Legia mocna jak nigdy, odpada z leszczami jak zawsze

Share on facebook
Share on twitter
26.08.2020, Warszawa, pika nozna, Liga Mistrzow, kwalifikacje, 2. runda, Legia Warszawa - Omonia Nikozja,
N/z Michal Karbownik (Legia),
fot. Tomasz Jastrzebowski / Foto Olimpik / PressFocus

-----

26.08.2020, Warszawa, football, Champions League qualification 2nd round, Legia Warsaw - Omonia Nicosia,
In the picture: Michal Karbownik (Legia),
fot. Tomasz Jastrzebowski / Foto Olimpik / PressFocus

Przed startem eliminacji do Ligi Mistrzów wszyscy kibice i eksperci w Polsce głośno wierzyli, że „to jest ten sezon”. Po czterech latach w końcu polska drużyna zagra w fazie grupowej europejskich pucharów, ba, może i zagra w Champions League. W końcu Legia Warszawa nie osłabiła się przed sezonem, a wzmocniła mocnymi nazwiskami na papierze. I co wyszło z tego? Nic. Jak zwykle polski zespół dostał w trąbę. I po raz kolejny z przeciętniakiem, tym razem z Cypru.

Naprawdę to przestało być już śmieszne. Chyba już nie ma takiego przeciwnika, z którym polska drużyna nie miałaby problemów w Europie. Normą jest już nawet to, że polski klub nie potrafi przejąć inicjatywy od początku do końca w starciu ze znacznie słabszym przeciwnikiem. Ok, Legia stwarzała sytuacje w pierwszej części meczu, ale robiła to tak ślamazarnie i bez pomysłu, że szkoda gadać. Nieskuteczny był Pekhart, czarował bez konkretów Luquinhas, a Walerian Gwilia po raz trzeci z rzędu zagrał fatalny mecz, poniżej swoich umiejętności. A przecież jeszcze miesiąc temu był wyróżniającym się piłkarzem w naszej lidze.

Przez większość pierwszej połowy Omonia sprawiała wrażenie drużyny jakościowo słabszej. Zespół ulepiony z aż siedmiu zawodników powyżej 30. roku życia koncentrował się głównie na przeszkadzaniu, faulowaniu i uderzaniu łokciami w przeciwnika. Cypryjczycy grali tak ostro, że kwestią czasu wydawało się, że ktoś z piłkarzy Henninga Berga wyleci z murawy. Piłkarze Omonii pod koniec pierwszej połowy zorientowali się, że Legia wcale nie jest taka mocna jak im się wydaje. Z łatwością odbierali piłkę warszawiakom, kontrowali grę, stwarzali coraz to groźniejsze sytuacje i gdyby nie Artur Boruc to może po groźnym strzale Gomeza prowadziliby do przerwy.

Druga połowa i dogrywka to klasyczny przykład na to jak polskie kluby robią w gacie w meczu o stawkę. Legioniści spełnili wszystkie warunki z listy rzeczy, które należy zrobić, żeby nie wygrać meczu:

  • Czerwona kartka w 55. minucie dla Igora Lewczuka, która ustawia mecz ✅
  • Sprokurowany karny w drugiej minucie dogrywki przez kapitana Jędrzejczyka, grając w 10 ✅
  • Stosowanie tej samej taktyki, mimo tego, że nie działa (Gra cały czas na dośrodkowania, Boruc wykopujący piłki do Pekharta, który nie przyjął ani jednej) ✅

Legia nie pokazała nic w tym meczu, aby zasłużyć na zwycięstwo. I nie obchodzi mnie to, że jak legioniści grali w 10 to radzili sobie znacznie lepiej niż w 11. Na tym etapie rozgrywek z tak słabym przeciwnikiem serce do walki się nie liczy. Ważne są umiejętności i piłkarska jakość, a ich dziś było jak na lekarstwo. Nie obchodzą mnie też tłumaczenia, że Legia przegrała przez beznadziejnego arbitra. Owszem, Nathan Verboomen z Belgii sędziował katastrofalnie, w większości podejmując nielogiczne decyzje i co ciekawe krzywdzące obie strony. Gdy zawodnik Omonii, Thiago ostro sfaulował Luquinhasa, sędzia zamiast wręczyć mu drugą żółtą kartkę, nie zrobił nic. Gdy Luquinhas popełnił to samo wykroczenie w stosunku do piłkarza gości, sędzia Verboomen także zignorował postępowanie Brazylijczyka. Faul Igora Lewczuka nie musiał być na drugą żółtą kartkę, a jednak polski obrońca wyleciał z boiska. Najbardziej kontrowersyjna decyzja zapadła przy stanie 0:1 w dogrywce, kiedy belgijski arbiter nie podyktował jedenastki przy ewidentnym faulu w polu karnym na Jose Kante. Sędzia dał ciała, ale mimo nawet słabej postawy arbitra Legia mogła ten mecz wygrać.

