Miało być TOP, a wyszedł FLOP. Tak wygląda skład zrobiony z najgorszych transferów, jakie latem wykonały kluby Ekstraklasy!

mileta

Na wstępie należy wyjaśnić, jakie przybraliśmy kryteria w wyborze zawodników do tego składu. Przede wszystkim nie uwzględnialiśmy piłkarzy, którzy wracali do swoich macierzystych klubów z wypożyczeń. Drugie kryterium to medialność transferu, kolokwialnie mówiąc: „czy o transferze było głośno”. Ostatnie kryterium to spektakularnie słabi (według nas) piłkarze; tych uwzględniliśmy na ławce rezerwowych.

Maciej Kikolski – Każdą drużynę zaczyna się budować od tyłu. My w naszej postawiliśmy na nowego bramkarza Widzewa Łódź, za którego łodzianie nie zapłacili jakiejś bajońskiej sumy. Legia Warszawa za swojego wychowanka otrzymała około 300 tys. euro. Kikolski, po niezłym sezonie w Radomiaku, sprowadzony został w celu zastąpienia leciwego Rafała Gikiewicza, który w poprzednim sezonie był jednym z najgorszych bramkarzy w Ekstraklasie. Efekt? Na starcie sezonu Kikolski przegrał rywalizację z „Gikim”, a gdy zastąpił 38-latka, to po pięciu spotkaniach włodarze Widzewa postanowili w końcówce okienka pozyskać Veljko Ilicia.

Robert Gumny – Powrót syna Jacka Gumnego to poniekąd spełnienie mokrego snu Piotra Rutkowskiego, który wielokrotnie powtarzał, że po zagranicznych wojażach chciałby, żeby wychowankowie Lecha wracali do klubu na ostatnie lata kariery. Jak na razie mokry sen jest koszmarem. Dość powiedzieć, że najlepsze występy „Gumy” po przyjściu z Augsburga to przedsezonowy sparing z pierwszoligowym Chrobrym Głogów i 30 minut po wejściu z ławki przeciwko Lausanne Sport w Lidze Konferencji. Jak na piłkarza, który grał regularnie w Bundeslidze, trzeba przyznać, że to mizerny wynik.

Mateusz Skrzypczak – Kolejny z letnich nabytków Lecha Poznań do linii defensywnej i kolejny powracający wychowanek. Jednak przypadek nieco inny niż u Gumnego. Skrzypczak do „Kolejorza” trafił jako najlepszy obrońca poprzedniego sezonu, po świetnym okresie w Jagiellonii Białystok, z którą w sezonie 23/24 został mistrzem Polski. W dodatku cena za 25-latka była atrakcyjna — 900 tys. euro za piłkarza, który zna klub i ligę, to nie jest wygórowana kwota, a i wiek „Skrzypy” nie przekreślał w przyszłości zarobku na nim. Na papierze wszystko się zgadzało. Ale jak wiadomo, papier wszystko przyjmie. W rzeczywistości Skrzypczak w Lechu grał miejscami fatalnie. Wielokrotnie jego błędy bezpośrednio prowadziły do straty goli przez Lecha Poznań. Skrzypczak grał na tyle źle, że stracił miejsce w składzie Lecha na rzecz Alexa Douglasa. Jednak w tym tunelu jest światło — końcówka rundy to już była namiastka Skrzypczaka z Jagiellonii. Całościowo, jak na razie, należy ten transfer ocenić jako flop.

Yuki Kobayashi – Japończyk do Jagiellonii trafił po sezonie na zapleczu portugalskiej ekstraklasy, gdzie w Portimonense rozegrał 25 spotkań. Lewonożny stoper miał być bezpośrednim zastępcą Adriana Diegueza. Wejście do drużyny Adriana Siemieńca miał nawet obiecujące. Pomimo wysokiej porażki z Termalicą w pierwszej kolejce Kobayashi pokazał zalążki tego, że może wejść w buty Hiszpana. No właśnie — na zalążkach się tylko skończyło. Szybko okazało się, że wyprowadzenie piłki to, jak na razie, jedyny atut, jaki wychowanek Vissel Kobe zaprezentował. W efekcie zawodnik, który w wywiadzie dla Weszło mówił: „Mam też nadzieję, że dzięki dobrej grze w Jagiellonii uda mi się zadebiutować w dorosłej reprezentacji Japonii, a może nawet pojechać na mistrzostwa świata”, rozegrał niespełna 900 minut, a poczynania kolegów oglądał głównie z ławki rezerwowych.

