Od dobrych paru sezonów do opisania rzeczywistości przy Bułgarskiej trudno użyć słowa „spokój”… ewentualnie w kontekście, że takowy wreszcie by się przydał. Początek bieżących rozgrywek wpisał się w ten schemat, mimo że w gabinetach zrobiono naprawdę wiele, żeby tego uniknąć. Jakie perspektywy ma przed sobą Lech Poznań przed bardzo intensywną fazą sezonu?
Całkiem sprawne przeprowadzenie transferów w początkowej fazie okienka nie uchroniło Kolejorza przed powrotem traumatycznych wspomnień z pierwszych tygodni konsumowania poprzedniego tytułu mistrzowskiego. Wówczas Lech awaryjnie musiał szukać trenera po niespodziewanym odejściu Macieja Skorży, był trapiony przez kontuzje w formacji defensywnej i pozyskał piłkarzy, którzy nie dali jakości „na już”. Ponadto nie wygrał pierwszych czterech meczów w lidze i po dotkliwej porażce z Karabachem Agdam męczył się przez całą pucharową ścieżkę. Przełom przyszedł po awansie do fazy grupowej Ligi Konferencji. Zawodnicy Johna van den Broma grali coraz lepiej, regularniej wygrywali i prezentowali się lepiej fizycznie.
Stare (nie)dobre wspomienia
Zarząd poznaniaków tego lata wyciągnął wnioski z tego, co działo się trzy lata wcześniej. Przede wszystkim przy Bułgarskiej został główny architekt sukcesu, czyli trener Niels Frederiksen, a w dodatku wzmocniony został jego sztab. Poza tym pion sportowy szybko pozyskał Mateusza Skrzypczaka, Roberta Gumnego, Joao Moutinho i Leo Bengtssona, a także zareagował na problemy kadrowe, spowodowane w głównej mierze przez kontuzje, sprowadzając Timothy’ego Oume, Pablo Rodrigueza i Luisa Palme. Wydawało się, że nic nie może się zepsuć, a przynajmniej, że władze zrobiły wszystko, żeby tak się nie stało.
Tymczasem pierwsza analogia do poprzedniego pomistrzowskiego sezonu nastąpiła już w pierwszym spotkaniu – Lech przegrał u siebie w starciu o Superpuchar Polski, prezentując się bardzo słabo. Wówczas dodatkowym ciosem dla poznaniaków była wspominana porażka 1:5 w Azerbejdżanie, po której przyszła przegrana w domu ze Stalą Mielec. Znów w bardzo słabym stylu. Tym razem KKS zmagania pucharowe rozpoczynał od drugiej rundy eliminacji, więc natężenie nie było aż tak duże. Tym bardziej że ekipa van den Broma mogła złapać oddech dopiero po 18 września. Tamte trudne momenty lechici ostatecznie przekuli w ligowe podium i wspaniałą europejską przygodę. Już ten fakt pokazuje, że w niebiesko-białej części Poznania nie ma co na razie panikować. Dla porównania: Lech w tym sezonie rozegrał 12 spotkań. Wygrał sześć, dwa zremisował, a cztery przegrał, z bilansem bramkowym 24:23. Trzy lata temu drużyna ze stolicy województwa wielkopolskiego po analogicznej dawce gier miała dorobek czterech zwycięstw, dwóch remisów, sześciu porażek, 16 zdobytych i 17 straconych bramek.
Wahania nastrojów
Pozycja startowa przed dalszą fazą sezonu jest więc dla Mistrzów Polski lepsza. Znów zakwalifikowali się oni bowiem do Ligi Konferencji i nie stracili tak wiele w lidze. Po siedmiu kolejkach zawodnicy Nielsa Frederiksena zajmują szóstą lokatę z 10 zdobytymi punktami. Przypomnijmy jednak, że osiągnęli to w pięciu meczach. Do odrobienia mają wyjazdowe starcia z Piastem Gliwice i Rakowem Częstochowa. Kolejorz do liderującej Wisły Płock traci sześć oczek, co na tak wczesnym etapie można uznać za wciąż bezpieczny dystans. Nie oznacza to jednak, że duński szkoleniowiec, jego współpracownicy i piłkarze mogą popaść w samozadowolenie, bo do poprawy jest bardzo wiele, jak i sygnałów ostrzegawczych.
