„Klątwa drugiego sezonu” – czy naprawdę działa?

motor - gks

Większy prestiż ligi, pieniądze z Canal+, zapełnienie stadionu na hitowe spotkania – to tylko niektóre zalety awansu do PKO BP Ekstraklasy. O ile samo utrzymanie w krajowej elicie już jest wyzwaniem, o tyle w środowisku piłkarskim utarło się przeświadczenie, że najtrudniejszy dla beniaminka jest drugi sezon. Ale… czy na pewno?

Trudno tę teorię przypisać do jakiejś konkretnej osoby. Już 9 lat temu pod lupę wziął ją portal Weszło, a w 2017 trenujący wówczas Wisłę Płock Jerzy Brzęczek przestrzegał, że “drugi sezon beniaminka jest niebezpieczny”. Od tamtej wypowiedzi minęło sporo czasu, a format rozgrywek zmieniał się dwukrotnie – najpierw poprzez rezygnację z formuły ESA37, a następnie rozszerzenie ligi do 18 drużyn. Zmieniła się również ilość nowych twarzy w Ekstraklasie – co sezon spadają przecież 3 zespoły, tyle samo zresztą awansuje z Betclic 1. Ligi. To znaczy, że teoretycznie łatwiej jest beniaminkom nawet nie doczekać drugiej edycji na najwyższym poziomie – trzeba przecież wyprzedzić w tabeli jeden klub więcej. Jak więc autentyczność wspomnianej tezy prezentuje się w obecnych realiach?

Weźmy pod lupę rozgrywki od sezonu 2020/21 – to właśnie wtedy Ekstraklasa przestała dzielić tabelę na pół i zrezygnowała z rundy mistrzowskiej. Minęło od tamtego czasu 5 pełnych sezonów, w których zjawisko “drugiego sezonu beniaminka” mogło wystąpić 14 razy. Taka liczba bierze się z faktu, że to właśnie w 2020 roku po raz pierwszy przeprowadzono w I lidze play-offy o dodatkowe, trzecie miejsce w elicie. Przez to w sezonie 20/21 mogliśmy mieć tylko dwa zespoły będące w Ekstraklasie dopiero drugi sezon z rzędu… A i tak dostaliśmy jeden. W swoim premierowym sezonie po powrocie, ŁKS z hukiem spadł z ligi z porażającą średnią punktową 0,65pkt/mecz (najgorszą od czasów pierwszej przygody Zagłębia Sosnowiec w XXI wieku), a Raków przesunął się z 10. pozycji na podium, zdobywając swoje pierwsze, historyczne wicemistrzostwo Polski.

Łódzki Klub Sportowy dwukrotnie w ostatnich latach awansował do Ekstraklasy i dwukrotnie od razu spadał z powrotem do I ligi z ostatniego miejsca. (fot. Łukasz Grochala/Cyfrasport)

Kolejny sezon był pierwszym z osiemnastoma drużynami, co rzucało nowe wyzwania – drużyna musiała być gotowa na większą ilość meczów, a w “walce o spadek” przegrywały trzy drużyny. Nie było wśród nich jednak Podbeskidzia, beniaminka poprzednich rozgrywek, który jako jedyny spadł z ligi w 2021 roku. To oznacza, że wśród “drugosezonowców” na placu boju zostały Stal Mielec i Warta Poznań. Duma Podkarpacia za każdym razem była faworytem do pożegnania się z Ekstraklasą, a mimo to postanowiła utrzymać się w niej na dłużej. W debiutanckim od kilkudziesięciu lat sezonie Stal zajęła 15. miejsce z 4 punktami przewagi nad strefą spadkową, a rok później była na miejscu 14. pozycji – 5 punktów nad spadającą drużyną z Niecieczy. Co ważne – zmieniła się liczba rozegranych spotkań, dlatego najlepiej będzie porównać średnią punktową z obu sezonów. Zwycięsko z tej konfrontacji wychodzi, a jakże, drugi sezon – 0,97pkt/mecz do 1,09pkt/mecz. Tak dobrze nie było w przypadku Warty, która po sensacyjnym 5. miejscu na start pobytu w Ekstraklasie rok później była 11., obniżając swoją średnią o 0,19pkt/mecz.

