Jakub Łabojko: Trzeba czekać na swoje szanse i je wykorzystywać

Share on facebook
Share on twitter
Główne

Przed kilkoma dniami Jakub Łabojko zamienił Polskę na Włochy. Piłkarz Brescii Calcio opowiedział nam o samorozwoju i dążeniu do doskonałości, a także o tym jak wygląda jego aklimatyzacja w słonecznej Italii. Czy Brescia była jedynym klubem z którego dostał ofertę? Co sądzi o podawaniu składów meczowych przez dziennikarzy? Czy widzi siebie w przyszłości w reprezentacji Polski? Zapraszamy!

Zacznijmy od teraźniejszości. Jak Ci się podoba Brescia? Miałeś czas rozejrzeć się po mieście czy na razie zwiedzanie ograniczasz tylko do obiektów klubowych?

Brescia to bardzo ładne miasto, ale póki co oglądałem je tylko przy pomocy google maps. Nie było czasu na zwiedzanie, bo mamy po dwa treningi dziennie. One zajmują sporo czasu, a mam tutaj jeszcze dużo spraw organizacyjnych do załatwienia. Nie ma jeszcze ze mną mojej narzeczonej. Ja na razie próbuję znaleźć dla nas mieszkanie co nie jest łatwe. Podsumowując na tę chwilę ograniczam się do ośrodka treningowego, hotelu i załatwiania spraw organizacyjnych. Te początki we Włoszech są dosyć skomplikowane.

Z tego co wiem wynika, że miałeś sporo innych ofert, dlaczego akurat Brescia?

Były zapytania, ale bez ofert. Brescia była tak naprawdę jedynym klubem, który przedstawił konkrety, więc postanowiłem odejść. Była to dobra oferta zarówno dla mnie jak i dla Śląska, więc był to dobry ruch dla obu stron.

Podobno masz być tym, który zastąpi Sandro Tonaliego, który odszedł do Milanu. Myślisz, że poradzisz sobie z tym wyzwaniem?

W klubie jest siedmiu zawodników na pozycje 6 i 8, więc ta rywalizacja jest dosyć duża. Nie do końca też jest tak, że ja mam z miejsca zastąpić Tonaliego. Przede wszystkim potrzebuję czasu, żeby się zaadaptować do warunków tutaj panujących, a także przystosować się do nowej taktyki. W związku z tym trochę czasu może minąć zanim uda mi się zadebiutować. Nie ukrywam, że zaliczyłem tu potężne zderzenie z rzeczywistością, bo nie spodziewałem się aż tak dużych obciążeń treningowych.

Twoja przeprowadzka pokrzyżowała plany Twojej narzeczonej? Rok temu w wywiadzie dla Weszło mówiłeś, że będzie składać papiery na studia we Wrocławiu.

Trochę tak, natomiast narzeczona miała ostatecznie złożyć papiery do Łodzi i tam studiować zaocznie. Musimy najpierw zadomowić się tutaj i wtedy usiądziemy na spokojnie i będziemy szukać rozwiązań, które zapewnią Paulinie możliwość dalszego rozwoju. Na tę chwilę ja jestem tutaj, ona jeszcze pracuje we Wrocławiu, więc póki co studia musi odpuścić, ale nie jest powiedziane, że do nich nie wróci.

Nie żałujesz, że odchodzisz ze Śląska akurat w momencie, kiedy w klubie w końcu wszystko zaczęło działać jak należy?

Nie żałuję. Ta oferta przyszła w idealnym momencie. Klub mógł jeszcze na mnie zarobić, a ja mogłem zrobić krok do przodu. Drużyna po trzech kolejkach jest wysoko w tabeli. W mojej karierze nastąpił po prostu taki moment, w którym trzeba było coś zmienić. To dla mnie wielka szansa, więc nie mogłem sobie pozwolić na to, żeby ją przegapić i potem pluć sobie w brodę. Wierzę, że Śląsk sobie beze mnie poradzi, bo jest to silny zespół i bardzo dobry kolektyw. Monolit, którego najlepszym zawodnikiem jest drużyna.

