Lokomotywa wjechała na właściwe tory? Co wiemy o Lechu Poznań po pierwszych meczach sezonu

Zdjęcie własne

Największe zaszczyty na ekstraklasowym podwórku wiążą się ze szczególnymi obowiązkami, o czym ponownie przekonuje się Lech Poznań. Podopieczni Nielsa Frederiksena we wtorek rozegrali trzeci mecz w bieżących rozgrywkach, zupełnie odmienny od dwóch poprzednich, przypominając tym samym, jak zmienne potrafią być nastroje wokół danego klubu.

„Stoi na stacji lokomotywa, ciężka, ogromna i pot z niej spływa: tłusta oliwa. Stoi i sapie, dyszy i dmucha […] Najpierw – powoli – jak żółw – ociężale, ruszyła – maszyna – po szynach – ospale, szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem, i kręci się, kręci się koło za kołem” – tym fragmentem słynnego wiersza Juliana Tuwima można opisać początek kampanii 2025/2026 w wykonaniu Kolejorza. Jedną z najczęstszych fraz, powtarzanych przez ludzi z nim związanych, była ta o wyjątkowo ciężkim okresie przygotowawczym. Już pierwszego dnia po powrocie z urlopów sam Frederiksen zapowiadał, że jego drużyna będzie pracować mocniej niż dotychczas. Gdy już trwały przedsezonowe przygotowania, wiarygodność słów swojego szkoleniowca poświadczali poszczególni piłkarze. I było to widoczne szczególnie w dwóch pierwszych spotkaniach. Poznaniacy byli bardzo ociężali, poruszali się po boisku zbyt wolno, a tempo budowania ataków i płynność akcji pozostawiały wiele do życzenia. Podczas piątkowej konferencji prasowej po wysokiej przegranej 1:4 u siebie z Cracovią, duński trener sprawiał wrażenie przybitego i zaniepokojonego tym, co się wydarzyło w trakcie pierwszego tygodnia. Oblicze Frederiksena było twarzą całej niebiesko-białej społeczności.

Zmienność nastrojów

W poniedziałek, w przededniu starcia z islandzkim Breidablikiem, twarz 54-latka przybrała jednak zupełnie inny wyraz. Tym razem emanował on spokojem, a momentami wręcz optymizmem, podkreślając, że sytuacja kadrowa jest znacznie lepsza niż po środowym komunikacie sprzed tygodnia. Do kontuzjowanego Radosława Murawskiego dołączyli wówczas na długi czas Patrik Walemark i Daniel Hakans, a urazy postawiły pod znakiem zapytania dyspozycyjność w pierwszych meczach Alego Gholizadeha i Bartłomieja Barańskiego. W gabinetach przy Bułgarskiej doskonale wiedzieli, że trzeba działać natychmiast i już w piątek ogłoszono pozyskanie dwóch interesujących zawodników. W celu zapełnienia luki po Murawskim wypożyczony ze Slavii Praga został 21-letni Kenijczyk Timothy Ouma. Czteroletni kontrakt z poznaniakami podpisał natomiast 23-letni ofensywny pomocnik rodem z Hiszpanii – Pablo Rodriguez, pozyskany z Lecce. W minionym sezonie na zapleczu La Liga w 35 meczach dla Racingu Santander strzelił siedem goli i zanotował trzy asysty. W tym przypadku należy mówić o przytomnym ruchu wyprzedzającym, którego celem jest zabezpieczenie poznańskiej ofensywy w przypadku odejścia Afonso Sousy. W poniedziałek na Bułgarskiej zameldował się z kolei lewoskrzydłowy Luis Palma, 27-krotny reprezentant Hondurasu z Celticiem FC, Olimpiakosem Pireus i siedmioma występami w Lidze Mistrzów w CV.

Ponadto na spotkanie w ramach eliminacji Ligi Mistrzów do kadry meczowej wrócili Sousa i Gholizadeh, a po raz pierwszy pojawił się w niej nowy lewy obrońca – Joao Moutinho. Kolejorz rywalizację z Islandczykami rozpoczął w najlepszy możliwy sposób – strzelając gola już w 4. minucie, gdy precyzyjne dośrodkowanie Joela Pereiry z rzut rożnego świetnym strzałem głową wykorzystał Antonio Milić. Nie był to jedyny stały fragment gry (abstrahując od rzutów karnych), po którym lechici stworzyli zagrożenie. Niejednokrotnie w tym sezonie wykazali się już kreatywnością przy rozegraniu kornera lub rzutu wolnego, co dobitnie świadczy o tym, że praca Markusa Uglebjerga szybko zaczęła przynosić efekty. Podobnie jak przywrócenie Pereiry na jego ulubioną pozycję. Wystarczyły trzy mecze, by sztab szkoleniowy przekonał się, że wariant z wystawianiem Portugalczyka na prawym skrzydle jest złym rozwiązaniem, przynajmniej na razie. We wtorek ustawiony na prawej obronie Pereira spisywał się znakomicie, w swoim stylu uczestnicząc w akcjach ofensywnych swojego zespołu. W jednej z nich popisał się pięknym, technicznym strzałem z 15. metra po precyzyjnym, niskim dośrodkowaniu dobrze spisującego się tego dnia Michała Gurgula.