W pierwszych dwóch spotkaniach KKS zaprezentował się fatalnie, grając ociężale oraz bez płynności i pomysłów na sforsowanie defensywy rywali, zaliczając przy tym wiele strat, prowadzących do niebezpiecznych kontr. Po dwóch porażkach przyszła odwilż w postaci wygranego 8:1 dwumeczu z Breidablikiem (7:1, 1:0), wyjazdowego triumfu z Lechią Gdańsk (4:3) i zwycięstwa u siebie 2:1 z Górnikiem Zabrze po wymagającej potyczce. Ta pozytywna seria potwierdziła też jednak, że Kolejorz ma ewidentne problemy ze skuteczną grą w defensywie i wystrzeganiem się strat, prowadzących do szybkich wypadów przeciwników. W takich okolicznościach poznaniacy przystąpili do pierwszej poważnej weryfikacji na europejskiej arenie – starcia z Crveną Zvezdą, przegranego 2:4 (1:3, 1:1). Kolejorz wstydu nie przyniósł, fragmentami prezentując mądrą i dojrzałą grę. Sam trener Frederiksen po pierwszej odsłonie w Poznaniu przyznał, że jego zawodnicy pokazali swoje najlepsze oblicze. A Duńczyk nie miał przecież wtedy do dyspozycji Afonso Sousy, Patrika Walemarka, Radosława Murawskiego czy też Daniela Hakansa.
Trudne przeprawy
Rywalizacja z serbską drużyną uświadomiła, że Lechowi wciąż brakuje, żeby dostać się do piłkarskiej elity. Potwierdziło to domowe starcie z KRC Genk (poprzedzone remisem z Koroną Kielce po kolejnej trudnej potyczce). Lechici chcieli pójść na wymianę ciosów z Belgami, którzy przy wyniku 1:1 jednak im odjechali i brutalnie wypunktowali braki w szeregach wielkopolskiej ekipy (1:5). Ostatnie dwa mecze przed przerwą reprezentacyjną odgoniły jednak chmury zbierające się nad Bułgarską, które w tych bardziej gorących głowach przybierały już odcień ostrej czerni. W Gandawie KKS pokazał bardziej wyrachowaną twarz, prezentując dojrzałą grę. Nie uchronił się przed kilkoma groźnymi sytuacjami, ale sam poważnie naruszał defensywne szyki Belgów. Wreszcie przyszła konfrontacja z Widzewem Łódź, kolejnym oponentem, który postawił Mistrzom Polski trudne warunki na ich terenie. Jak przyznawał podczas konferencji trener Frederiksen, spotkanie mogło pójść w każdą stronę. W słowach 54-latka łatwo dało się wyczuć ulgę, ale też poczucie satysfakcji, że jego zespół przechylił szalę na swoją korzyść.
Na każdy remis czy też zwycięstwo, może poza domowym starciem z Breidablikiem, Kolejorz musiał bardzo mocno zapracować. Wybrakowana z kilku ważnych postaci z mistrzowskiej kampanii drużyna krótszymi lub dłuższymi fragmentami poszczególnych gier wysyłała sygnał, że wciąż stać ją na grę na bardzo wysokim poziomie. Brakowało w tym jednak stabilizacji, w której złapaniu przeszkadzały nieustannie nękające zespół urazy. Po spotkaniu z Widzewem Niels Frederiksen zapowiadał, że w sztabie bacznie przeanalizują tę niepokojącą sytuację. Być może na część absencji wpłynął bardzo wymagający okres przygotowawczy. Trzy lata temu Lech na wyższe obroty zaczął wchodzić na przełomie sierpnia i września. Nie należy więc wykluczać, że najlepsza forma fizyczna przy Bułgarskiej dopiero przyjdzie.
Obrona do poprawy
Niewątpliwie wszystkich ludzi związanych z klubem martwi wspomniana już gra w obronie. Poznaniacy stracili aż 23 bramki, tylko raz zachowując czyste konto. Przyjrzyjmy się samej ligowej rywalizacji. Według statystyk portalu Sofascore, przeciwnicy Kolejorza wypracowali łącznie 6,25 goli oczekiwanych, a strzelili 10, co jest już zbyt wyraźną dysproporcją. Choć Bartosz Mrozek nie wystrzegł się błędów, wielokrotnie ratował zespół przed stratą bramki. Wydaje się, że największe problemy w tym aspekcie gry generuje sytuacja wśród stoperów. Swoich szans nie dostał Bartosz Salamon, który ostatecznie pożegnał się z klubem. Niepewny powrót do Poznania notuje Mateusz Skrzypczak, a loty obniżył Alex Douglas. Ponadto wciąż brakuje świetnie spisującego się w destrukcji defensywnego pomocnika Radosława Murawskiego.