Fot. Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl

Kiedy przyszła oferta z Włoch ktoś ze Śląska próbował Cię namówić do pozostania we Wrocławiu?

Nie trzeba było mnie do niczego namawiać. Ja się bardzo dobrze czułem we Wrocławiu. Dyrektor Sztylka czekał na odpowiedni moment, żeby mnie sprzedać. Trzeba jednak przyznać, że trochę mu ta oferta pokrzyżowała plany, bo kadra miała być już zamknięta, ale jak to się mówi, coś kosztem czegoś. Ostatecznie jednak wszystko jest na plus dla obu stron. Śląsk zarobił, a ja zrobiłem kolejny krok w rozwoju.

Chciałbym teraz wrócić do czasu, kiedy do samego końca walczyliście o utrzymanie. Co w tamtej drużynie nie zagrało? Na papierze wydawaliście się mocni, a omal nie skończyliście w pierwszej lidze.

To jest bardzo trudne pytanie. Ja dopiero wchodziłem do Ekstraklasy, uczyłem się tej ligi. Była cała masa nowych założeń taktycznych i nowych wymagań. Na pewno coś nie zagrało i nie był to jeden czynnik, było ich wiele. Mieliśmy sporo młodzieży i wielu doświadczonych zawodników. Naprawdę ciężko powiedzieć co było główną przyczyną. Nasza postawa na boisku nie była najlepsza. Sporo tych meczów przegrywaliśmy, nie potrafiliśmy ustabilizować formy.

No i te mecze wyjazdowe…

Zgadza się, rzadko wygrywaliśmy na wyjazdach. Najważniejsze, że ten moment spoił nas jako zespół. W następnym sezonie wyglądało to zdecydowanie lepiej i ta drużyna szła za sobą w ogień. W kluczowych momentach potrafiła odwracać losy meczów.

Czym różni się trener Pawłowski od trenera Lavicki?

Zawsze ciężko mi jest porównywać trenerów. Obaj są spokojni, obaj są uśmiechnięci, obaj grali w piłkę. Widzę u nich sporo podobieństw. Są też jednak róznice. Trener Pawłowski zawsze stawiał na grę ofensywną i dowolność w ataku. Pozwalał nam korzystać z naszej kreatywności. U trenera Lavicki jest sporo schematów. Mocno skupiamy się na defensywie i ta gra w obronie była naszym kluczem. Ostatecznie od obu trenerów sporo się nauczyłem i cieszę się, że spotkałem ich na swojej drodze. Jeden dał mi szansę zadebiutować w Ekstraklasie, a dzięki drugiemu mogłem postawić kolejny krok w swojej karierze.

Był taki moment, kiedy trener Lavicka – ku zdziwieniu wszystkich – zaczął stawiać na Diego Zivulicia Twoim kosztem. Trener tłumaczył ci czym spowodowana była taka roszada?

Pamiętaj, że to trener podejmuje decyzje. On nie musi się z niczego tłumaczyć, bo to są jego decyzje. On za nie odpowiada i jest za nie rozliczany. Ja byłem wtedy trochę sfrustrowany, bo byłem w dobrej formie. Nie czułem żebym przegrywał rywalizację natomiast decyzja zawsze należy do trenera i to on o wszystkim decyduje. Ja robiłem swoje, trenowałem mocno, żeby pokazać trenerowi, że powinien na mnie postawić. To wszystko co mogłem zrobić. Czekałem cierpliwie na swoją szansę.

Fot. Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl

Skoro już mówimy o roszadach w składzie. Sporo kontrowersji na Twitterze wywołał ostatnio temat podawania składu przez dziennikarzy przed meczami. Uważasz, że to faktycznie może szkodzić drużynie?

