka prawda, pół roku w plecy. Dużo rzeczy poszło nie tak, ale niestety na wiele z nich nie miałem wpływu. Słyszałem dużo historii jak polska piłka wyglądała kiedyś. Myślałem że to przeszłość, ale tak nie jest. Bardzo szkoda, że nie wyszło, bo nastawiałem się inaczej, ale z drugiej strony przez te pół roku nauczyłem się bardzo dużo o sobie i o ludziach wokół mnie. Szkoda, że nauczyłem się tylko czegoś poza boiskiem, bo o treningach nie będę wspominał. Szkoda słów co tam się działo.

Czy powiesz nam zatem jakąś anegdotę o trenerze Smudzie?

Trochę tego jest. Trener Smuda zawsze przekręcał nazwy klubów z którymi graliśmy i raczej to nie było specjalnie z jego strony. Po prostu nie znał tych drużyn z trzeciej ligi. Zamiast GKS Wikielec, trener mówił Wikilius, na Huragan Morąg mówił Morągus i zawsze była z tego kupa śmiechu.

Jednak pierwsza anegdota, która przychodzi mi do głowy to odprawa przed meczem z Lechią Tomaszów Mazowiecki. Sytuacja była bardzo napięta. Powiem szczerze, że byliśmy lekko osrani i nie ma co siebie oszukiwać. To był przedostatni mecz sezonu, nie pamiętam dokładnie jak to wyglądało z punktami i bramkami, ale wiem, że gdybyśmy przegrali ten mecz to byłoby po awansie. Kibice i zarząd powiedzieli swoje, presja niesamowita, siedzimy w szatni, trener przemawia:

Teraz panowie trzeba się przygotować, bo przyjeżdża Lechia Gdańsk walczyć z nami o awans !

Wszyscy od razu czerwoni na twarzach, bo nie dało się powstrzymać śmiechu. Każdy się schylał, że niby korki trzeba zawiązać, ale to było w szatni i my wszyscy w klapkach siedziliśmy. Na szczęście każdy na swój sposób się opanował i nie wybuchł śmiechem, ale trener i tak siebie nie poprawił. Później chłopaki się śmiali, że trzeba mocno popracować w defensywie, bo Paixao był wtedy w gazie. Może nie wszyscy to zrozumieją, ale dla nas to było przekomiczne.

Wróciłeś na Wyspy Owcze i od tego momentu zdobyłeś puchar kraju. W ostatnim sezonie mistrzostwo uciekło wam w ostatniej kolejce po porażce z Klaksvik. W tym sezonie znów są mocni. Jakie miejsce twoim zdaniem zajmiecie w tym sezonie? 

Rok temu było blisko i raczej bliżej się nie da. Zadecydowała porażka w ostatniej kolejce. To był mecz typu “wygrany zdobywa mistrzostwo”. Wielkie wydarzenie na Wyspach i szkoda, że nie wyszło. W tym roku chcieliśmy zdobyć mistrzowski tytuł, ale latem odszedł od nas ważny zawodnik, który został sprzedany do Szwecji. Trochę przez to straciliśmy. Porażka tydzień temu teorytycznie rozwiała nasze szansę na mistrzostwo w tym roku, ale trzeba walczyć o 2. miejsce i o puchar ligi, tak żebyśmy zakwalifikowali się do ligi konferencyjnej w nastepnym roku. 

W 2017 roku zaprezentowałeś się w kadrze Polski u-20. Czy uważasz, że będzie tobie dane zadebiutować kiedyś  w seniorskiej kadrze z orzełkiem na piersi? 

Nie ma co siebie ani czytelników oszukiwać. W kadrze Polski nigdy nie zagram. Taka jest prawda. Byłem w kadrze U-20, ale to była tylko jednorazowa przygoda. Tyle mi pozostaje, ale jestem szczęśliwy i dumny, że dostałem taką możliwość. Trener Brzęczek bardzo nalegał na mój transfer do Wisły Płock, ale myślę, że do kadry już mnie nie powoła. Mogę się tylko uśmiechnąć i oglądać reprezentacje w telewizji.  

Czyli Jerzy Brzeczek bezpośrednio się z tobą kontaktował w sprawie przejścia do Wisły Płock? Dlaczego temat upadł?

Tak. Byłem na testach w Wiśle Płock przez dwa tygodnie u trenera Brzęczka. Szatnia bardzo pozytywnie mnie przyjęła i złapałem dobry kontakt z zawodnikami i sztabem, których wcześniej widziałem tylko w telewizji i nie pomyślałem sobie, że kiedyś będę z nimi siedział w jednej szatni.

Z każdym treningiem wyglądałem coraz lepiej. Wiadomo trochę odstawałem, intensywność była na zdecydowanie wyższym poziomie niż na Wyspach, ale czułem, że jest coraz lepiej i że z czasem mogę wejść na ich obroty. Chłopaki z drużyny pytali mnie czy zostanę, trochę mi podpowiadali jak rozmawiać z klubem i jakie powinienem mieć oczekiwania. Byłem sam, bez agenta i po dwóch tygodniach trener Brzęczek wziął mnie do gabinetu i powiedział, że podoba mu się moje zaangażowanie, gra i chce żebym podpisał kontrakt. Nie ukrywam, że po takich słowach lekko sie podjarałem. Trener powiedział, że mam iść do dyrektora sportowego Pana Łukasza Masłowskiego i tam się dogadać co do kontraktu. Byłem wolnym zawodnikiem i bez agenta, czyli zero wydatków dla klubu.

Nie będę kłamał – poszło o sprawy finansowe, i tutaj nie chodziło o jakąś wielką sumę. Po otrzymaniu pierwszej oferty, myślałem, że to jakiś żart. Kontrakt był słaby. Nie oczekiwałem bardzo dużych pieniędzy, ale chciałem, żeby mi trochę zostało na koniec miesiąca. Powiedziałem im, że chcę drugie tyle. Jestem pewien na 100%, że i tak miałbym najmniejszy kontrakt w klubie nawet po tej renegocjacji. Ostatecznie powiedzieli mi, że mogę z nimi lecieć na Cypr w lutym i zobaczymy czy będę mógł dostać te marne parę tysięcy więcej. Testy były w listopadzie, więc ja nie chciałem tak długo czekać. Na tym się to wszystko skończyło. Nie lubię mówić, że czegoś żałuję, bo i tak czasu nie cofnę. Wtedy podjąłem taką decyzję, bo na tamten moment wydawała mi się ona lepsza dla mnie. Powiem natomiast szczerze, że w tym wypadku żałuję tego, że się nie dogadałem z Wisłą Płock, bo to była świetna okazja do rozwoju moich umiejętności. W dodatku sztab i drużyna bardzo ciepło mnie przyjęli. Takie jest życie, było minęło, teraz nic z tym nie zrobię. Mam fajną pamiątkę z Płocka.

Jakie masz marzenia? Gdzie widzisz siebie za pięć lat?

To jest trudne pytanie, choć nie ukrywam, że chciałbym spróbować swoich sił w mocnej lidze, a także cały czas się rozwijać. Zobaczymy ile będę miał  szczęścia, bo w piłce tak jest, że bardzo dużo zależy od tego aspektu. Oby zdrowie dopisywało, to jest najważniejsze, zobaczymy jak to się potoczy.

Rozmawiał Cezary Bednarczyk