Wieczór godny Mistrza

Po wspomnianej wyżej akcji Lech nie prowadził 2:0, lecz 3:1. W międzyczasie nie popisał się bowiem arbiter tego spotkania, najpierw dyktując bardzo kontrowersyjny rzut karny dla przyjezdnych. W następnych akcjach musiał się natomiast posiłkować systemem VAR, by przyznać czerwoną kartkę dla obrońcy Breidabliku, a w innej akcji podyktować „jedenastkę”, pewnie wykorzystaną przez Mikaela Ishaka. Wobec tego lechici tuż przed przerwą jeszcze bardziej poczuli krew. Najpierw drugie trafienie z 11. metra zanotował Ishak. Następnie po świetnej klepce z Kozubalem dynamicznie w pole karne wbiegł Leo Bengtsson i skutecznie wykończył akcję 1 na 1. Szwed już od swojego pierwszego meczu pokazywał, że może być wartościowym zawodnikiem na lewej flance. Potwierdził to we wtorkowy wieczór, wykazując się dynamiką, sprytem w rozegraniu, rozumieniem gry, a także świetnym dryblingiem. Obiecująco spisywał się również drugi skrzydłowy – Filip Szymczak, który nie zdołał wpisać się na listę strzelców, ale co najmniej kilkukrotnie świetnie zachowywał się na połowie przeciwnika. Szymczak bardzo zyskuje na początkowych problemach kadrowych Lecha. W meczu o Superpuchar z Legią zdobył bramkę kontaktową, a swoją postawą na boisku udowadnia, że jest zdeterminowany, by dalej przywdziewać koszulkę Kolejorza.

W ostatnim kwadransie swój świetny występ mocnym uderzeniem po ziemi zza pola karnego podsumował Filip Jagiełło. Środkowy pomocnik wiele razy wcielał się w rolę kreatora gry, bardzo dobrze rozprowadzając piłki. Spotkanie domknął kapitan gospodarzy, który trzecim strzałem z rzutu karnego skompletował pierwszego hat-tricka w barwach poznańskiego klubu. Lech zagrał tak, jak powinien to robić mistrz Polski w starciu ze znacznie niżej notowanymi rywalami, jak Breidablik. Zawodnicy Nielsa Frederiksena byli bezlitośni, kreowali wiele ataków, z każdą minutą nabierając coraz więcej luzu w budowaniu akcji. Islandczycy nie mieli nic do zaoferowania, a różnica klas była dla nich nie do przeskoczenia. Kibice Mistrzów Polski tego dnia mieli jeszcze jeden powód do radości. W drugiej połowie na boisku zameldował się Ouma, pokazując, że może zastąpić Murawskiego wręcz z nawiązką. Popisał się bowiem nieprzeciętną techniką i wizją gry.

Cisza przed burzą

Ta dysproporcja między Mistrzami Polski a Mistrzami Islandii jest na tyle znacząca, że na występ KKS w tym spotkaniu trzeba brać poprawkę. Był to o wiele słabszy rywal niż Legia czy Cracovia. Dopiero kolejne mecze pokażą, na jakim etapie rzeczywiście znajduje się Kolejorz. Tak wysoka wygrana to najlepsze, co mogło się poznaniakom przydarzyć po tak słabym starcie rozgrywek. Z pewnością pozwoli im ona nabrać większej pewności siebie, ale przede wszystkim da drużynie Frederiksena duży komfort na najbliższe tygodnie. W rewanżu Duńczyk będzie mógł bowiem spokojnie wkomponować do gry zawodników, którzy dopiero co do Poznania przybyli, wracają do kadry po urazach czy też nie dostali jeszcze wielu szans, by się zaprezentować.

Sztab szkoleniowy zdecydował, by nie przekładać sobotniego meczu z Lechią Gdańsk i pozostawić sobie tę opcję na dalsze rundy eliminacji. Rywalizacja z gdańszczanami będzie dla Lecha pierwszym wyjazdowym spotkaniem. Również bardzo ważnym, bo na kolejną stratę punktów na tak wczesnym etapie sezonu nie można sobie pozwolić. Z kolei wygrana w tej konfrontacji może jeszcze bardziej podbudować lechitów. A to piekielnie ważne, bo w trzeciej rundzie eliminacji ich rywalem będzie prawdopodobnie serbska Crvena Zvezda, która w ostatnich dwóch sezonach kwalifikowała się do Ligi Mistrzów.

Największym zmartwieniem KKS zdaje się uraz Afonso Sousy, który opuścił boisko z Breidablikiem już przed przerwą. W każdym razie wydaje się, że Lech powoli budzi się po bardzo ospałej inauguracji, a słowa Nielsa Frederksena w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego z 18 lipca, który stwierdził, że jego drużyna „będzie prawdopodobnie o wiele lepsza za miesiąc” nie są pustą obietnicą. Można odnieść wrażenie, że tym razem przy Bułgarskiej zrobiono naprawdę wszystko, by ta lokomotywa, niczym u Juliana Tuwima, gnała coraz szybciej. Teraz trzeba to potwierdzić na boisku.

Igor Dziedzic