W stu procentach się zgadzam z tym, że to szkodzi drużynie. Ciężko się przygotować na przeciwnika, z którym będziesz rywalizował na boisku, kiedy nie wiesz kto zagra. Jeśli kilka godzin przed meczem masz informację o tym jakim przeciwnik zagra składem to masz czas, żeby przygotować się indywidualnie. Masz czas, żeby podejrzeć jak dany zawodnik gra i na spokoju możesz się nastawić na to co cię czeka. Jeśli tego nie wiesz to do samego końca masz znak zapytania, bo nie wiesz przeciwko komu zagrasz.

W Śląsku często ten skład był przewidywalny.

Tak, rzadko zaskakiwaliśmy przeciwnika jakimiś roszadami czy specjalną taktyką. Chcieliśmy przede wszystkim skupiać się na sobie. Z drugiej strony jednak nasuwa się pytanie po co ułatwiać przeciwnikowi?

Wiem, że Krzysiek Mączyński jest szczególnie cięty na takie rzeczy. Rozmawiał z Wami o tym w szatni?

Oczywiście i wcale mu się nie dziwię. Zresztą większość drużyny była na to cięta, bo nie jest fajnie, kiedy jedna osoba, nie wiadomo czy z szatni, czy z klubu puszcza takie informacje do internetu. W takiej sytuacji nie wiesz czego możesz się spodziewać. Każdy był wyczulony i ostrożny, a mimo to te informacje skądś wychodziły i dalej wychodzą, bo jeden dziennikarz nadal ma te informacje. Nie jest to fajne.

Dobra, wracamy do Ciebie. Wszyscy wiedzą, że słyniesz z ciężkiej pracy nie tylko na treningach. Robisz coś ponad to co trzeba i ciągle inwestujesz w swój rozwój. Jak wygląda dzień Jakuba Łabojki?

Zawsze w siebie inwestowałem i będę inwestował. Zawdzięczam to mojemu tacie, który zawsze chciał mnie rozwijać w różnych kierunkach. Nie tylko tych piłkarskich, ale też życiowych. Dzięki niemu zawsze staram się szukać swoich błędów i je eliminować. Patrzę co mogę zrobić lepiej. Szukam innych rozwiązań, szukam tego co mogę zmieniać, żeby lepiej wyglądać na boisku. Staram się jak najmocniej pracować na swoje sukcesy i efekty jak widać przychodzą bardzo szybko. W ciągu chyba 4 lat przeszedłem drogę z polskiej czwartej ligi do włoskiej Serie B. Bardzo się cieszę, że ta ciężka praca tak szybko daje efekty.

Czy jest coś na co kładziesz szczególny nacisk, jeśli chodzi o rozwój swoich umiejętności?

Wszystko trzeba zawsze poprawiać. Nie ma takiej rzeczy, którą można sobie odpuścić kosztem czegoś innego. W każdym najmniejszym detalu zawsze trzeba szukać możliwości poprawy o pół procenta, jeden, dwa czy pięć. Każdy detal jest w stanie zmienić ogólny odbiór mojej osoby na boisku. Dołożenie kolejnego elementu do mojego wachlarza umiejętności sprawi, że będę lepszym piłkarzem. Ta świadomość, że codziennie się człowiek rozwija i poprawia swoje niedoskonałości daje dużo satysfakcji.

Wiem, że pracujesz indywidualnie z analitykiem. Podobno po każdym meczu siadacie i analizujecie każdy Twój ruch na boisku. Jak wygląda taka analiza? Na co zwracacie uwagę?

Każdego ruchu nie analizujemy, bo wtedy to by trwało grubo ponad trzy godziny jak nie więcej. Analizujemy tylko te fragmenty, które wybiera trener i staramy się poprawiać to co sobie założyliśmy wcześniej. Mamy konkretny plan na to, żeby pielęgnować i zwiększać określone umiejętności. Dzięki temu dysponuję większym wachlarzem zagrań, którymi jestem w stanie zaskoczyć przeciwnika. Ta analiza jest dosyć szeroka. Przyjęcie kierunkowe, skanowanie przestrzeni czy zwód bez piłki. Patrzenie w innym kierunku, czyli tzw. Pinokio pass to też jest duży plus. Na tym ostatnio bardzo mocno się skupiłem i dzięki temu często podawałem piłki tam, gdzie przeciwnik się tego nie spodziewał. To tworzyło sytuację dla kolegów z drużyny.

