Jeden krok od Ligi Europy. Lech Poznań dopełnił formalności na Wyspach Owczych

lech

Po druzgocącej porażce w eliminacjach Ligi Mistrzów z Aarhus nawet starcie z KI Klaksvik jawiło się dla podopiecznych Nielsa Frederiksena jako wyzwanie. Wszak po wypuszczeniu z rąk wypracowanej na wyjeździe trójbramkowej zaliczki pewność siebie graczy mistrza Polski mogła znacząco podupaść. Było to widać chociażby w pierwszym meczu tej rywalizacji, gdy Lech miał poważne problemy ze sforsowaniem farerskiej defensywy, a sam kilkukrotnie naraził się na niebezpieczeństwo. Wobec tego rewanżowy mecz w delegacji nie jawił się jako łatwe zadanie.

Tym bardziej że problemy zaczęły się mnożyć już na długo przed meczem. Najpierw okazało się, że ze względu na problemy wizowe nie zagrają tworzący podstawowy duet stoperów Terry Yegbe oraz autor dwóch bramek w tym sezonie – Yannick Agnero. Kolejną przeszkodą okazały się problemy z wylotem, związane z niekorzystnymi warunkami pogodowymi na lotnisku w Vagar. Z tego względu zaplanowany w środę lot nie doszedł do skutku, a kolejna próba podjęta w czwartkowy poranek zakończyła się w norweskim Bergen. Wreszcie popołudniu Kolejorz doleciał do Vagar. Mimo tego przesunięty na 21:45 czasu polskiego mecz ostatecznie został przełożony na piątkowy wieczór.

Już w pierwszych minutach pod bramką Kolejorza zrobiło się gorąco, gdy po dośrodkowaniu jeden z piłkarzy gospodarzy zamykał akcję na dalszym słupku i trafił w obramowanie bramki. Po tym zdarzeniu zawodnicy Frederiksena ostudzili temperaturę meczu, przenosząc ciężar gry na połowę Klaksvik. Poznaniacy raz po raz cierpliwie konstruowali kolejne ataki i w pierwszym kwadransie mieli pięć rzutów rożnych, aż wreszcie w 20. minucie po składnej akcji i skutecznej dobitce Allahyara Sayyadmanesha przełamali defensywę rywali. Przebieg meczu do przerwy nie odznaczał się szczególną intensywnością ani emocjami. Lech poprzez posiadanie piłki na połowie Klaksvik nie dopuszczał Farerów do dogodnych sytuacji strzeleckich, ale sam nie forsował tempa gry. Jedynym momentem, w którym serca kibiców Lecha mogły zabić mocniej był uraz Mikaela Ishaka, który po opatrzeniu przez sztab medyczny wrócił na boisko, ale jeszcze przed przerwą zmienił go Daniel Hakans.

Gdy piłkarze obu drużyn wychodzili z szatni na drugą połowę, wydawało się, że pozostałe 45 minut będzie już jedynie formalnością. Lech potwierdził to już po niespełna pięciu minutach, gdy wcinką w pole karne zagrał Luis Palma, klatką piersiową zgrał Sayyadmanesh, a atak pewnym strzałem sfinalizował wchodzący w tempo w pole karne Pablo Rodriguez. Ostudzone emocje postanowił podgrzać Mateusz Lis, gdy pod naciskiem rywala stracił piłkę, ale ta po strzale rywali z bliskiej odległości przeleciała obok bramki. Frederiksena może martwić fakt, że nie była to ostatnia groźna sytuacja pod bramką jego drużyny. Kilka minut później niesygnalizowany strzał z dystansu na bliższy słupek wybronił Lis. Po kilkudziesięciu sekundach wyręczył go Antoni Kozubal, wybijając piłkę z linii bramkowej, by w innej akcji niemal wbić ją do własnej bramki w wyniku nieporozumienia z wychodzącym Lisem.

Pomimo paru groźnych momentów Poznaniacy w ostatnim kwadransie rywalizacji nie pozostawili złudzeń swoim rywalom. Stało się to głównie za sprawą przebłysku jakości Patrika Walemarka. Najpierw po jego dośrodkowaniu w zamieszaniu w polu karnym odnalazł się Kozubal. Następnie jego prostopadłe podanie z głębi pola pewnie wykorzystał Hakans, a już w doliczonym czasie gry Szwed sprawnie obrócił się z piłką i posłał płaskie mocne uderzenie zza pola karnego.

Lech na Wyspach Owczych zrobił to, czego oczekiwano po nim w pierwszym spotkaniu, rozbijając rywali 5:0, co przełożyło się na zwycięstwo w dwumeczu sześcioma bramkami. Kolejorz zrobił to, co do niego należało. Nie oczarował swoją grą, ale wykonał zadanie i przebłyskami jakości w poszczególnych akcjach nie dopuścił do zrealizowania się kolejnego czarnego scenariusza. Tak wysoka wygrana może być też niezwykle ważna w kontekście odbudowy pewności siebie. Mistrzowie Polski nie zachwycają grą, ale po duńskim koszmarze wygrali cztery kolejne mecze, kupując sobie cenny czas. Teraz całe swoje siły będą mogli rzucić na decydującą rundę eliminacji Ligi Europy. Dwa kolejne ligowe spotkania lechitów z Wisłą Płock i Jagiellonią Białystok na mocy przysługującego im prawa zostały bowiem przełożone. Najbliższe dwa mecze Lech rozegra więc z mistrzem Szwajcarii –  FC Thun, który pokonał w dwumeczu Vikingur Reykjavik, wygrywając u siebie 3:0 i przegrywając na Islandii 2:3. Pierwszy mecz odbędzie się w czwartek 20 sierpnia w Poznaniu, a rewanż zostanie rozegrany tydzień później w Szwajcarii.

Igor Dziedzic / fot. Hugo Braun