„Juras” i absurd walki o narrację

juras

Każdy człowiek biznesu, jeśli tylko ktoś chce coś od niego nabyć, ustali za to odpowiadającą mu cenę. To zdanie brzmi całkiem sensownie, prawda? No, jak się okazuje, nie dla wszystkich. A przynajmniej nie dla byłego zawodnika MMA, dziennikarza i spikera Legii Łukasza Jurkowskiego.

Na początek małe ćwiczenie dla umysłu. Wyobraźcie sobie, że jesteście w sklepie spożywczym, w waszych osiedlowych Delikatesach. Czekacie w kolejce do lady z serem i wędlinami, gdy nagle słyszycie taki dialog pomiędzy klientką przed wami a sklepikarką:
— Dzień dobry, poproszę 30 deko tego Emmentalera.
— Jasne, to będzie 10 złotych — odpowiada Pani za ladą. Do tej pory nawet nie skupiacie się na tej rozmowie, wszystko brzmi normalnie.
— Wie Pani co, mam lepszą propozycję — w tym momencie już wiecie, że to nie będą zwykłe zakupy. — Odstąpi mi go Pani za darmo, a w przypadku gdy dostanę się do MasterChefa, wrócę i dam pani 2 złote napiwku.
— Nie no, kobieto, nie wracaj bez tej dychy.
Robicie swoje, wracacie z siatkami do domu, siadacie wygodnie w fotelu zastanawiając się czy sytuacja ze sklepu wam się nie przyśniła i odpalacie media społecznościowe. Tam znajdujecie komentarz do tego, czego byliście świadkiem, ze znanego konta JurasMMA: Powód problemów nie leży po stronie klientki. Zwykłe ludzkie emocje strony sklepikarskiej, co też specjalnie nie powinno dziwić. Liczę, że Emmentaler opowie o kulisach tego nikomu niepotrzebnego bałaganu.

No dobra, ostatnie zdanie mogłem sobie odpuścić, bo nawet jeśli wkręciliście się w aferę serową, wiecie już że coś tu nie gra. Ba, prawdopodobnie sam Łukasz Jurkowski pukałby się w czoło widząc absurd tej historii. Mimo tego to właśnie w ten sposób tłumaczył on zamieszanie w trójkącie Legia Warszawa-Marek Papszun-Raków Częstochowa. To właśnie emocje strony częstochowskiej, a nie warszawskie gabinety mają odpowiadać za to, co obserwujemy w mediach od kilkunastu dni. Nie Marek Papszun, który najpierw publicznie zadeklarował chęć dołączenia do Legii, by dziś mówić, że „od początku wszystko powinniśmy załatwić z klubem w swoim gronie”. Nie Dariusza Mioduskiego i spółki, którzy zwęszyli okazję, być może zostali wprowadzeni w błąd, a być może źle zinterpretowali słowa trenera o ustaleniach w sprawie odejścia, ale na pewno fatalnie zarządzili całą sprawą. To właśnie włodarze Rakowa, którzy nie chcieli tracić z dnia na dzień w środku rundy trenera chcącego odejść do ligowego rywala. I to za darmo, dodajmy. No, a nawet jeśli nie za darmo, to w pierwszej ofercie stołecznego klubu znajdował się bonus za awans do Ligi Mistrzów. Od klubu, który może zimować w strefie spadkowej PKO BP Ekstraklasy. I okej, i okej.

Mimo że rozmowy między najgorętszym tercetem polskiej piłki zdają się zbliżać ku szczęśliwemu zakończeniu, to gra o narrację stale się odbywa. Najwięcej zyskać na niej mogą ludzie zarządzający Legią – bo to właśnie ich działania najbardziej zastanawiają i podburzają kibiców, szczególnie patrząc na zdającego się nie przejmować opinią publiczną Marka Papszuna. Jest jednak jedno pytanie, które powinni sobie jednak zadać wszyscy, którzy z Legią sympatyzują, także Łukasz Jurkowski. Czy naprawdę ocieplanie wizerunku „warszawskich gabinetów” działa na korzyść klubu? Kto wie, może okaże się, że jednak zyskają tylko Ci, którzy mieli zbudować przy Łazienkowskiej drugie Porto, a w ostatnim czasie ich kreacja przypomina bardziej Boavistę…

Patryk Chyła/fot. Legia Warszawa