Lech Poznań na kolejkę przed końcem sezonu obronił tytuł najlepszej drużyny w kraju. Jest to dziesiąty tytuł dla „Kolejorza” w całej jego 104-letniej historii istnienia klubu. Podopieczni Nielsa Frederiksena potrzebowali do tego zaledwie 59 punktów, co w poprzednich rozgrywkach mogłoby nie wystarczyć, żeby zakończyć sezon na podium. Ale czy Lecha Poznań i wszystkich jego sympatyków to obchodzi? Absolutnie nie!
Poznaniacy popsuli nieco Radomiakowi Radom święto, jakim było zawieszenie butów na kołku przez legendę radomskiego klubu, Leandro. Pomimo szybkiej straty gola w 8. minucie, Lechici już po szesnastu minutach prowadzili za sprawą Mikaela Ishaka oraz Luisa Palmy. Kropkę nad „i” postawił w drugiej połowie Patrik Walemark i stało się jasne, że już żadna siła nie zabierze Lechowi tego trofeum. Tym samym „Kolejorz” stał się trzecim klubem w XXI wieku, który obronił mistrzostwo Polski. Wcześniej ta sztuka udała się Wiśle Kraków oraz Legii Warszawa.
Mistrzostwo wielu twarzy
Po meczu w Radomiu piłkarze Lecha często powtarzali, że to mistrzostwo jest efektem pracy drużynowej. Oczywiście, pierwszoplanowymi postaciami niezmiennie byli: Mikael Ishak, Joel Pereira, Antoni Kozubal czy Bartosz Mrozek. Ale to byłoby zbyt duże uproszczenie, sprowadzając Lecha tylko do tych zawodników. Nie należy zapominać o Alim Golizadehu, Luisie Palmie, Wojciechu Mońce, Michale Gurgulu czy Leo Bengtssonie. Były też postacie epizodyczne, jak chociażby Bryan Fiabema i jego dwa gole na wagę sześciu punktów z Widzewem i GKS-em Katowice, Plamen Andreev i jego heroiczna postawa w meczu z Pogonią Szczecin, gdy dokończył mecz z kontuzją, Yannick Agnero i gol piętą w doliczonym czasie szalonego meczu z Rakowem Częstochowa czy Filip Szymczak i gol z Lechią Gdańsk w równie szalonym meczu co ten z Rakowem.
Nie należy też zapominać o sztabie oraz władzach klubu. Niels Frederiksen, wielokrotnie kwestionowany przez kibiców, dowiózł dwa mistrzostwa z rzędu, co ostatni raz wydarzyło się na początku lat 90. poprzedniego wieku. Tomasz Rząsa, dyrektor sportowy klubu, wielokrotnie wygwizdywany przy Bułgarskiej, a nawet obrzucany transparentami, które – eufemistycznie mówiąc – nie były pochwalne, w tym sezonie obronił się swoją pracą. Świetne transfery Luisa Palmy czy Leo Bengtssona wydatnie przyczyniły się do finalnego sukcesu Lecha. Piotr Rutkowski podczas pamiętnej konferencji prasowej w 2018 roku mówił: „Ja się nie poddam, ja będę walczył dalej, będę walczył dalej…”. Od tego czasu wielokrotnie zapewne słyszał, a na pewno czytał, żeby się poddał. Dziś triumfuje i wiele głosów – chociażby na portalu X – mówi, że to dobrze, iż się nie poddał. Dzięki jego wizji i metodzie prowadzenia klubu Lech wyrasta na murowanego kandydata, by zostać hegemonem na krajowym podwórku i powtórzyć to, co zrobiła Legia Warszawa w poprzedniej dekadzie.
Wronieckie fundamenty
Śmiało można określić akademię Lecha najlepszą w Polsce. Wojciech Mońka, Bartosz Mrozek, Michał Gurgul, Antoni Kozubal – to piłkarze, bez których nikt nie wyobrażał sobie wyjściowej jedenastki poznaniaków w ostatnim czasie. Ponadto na ławce rezerwowych w odwodzie byli Robert Gumny, Mateusz Skrzypczak oraz młodzi piłkarze pukający do pierwszej drużyny, jak Sammy Dudek, Hubert Janyszka, Kornel Lisman, a z rezerw już następni – Karol Delikat, Kamil Jakóbczyk, Patryk Prajsnar czy Mateusz Pruchniewski.