Ostatnio Bartek Wieczorek z naszej redakcji stwierdził, że z ziemi włoskiej możesz trafić do reprezentacji Polski. Nie zapytam czy o tym marzysz, bo to jest oczywiste. Zapytam, jak oceniasz swoje szanse na grę z orzełkiem na piersi?

Każdy marzy o reprezentacji. Każdy dzieciak, który zaczyna grać w piłkę marzy o tym, żeby zagrać z orzełkiem na piersi. Mnie się to udało jak na razie w młodzieżowych reprezentacjach. Jest to dla mnie ogromna duma i zaszczyt, że mogłem reprezentować swój kraj w danej kategorii wiekowej. Chciałbym kiedyś zagrać w reprezentacji, ale wszystko po kolei.

Nie można robić zbyt dużych kroków, bo można się potknąć. Na wszystko przyjdzie czas. Teraz muszę pracować jak najciężej, żeby pokazywać się z dobrej strony na treningach w Brescii. Wywalczyć sobie najpierw ławkę rezerwowych potem pierwszy skład i w końcu stać się tam czołową postacią. Wszystko jest do ugrania, wszystko jest do wypracowania. Trzeba czekać na swoje szanse i potem je wykorzystywać.

Kiedyś powiedziałeś mi, że grasz na pozycji, z której rzadko wybiera się piłkarza meczu. Dlaczego według Ciebie mało kto dostrzega zasługi „szóstki” na boisku? To jest przecież bardzo ważna pozycja. To tutaj odwala się czarną robotę.

Jest to dosyć specyficzna pozycja. Nie jest zbyt spektakularna, nie dzieje się tu nic czym można byłoby się bardzo emocjonować. Nie wybija się tam piłek z linii, nie strzela się bramek przewrotką. Przesuwasz, odbierasz, doskakujesz, podajesz. Na szczęście ta pozycja jest doceniana przez ludzi znających się na piłce. Przez trenerów, dyrektorów sportowych itd. To jest wbrew pozorom bardzo ważna rola na boisku. Tak jak powiedziałeś tutaj się robi czarną robotę, która nie jest widoczna dla wszystkich obserwatorów.

Jakie masz plany na tę najbliższą, ale też na tą dalszą przyszłość?

Plan jest taki, żeby się dzień w dzień rozwijać, spełnić się zawodowo, ale też prywatnie. Po prostu cieszyć się życiem. Nie wieszam sobie długofalowych planów na lodówce, mam je w głowie i staram się je dzień w dzień realizować. Wiem, gdzie chcę być i co chcę osiągnąć. Wiem jaką drogę pokonałem dzięki ludziom, których na tej drodze spotkałem. Bardzo chcę im się za tę pomoc odpłacić i podziękować za to, że mogę mieć fajne życie i robić to co najbardziej lubię.

Co po karierze? W wywiadzie dla Weszło wspominałeś o trenerce podtrzymujesz to zdanie? Czy może jednak praca z analitykiem sprawiła, że celujesz w analizę?

Skończyłem kurs trenerski UEFA B, więc planowałem być trenerem, ale teraz widzę, że to nie jest taki łatwy kawałek chleba jak może się wydawać. Cały czas zastanawiam się czy chciałbym być trenerem, czy widziałbym się w innej roli. Jako piłkarz myślisz tylko o sobie, jako trener musisz myśleć o całej drużynie, o całym klubie, o akademii. Wiele spraw jest do załatwienia, więc nie wydaje mi się żebym się w to wpasował. Na pewno nie jako pierwszy trener. Może bardziej jako asystent.

Czego Ci życzyć na nowej drodze życia?

Tylko zdrowia, zdrowie jest najważniejsze. Reszta przyjdzie sama. Może jeszcze jak najszybszego wywalczenia sobie pierwszego składu w Brescii. Tyle, niczego więcej nie potrzebuję.

Rozmawiał Piotr Potępa