Arkadiusz Reca – Blok obronny uzupełnia były piłkarz Atalanty czy Spezii. Latem Reca jedną nogą był w Lechu Poznań, gdzie miał już umówione testy medyczne. Jednak w ostatniej chwili poznaniacy się rozmyślili, a czas pokazał słuszność tej decyzji. Reca był Recą: kontuzje przeplatał słabymi występami w defensywie. Perłą w koronie był ostatni występ 15-krotnego reprezentanta Polski przeciwko Noah w Lidze Konferencji, gdy po jego błędzie drużyna z Armenii strzeliła jedną z bramek. Ekspert Canal+, Wojciech Jagoda, w takich słowach scharakteryzował lewego obrońcę Legii: „Arkadiusz Reca ma w genach wpisany przynajmniej jeden błąd w każdym meczu”.

Sam Greenwood – Anglik według właściciela Pogoni Szczecin, Alexa Haditaghi’ego, „udowadnia, że potrafi inspirować i wyznaczać nowe standardy”. Jeśli 2 gole i 2 asysty są nowymi standardami, to są one bardzo niskie. Pogoń, według Transfermarkt, zapłaciła za Greenwooda angielskiemu Leeds 2 miliony euro, tym samym ponad dwukrotnie bijąc swój rekord transferowy. Po 23-latku widać, że w piłkę nożną grać potrafi. Jednak jeśli piłkarz jest określany mianem „statementu” przez właściciela, a na końcu i tak wszystko opiera się na 38-letnim Grosickim, a Greenwood ma podobne statystyki jak Bryan Fiabema czy Marian Huja, który jest stoperem, to trzeba go uznać za flopa.

Lindon Selahi – Kolejny z piłkarzy Widzewa w naszym zestawieniu. Albańczyk do Łodzi trafił jako świeżo upieczony mistrz Chorwacji i zdobywca Pucharu Krajowego z tamtejszą Rijeką, będąc jej ważnym elementem. Karierę zaczynał w Anderlechcie i miał okazję występować w holenderskiej Eredivisie. W teorii bardzo mocny ruch do środka pola na pozycję numer 6 lub 8 i pokazanie reszcie ligi, że Widzew chce zrobić krok w przód w rozwoju drużyny. Sam Selahi ma inkasować około 500 tys. euro rocznie — i w sumie tym się najbardziej wyróżnił w tej rundzie Ekstraklasy: wysoką pensją i oczekiwaniami, których nie spełnił. Kreowany był na lidera pomocy Widzewa Łódź, a nie da się nie odnieść wrażenia, że wielu codziennych obserwatorów Ekstraklasy, gdyby mijało go na ulicy, nie wiedziałoby, że to on.

Kacper Urbański – Kariera wychowanka Lechii Gdańsk znalazła się na ostrym zakręcie i, co gorsza, Urbański chyba nie ma pomysłu, jak z tego zakrętu wyjść. Jego transfer do Legii wywołał duże poruszenie w całym środowisku piłkarskim w Polsce. Wszak do niedawna Urbański był etatowym reprezentantem, grał regularnie w Serie A w barwach Bolonii i zagrał w czterech meczach Ligi Mistrzów w zeszłym sezonie, w tym przeciwko Liverpoolowi czy Benfice. Ciążyła więc na nim ogromna presja w związku z powrotem do Polski, której ewidentnie nie uniósł. Mało było w tej rundzie Urbańskiego, którego znaliśmy chociażby z reprezentacji — czyli przebojowego, dryblującego. Dość powiedzieć, że w żadnym spotkaniu, jakie 21-latek rozegrał w barwach stołecznego klubu, nie zagrał pełnych 90 minut, często będąc zmienianym lub rozpoczynając mecze na ławce rezerwowych. Przełożyło się to na zaledwie 1 gola, 3 asysty i niespełna 1000 minut rozegranych na trzech frontach. To zdecydowanie za mało jak na piłkarza o takim talencie i suficie umiejętności.

Louka Prip – Linię ataku rozpoczynamy od skrzydłowego Jagiellonii Białystok. Prip trafił na Podlasie po solidnym sezonie w lidze tureckiej. W barwach Konyasporu we wszystkich rozgrywkach zanotował 2 gole i 5 asyst w poprzednim sezonie. Duńczyk może służyć za koronny przykład tego, aby nie oceniać piłkarzy po suchych statystykach i poziomie ligi, w jakiej grają. Bo na chłopski rozum takie statystyki w lepszej lidze powinny być glejtem do bycia bardzo dobrym zawodnikiem na warunki Ekstraklasy. Ale potem trzeba wyjść na boisko, które wszystko weryfikuje. Zweryfikowało też Pripa, który w końcówce rundy był już trochę piątym kołem u wozu w drużynie Adriana Siemieńca. Ciężko znaleźć choć jeden atut wyróżniający go czymkolwiek na tle innych ligowców.