Przykład Lecha pokazuje, że szkolenie młodzieży i inwestowanie w ten obszar ma sens. Jeśli jest ono dobrze prowadzone, stanowi realne wzmocnienie pierwszej drużyny oraz swego rodzaju lokatę i zabezpieczenie przyszłości klubu. W kontekście Antoniego Kozubala już mówi się o zainteresowaniu Borussii Dortmund. Tomasz Rząsa po meczu w Radomiu wspominał, że chciałby, aby Wojciech Mońka pozostał na jeszcze jeden sezon w klubie, ale jeśli pojawi się oferta z tych „nie do odrzucenia”, to w klubie się nad nią pochylą. Jaka to może być oferta? Zapewne przebijająca rekord Ekstraklasy.
Co dalej?
Lech jest na szczycie, ale nie oznacza to, że nie musi już robić nic, by się na nim utrzymać. Przed poznaniakami pracowite lato. Umowa wygasa trenerowi, Nielsowi Frederiksenowi. Duński trener mówi wprost: ,,Dostałem od klubu ofertę. Bardzo Dobrą i chciałbym ją rozważyć. Ale muszę też powiedzieć, że mam inne możliwości”. Bartosz Mrozek otwarcie mówi, że chciałby zrobić krok do przodu. Nie wiadomo, czy w klubie zostanie Plamen Andreev, co stwarza potrzebę ściągnięcia nawet dwóch nowych bramkarzy. Media od jakiegoś czasu mówią o zainteresowaniu mistrzów Polski Mateuszem Lisem.
Kolejnym piłkarzem, który może opuścić Lecha, jest Michał Gurgul. Lewi obrońcy to zawsze deficytowa pozycja, a przyznać trzeba, że 20-latek mocno rozwinął się w tym sezonie i w jego kontekście również mówi się o odejściu. Ponadto jego rywal na pozycji, Joao Moutinho, nie stanowił realnej konkurencji i nikogo nie zdziwi, jeśli jego pobyt w Poznaniu zakończy się po zaledwie roku.
Kontrakt wygasa Antonio Miliciowi i nadal nie ma informacji o nowej umowie Chorwata. Jest też kwestia Wojciecha Mońki, a Alex Douglas i Mateusz Skrzypczak nie dają spokoju o postawę drużyny w defensywie. Kolejną pozycją do wzmocnienia będzie środek pola. Timothy Ouma opuści Lecha po wypożyczeniu, Antoni Kozubal na brak ofert też narzekać nie będzie. Tym samym zostaną Radosław Murawski, który niedawno wrócił po rocznej przerwie od gry w piłkę, Filip Jagiełło, Pablo Rodriguez oraz młodzi piłkarze z akademii.
Skrzydła również będą wymagały wzmocnień. Ali Golizadeh podpisał nowy kontrakt do czerwca 2027 roku, jednak Irańczyk nie będzie dostępny przez najbliższe miesiące ze względu na zerwanie więzadeł krzyżowych w meczu z Motorem Lublin. Nie wiadomo wciąż, czy wykupieni zostaną Luis Palma oraz Taofeek Ismaheel. Patrik Walemark nadal nie odzyskał formy sprzed kontuzji, ponadto często wypada z powodu urazów. Podobna sytuacja jest z Danielem Hakansem. Jedynym pewnym piłkarzem pozostaje więc Leo Bengtsson.
Kibice Lecha coraz częściej podnoszą też kwestię nowego napastnika. Mikael Ishak coraz częściej miewa okresy gorszej formy, a Yannick Agnero jak na razie nie jest gwarantem 10 goli w sezonie. Przed Lechem eliminacje do Ligi Mistrzów są bardzo duże szanse, że jeżeli „Kolejorz” znajdzie się w czwartej rundzie eliminacji tych rozgrywek, to będzie rozstawiony w tej fazie, co może przełożyć się na potencjalnie łatwiejszego rywala w ostatniej rundzie eliminacji. Co za tym idzie – po dziesięciu latach znów możemy mieć przedstawiciela w europejskiej elicie. Czego Lechowi i sobie życzymy.
Wojciech Jaśkowiak
fot. Lech Poznań