Szanuję pracę Henninga Berga (który notabene odegrał się na swoim byłym klubie), ale nie powiem, że Omonia zasłużenie wygrała mecz. To raczej Legia zrobiła wszystko by odpaść. Zawodnicy z Cypru korzystali z błędów najważniejszych zawodników Legii : Jędrzejczyka, Karbownika i Mladenovicia. Przy bramce na 0:1 poślizgnął się Mladenović, a Artur Jędrzejczyk głupio sfaulował swojego rywala w polu karnym, dzięki czemu goście strzelili gola z rzutu karnego. Bramka na 0:2 równie kuriozalna – bramkarz Omonii wykopuje w hen daleko piłkę, kluczowi obrońcy Legii jak Karbownik i Jędrzejczyk zasypiają w defensywie, a goniący Thiago Mateusz Wieteska przy straconym golu łapie kontuzję. Defensywa Legii przez całe spotkanie pracowała na to, żeby rywale częściej trafiali to siatki. Jednak piłkarze z Cypru albo nieudolnie wykańczali akcje albo ich strzały bronił niezawodny Artur Boruc. Gość ma 40 lat, nie grał przez rok w piłkę, a jednak wyratował swój ukochany klub przed totalną klęską na własnym boisku.

Piłkarze Legii przegrali mecz z Omonią we własnych głowach. To jest naprawdę niewiarygodne, że Mistrz Polski czuje presję, bo jeden mecz decyduje o awansie do kolejnej rundy. Blisko wpadki było już z Linfield, teraz zawodnicy z Nikozji dopełnili czary goryczy. Wojskowi kopali się po czołach z zespołem, który nawet nie został Mistrzem Cypru, bo nie dokończono rozgrywek z powodu pandemii. Przegrali z zespołem, który pewnie za miesiąc zbierze lanie od poważniejszego przeciwnika. Ktoś powie, że przecież Cypr zajmuje 14. pozycję w rankingu UEFA, a Polska dopiero 32., więc dzieli nas przepaść, ale w tym meczu nie było widać, że Omonia gra dobrze w piłkę. I to najbardziej boli, bo awans był w zasięgu ręki. Gdyby tylko legionisów nie dotknął mentalny paraliż…

Legia w niedzielę pozna przeciwnika w III rundzie kwalifikacji do Ligi Europy, ale już w tym momencie można uznać, że ich szanse na awans do fazy grupowej tych rozgrywek są równe zeru. Wojskowi udowodnili w ostatnich latach, że z każdą europejską drużyną są w stanie odpaść. Nieważne, że w lidze wymiata Jędrzejczyk, Karbownik, Gwilia, Luquinhas, Pekhart, a klub ściąga ciekawe nazwiska jak Kapustka, skoro gdy przychodzi prawdziwy test umiejętności, czar pryska. Co z tego, że Mistrz Polski ma najmocniejszą na papierze kadrę od lat, że trafił na łatwych przeciwników w losowaniu, że gra dwa mecze u siebie i nie jedzie na ciężki wyjazd na Kaukaz. Koniec końców i tak dostajemy łomot w Europie. Myślę, że śmiało można już zmodyfikować słynny cytat Gary’ego Linekera : ”Europejskie puchary to takie rozgrywki piłkarskie, w których 130 zespołów biega za piłką, a i tak zawsze z nich odpadają polskie drużyny”.

Legia Warszawa – Omonia Nikozja 0:2 (0:0)

Bramki: Gomez 92′ k. , Thiago 107′

Żółte kartki: Lewczuk, Luquinhas, Slisz, Jędrzejczyk – Thiago, Vitor Gomes, Gomez

Czerwone kartki: Lewczuk (za drugą żółtą kartkę)

Legia Warszawa: Boruc – Karbownik, Jędrzejczyk, Lewczuk, Mladenović – Rosołek (79′ Kapustka), Slisz, Antolić, Luquinhas, Gwilia (60′ Wieteska (108’Martins)) – Pekhart (61′ Kante)

Omonia Nikozja: Fabiano – Tzionis (76′ Asante), Lueftner, Lang, Lecjaks – Vitor Gomes (103′ Mavrias), Kousoulos, Jordi Gomez – Thiago (112′ Kiko), Duris, Bautheac (91′ Loizou)

Sędzia: Nathan Verboomen (Belgia)

Stadion: Stadion Miejski Legii Warszawa im. Marszałka J. Piłsudskiego