Powroty
Pozytywnym zwiastunem jest coraz bardziej dynamiczny rozwój Wojciecha Mońki i solidna dyspozycja Antonio Milica, który tuż po przerwie reprezentacyjnej ma być z powrotem do dyspozycji przy ustalaniu składu meczowego. Podobne rokowania są w przypadku Roberta Gumnego, a treningi indywidualne rozpoczął już Murawski. Jeśli nic złego się już nie wydarzy, to niebawem trener Frederiksen uzyska spory komfort w zestawieniu tyłów. Kibice mogą też oczekiwać, że przy stabilniejszej sytuacji w obronie pewniej będzie grał Skrzypczak. Jeśli nie na mecz z Zagłębiem, to niedługo do składu ma natomiast wrócić zmagający się z pewnymi problemami tuż przed przerwą Mikael Ishak, który w 10 występach strzelił dziewięć goli i dołożył dwie asysty.
Dobrze do zespołu wprowadził się Luis Palma, konkretną jakość daje Leo Bengtsson, a w środku pola urósł Filip Jagiełlo, biorąc na siebie odpowiedzialność za kreowanie gry. Ponadto coraz pewniej prezentują się Antoni Kozubal i Timothy Ouma. Niewiadomą jest jeszcze Pablo Rodriguez, który na razie nie zdołał pokazać niczego konkretnego. Najbardziej sztab trenerski może utyskiwać na sytuację na prawym skrzydle, gdyż rokowania w przypadku Alego Gholizadeha i Walemarka są takie, że wrócą albo pod koniec roku, albo dopiero po zimowej przerwie. Dlatego w gabinetach postanowili pomóc swojemu trenerowi, sprowadzając Taofeeka Ismaheela z Górnika Zabrze, który przy odpowiednim oszlifowaniu może się okazać wartościowym graczem. Kibice wreszcie nie będą też musieli narzekać na brak jakościowego konkurenta dla Ishaka. To za sprawą pozyskania 22-letniego Yannicka Agnero rodem z Wybrzeża Kości Słoniowej, autora dziewięciu trafień i trzech ostatnich podań w szwedzkiej ekstraklasie.
Prawdziwa weryfikacja
Lech do końca roku rozegra jeszcze co najmniej 19 spotkań. Wszyscy z niebiesko-białym sercem chcieliby, żeby było ich więcej, bo oznaczałoby to awans do kolejnych rund Pucharu Polski. Podczas briefingu z dziennikarzami, poprzedzającego początek przygotowań, Frederiksen podkreślał, że jego drużyna chce zmazać kompromitację z zeszłego sezonu i wreszcie zdobyć Puchar Polski. Do tego dochodzi oczywiście zażarta rywalizacja w lidze i faza ligowa Ligi Konferencji, w której lechitów czekają domowe potyczki z: Rapidem Wiedeń, FSV Mainz i FC Lausanne-Sport, a także wyjazdowe z: Lincoln Red Imps, Rayo Vallecano oraz Sigmą Ołomuniec. Tu też nie ma absolutnie żadnej mowy o taryfie ulgowej, bo jeśli poznańska lokomotywa ma przeprowadzać dalszą ekspansję, musi udowodnić swą wartość na arenie europejskiej i co najmniej przejść przez fazę ligową.
Kolejorz ma za sobą wymagający okres, ale największe wyzwania dopiero nadejdą. Niels Frederiksen dostał do ręki porządne narzędzia i powinien otrzymać też kredyt zaufania, by za ich pomocą ponownie zbudować groźną drużynę. Wiążą się też z tym olbrzymie oczekiwania. Niezbędne ku temu jest uzyskanie awansów na obu pucharowych frontach i udanie się na przerwę zimową bez pokaźnych strat punktowych w Ekstraklasie. Najbliższe miesiące pokażą, czy Lech jest gotowy na kolejny krok i zaznanie spokoju na dłużej niż kilka tygodni.
Igor Dziedzic