W sezonie 2022/23 mieliśmy już tylko jednego beniaminka z poprzednich rozgrywek – Radomiaka. Zespół z Radomia nieznacznie obniżył loty i po dobrym siódmym miejscu w pierwszej ligowej kampanii, rok później finiszował na miejscu dziesiątym, zdobywając 4 punkty mniej (48 do 44). Co z pozostałymi dwoma klubami? Cóż, wspomniana wcześniej Termalica i Górnik Łęczna nie doczekały się drugiego sezonu z rzędu w Ekstraklasie – tak samo jak w kolejnym Miedź Legnica. Razem z nią awansowały Korona Kielce i Widzew Łódź. Scyzoryki w obu swoich pierwszych sezonach były drużyną „konsekwentną” – utrzymanie zapewniły sobie dopiero w ostatniej kolejce. Trzeba jednak przyznać, że to w sezonie, w którym byli beniaminkiem, poradzili sobie odrobinę lepiej, zdobywając 3 punkty więcej, plasując się w tabeli jedno oczko wyżej. Zupełnie odwrotnie było w Łodzi – mimo świetnej jesieni za kadencji Janusza Niedźwiedzia, zespół skończył rozgrywki Ekstraklasy w 2023 roku dopiero na 12. miejscu z dorobkiem 41 punktów, by w kolejnym sezonie być w górnej połówce stawki – na 9. miejscu, z 46 punktami na koncie.

Dość ciekawą sytuację mieliśmy w maju bieżącego roku – po spadku Puszczy w najwyższej klasie rozgrywkowej nie pozostał już żaden zespół, który dwa lata wcześniej świętował awans z I ligi. O ile Puszcza faktycznie mocno obniżyła loty w swoim drugim sezonie (spadek na ostatnią pozycję z 12. miejsca i aż 12 punktów mniej zdobytych na przestrzeni całego sezonu!), o tyle ŁKS i Ruch pożegnały się z Ekstraklasą już po pierwszym podejściu. Taki los nie grozi obecnym “beniaminkom drugiego sezonu”, choć każdy z nich póki co faktycznie gra gorzej – Motor, GKS i Lechia po 7. kolejce tego sezonu mają między 0,11 do 0,44 punktu na mecz mniej niż w całych poprzednich rozgrywkach (zaznaczmy, że Motor rozegrał tylko 6 spotkań), ale powiedzmy sobie szczerze – mamy dopiero wrzesień i naprawdę wiele może się zmienić.

Niepołomickie Żubry jako jedyne w ostatnich latach doznały goryczy spadku w drugim sezonie gry w Ekstraklasie. (fot. puszcza-niepolomice.pl)

Po przeanalizowaniu ostatnich pięciu sezonów można dojść do wniosku, że jest pewien sezon wyraźnie trudniejszy niż pozostałe dla zespołów awansujących do Ekstraklasy. Popatrzmy zresztą na liczby przypadków, w których:
beniaminek spadł po pierwszym sezonie – 7/14 (50%)
beniaminek miał lepszy drugi sezon od pierwszego – 3/14 (21,4%)
beniaminek miał lepszy pierwszy sezon od drugiego – 4/14 (28,6%)
Jeśli za to przyjrzymy się dokładniej tym czterem przypadkom okazuje się, że dwie drużyny miały później gorsze sezony (Radomiak – dwukrotnie, Warta – w sezonie spadkowym) – dla jednej jest to najgorszy wynik do tej pory od awansu do Ekstraklasy (Korona) i tylko Puszcza faktycznie może być dotknięta tytułową klątwą. Mimo wszystko, jeśli mielibyśmy w ogóle o takiej mówić, to zdecydowanie o “Klątwie Pierwszego Sezonu”.

Co jest powodem takiego stanu rzeczy? Cóż, z jednej strony na myśl nasuwa się naturalnie różnica jakości pomiędzy Ekstraklasą a I Ligą, jednak wydaje się, że to nie to – dwóch beniaminków w TOP8 zeszłego sezonu i Wisła Płock będąca aktualnie liderem to dowody na to, że przejście między poziomami może odbyć się względnie płynnie. Poza tym, robiąca furorę na starcie I Ligi Wisła Kraków sprawie wrażenie zespołu, który mógłby już teraz z powodzeniem rywalizować w elicie. To, co stanowi główny powód tak częstego odbicia się od Ekstraklasy klubów po awansie jest brak dostosowania stylu gry do nowych realiów i konsekwencji w budowaniu kadry. Przykłady? Miedź trzy i ŁKS dwa lata temu były bardzo chwalone za chęć ładnej, ofensywnej gry, często kontrolując piłkę i konstruując akcje, tak jak to robiły w I lidze. Tylko że to, co sprawdza się przeciwko słabszym przeciwnikom po prostu nie zda egzaminu na wyższym poziomie i oba zespoły bardzo brutalnie się o tym przekonały. Do tego paniczne ruchy w zimowym okienku transferowym, kontraktowanie piłkarzy, którzy kilka lat temu byli dużymi nazwiskami, a od dawna są na zakręcie (Narsingh, Durmisi) i zmiany trenera bez pomysłu na grę drużyny to murowany przepis na spadek. Można nawet dojść do wniosku, że to żadna klątwa – po prostu niektórzy sami sobie uczynili taką krzywdę…

Patryk Chyła / okładka fot. Tomasz Błaszczyk – gkskatowice.eu