Mariusz Fornalczyk – Kolejny zawodnik, którego latem sondował Lech Poznań i ostatecznie nie trafił do drużyny mistrzów Polski, co musi cieszyć poznańskich kibiców. „Agent 0–0–11” — taki przydomek można nadać wychowankowi Pogoni Szczecin, albowiem potrzebował aż jedenastu spotkań, żeby zaliczyć jakiś konkret ofensywny w barwach Widzewa. Jak się okazało — jedyny do tej pory. Łodzianie zapłacili za Fornalczyka 1,5 miliona euro Koronie Kielce, co okazało się złotym interesem dla drużyny z województwa świętokrzyskiego. Wcale nierzadko przebijały się głosy w mediach o powołaniu Fornalczyka do kadry narodowej już w poprzednim sezonie i że po przenosinach do Widzewa będzie mu o to łatwiej. Finalnie po Fornalczyku było widać ciążącą nad nim kwotę transferu, za jaką trafił do Łodzi. Często sprawiał wrażenie przemotywowanego na boisku, szukając strzałów z irracjonalnych pozycji i nie dogrywając piłki do lepiej ustawionych partnerów. Niekiedy można było odnieść wrażenie, że Fornalczyk zaraz się rozpłacze na boisku. Nijak w nowym klubie nie nawiązał jeszcze do swoich świetnych występów w Koronie czy podczas Euro U21, gdzie jako nieliczny czymś się wyróżniał w drużynie Adama Majewskiego.

Mileta Rajović – Drużyna musi mieć kapitana. My nie mogliśmy nie postawić na rekord transferowy całej Ekstraklasy. Legia za Duńczyka zapłaciła Watfordowi 3 miliony euro, co jak na polskie warunki jest ogromną kwotą, obarczoną jeszcze większym ryzykiem. Od początku ten ruch wydawał się dziwny. Wszystko działo się w atmosferze protestu na trybunach, zorganizowanego przez kibiców stołecznego klubu. Rajović tylko dwa razy w swojej karierze strzelił więcej niż 10 goli w sezonie. Miało to miejsce w trzeciej lidze duńskiej oraz w sezonie 23/24, kiedy to dla Watfordu strzelił 11 goli. Już to zdawało się świadczyć, że nie będzie to goleador niczym Mikael Ishak, Daniel Ljuboja, Nemanja Nikolić czy nawet Marc Gual. Rajović marnował sytuacje na potęgę. Zanotował serię 74 dni bez gola w barwach Legii, co, będąc napastnikiem takiego klubu, sprowadzonym za tak duże pieniądze, po prostu nie przystoi. Przełamanie przyszło niedawno w meczu z Noah, gdy obrońca sprezentował de facto gola Duńczykowi. W całej rundzie Rajović strzelił 7 goli w 28 spotkaniach, co przełożyło się na gola co 249 minut. A i gole, które strzelał, często nie wymagały wielkiego kunsztu — jak chociażby wspomniany gol z Noah czy bramka przeciwko Radomiakowi, gdzie przez błąd bramkarza Rajović wbiegł z piłką do pustej bramki. Idealnym podsumowaniem jego dotychczasowego pobytu w Legii jest obrazek, gdy zmarnował sytuację sam na sam w ostatnim meczu ligowym przeciwko Piastowi Gliwice, strzelając na bramkę, jakby ta była do rugby czy futbolu amerykańskiego.

Max Molder – Wybór szkoleniowca naszej drużyny nie mógł być inny. Szwed, wyciągnięty przez Piasta Gliwice z zaplecza szwedzkiej Allsvenskan, jedyne, czym się wyróżniał, to bujna broda. Piast pod jego wodzą grał nudno, schematycznie, klepiąc tylko piłkę między sobą i praktycznie nie oddając strzałów. Aż dziw, że wytrzymał na stanowisku zawrotne 11 spotkań, w których zanotował bilans 2–4–5.

Ławkę rezerwowych w naszym składzie uzupełniają:
Rafał Gikiewicz, João Moutinho, Lucas Masoero, Noah Weisshaupt, Roberto Massimo, Andi Zeqiri.

To zestawienie pokazuje tylko, jak trudną sztuką jest przeprowadzanie transferów — z pozoru oczywiste ruchy nierzadko okazują się spektakularnymi flopami. Tym niemniej każdemu z wymienionych powyżej zawodników życzymy wskoczenia na poziom, jaki był od nich od początku oczekiwany, i udowodnienia swojej wartości.

Wojciech Jaśkowiak