W mroźne listopadowe oraz grudniowe wieczory większość piłkarskiej Polski śledziła losy polskiej reprezentacji w dyscyplinie socca, a więc futbolu sześcioosobowym. Polacy, wygrywając finał z Meksykiem, zostali najlepszą drużyną globu, zdobywając tym samym pierwsze złoto w historii.
W trakcie turnieju na pierwszym planie błyszczał oczywiście najlepszy zawodnik świata – Norbert Jaszczak, ale mało kto wie, że u jego boku również w biało-czerwonej koszulce biegał zawodnik, który w przeszłości na sąsiadujących ze sobą boiskach trenował z Philem Fodenem w akademii Manchesteru City. A jeszcze kilka miesięcy temu ocierał się o piąty poziom rozgrywkowy w Polsce.
Zapraszamy na rozmowę z Hubertem Nowackim.
***
Jeszcze kilka miesięcy temu szukałeś szczęścia na piątym poziomie rozgrywkowym w Polsce, a teraz zostałeś mistrzem świata z reprezentacją Polski w futbolu sześcioosobowym, zdobywając debiutancką bramkę w barwach drużyny narodowej. Co czuje się w takich momentach?
Trudno opisać to, co czujesz w takich chwilach. To jest coś tak niezwykłego, że chyba nie jestem w stanie znaleźć tutaj dobrze pasującego określenia, może jest to nawet niemożliwe. Przede wszystkim gra z orzełkiem na piersi, to jest spełnienie marzeń każdego chłopaka, który zaczyna grać w piłkę – ja miałem zaszczyt dostąpić tego momentu na wielkim turnieju, a w dodatku, w państwie tętniącym piłką nożną. To wielka duma i absolutnie coś nie do opisania.
Skąd wzięła się w twoim życiu socca? Jako że występowałeś w jednym z bliskich mi, lokalnych klubów, pamiętałem cię z występów w (obecnie trzecioligowym) Słowianinie Wolibórz. Pięć miesięcy po odejściu, nagle, pojawiasz się w kadrze reprezentacji Polski na Mistrzostwa Świata w futbolu sześcioosobowym. Jaka jest tego geneza?
Po rozstaniu ze Słowianinem wróciłem do Anglii, gdzie od dziecka mieszkam. Stwierdziłem, że w Polsce nie mam już czego szukać, a w okolicach Manchesteru – gdzie się wychowałem – chciałem znaleźć sobie jakąś amatorską drużynę, umożliwiającą rozwój, bo oczywiście nie miałem zamiaru kończyć z piłką.
Niedługo po powrocie dostałem jednak jeden, drugi telefon, że niedaleko w Boltonie jest drużyna futbolu sześcioosobowego i czy nie chciałbym spróbować swoich sił? Zupełnie nie zakładałem takiej ścieżki w tamtym momencie, ale nie miałem klubu, więc pomyślałem – dlaczego by nie spróbować? Zacząłem trenować, jeździć na turnieje, swobodnie przerzuciłem się na odmienną specyfikę dyscypliny. Za tym poszły pierwsze większe triumfy, asysty i bramki, co zwróciło uwagę Unionu Leicester. Od wspomnianej drużyny dostałem zaproszenie na turniej Ligi Mistrzów, oczywiście skorzystałem, zdobywając tam 7 goli i tyle samo asyst.
Przyznam, że to bardzo imponujące, w jak krótkim okresie rozwinąłeś skrzydła, stąd tym bardziej ciekawią mnie kulisy powołania na wielki turniej. Cały czas jesteś młody, „nieopierzony”, a z pewnością w grupie selekcyjnej było wielu znacznie bardziej doświadczonych zawodników, którzy do Meksyku nie polecieli. Kiedy pojawił się pierwszy kontakt ze strony selekcjonera?
Przede wszystkim zaczęło się od tego, że w Anglii została zorganizowana konsultacja szkoleniowa – coś na wzór otwartego treningu – mająca przetestować określoną grupę zawodników, było nas tam około trzydziestu. Trener, który organizował to „zgrupowanie” wspominał, że już wcześniej o mnie słyszał, ale wstępne rozmowy odbyły się po obserwacji treningów.
Usłyszałem, że mam dużą szansę na powołanie, ale w mojej optyce nie było to nic pewnego. Póki nie zadzwonił trener, nie brałem tego do siebie. Kiedy dowiedziałem się już z ust trenera Hirscha, przyjechałem na jeszcze jeden trening, po którym ogłoszono już oficjalną listę.
Jak się okazuje, mimo 22 lat, ciągnie się za tobą bardzo ciekawa piłkarska przeszłość. W internecie można znaleźć informacje o tym, że należałeś do akademii Manchesteru City.
Tak, tak. W zasadzie przez długi czas byłem testowany przez Manchester City, spędziłem tam około półtora roku.
Jak wyglądał ten okres?
Życzyłbym każdemu, by mógł przeżyć coś podobnego. Chłopcy w wieku jedenastu, dwunastu lat mają tam dosłownie wszystko, by stawać się najlepszymi. Od nowoczesnych obiektów, przez wybitnych fachowców, aż po najlepsze metody regeneracji. Co ciekawe, to właśnie na regenerację jest kładziony szczególny nacisk. Każdy zawodnik ma możliwość dowolnego korzystania chociażby z komór hiperbarycznych, których w centrum akademii jest bardzo dużo, to powszechne i bardzo skuteczne. W Polsce, te kilka lat temu, coś takiego było zupełnie nie do pomyślenia, nie wiem jak to wygląda obecnie w Legii, czy Lechu Poznań, ale nie słyszałem, by stosowano u nas takie praktyki.
Chętnie usłyszałbym też od ciebie nieco o szkoleniu młodych zawodników. W końcu wiek od 11 do 13 lat jest uważany za kluczowy w zdobywaniu umiejętności, kształtowaniu pewnych boiskowych manier.
Przede wszystkim trenerzy mają inne podejście do piłki, dają tym chłopakom swobodę. Chcą ich zarazić futbolem poprzez zabawę, uczą myślenia na boisku, samodzielnego podejmowania decyzji. Chcesz grać na jeden kontakt? Graj! Chcesz kiwać? Kiwaj! Na tym etapie to ma być „fun”, połączony z nauką kreatywnego myślenia i wybierania różnych rozwiązań – niekoniecznie tych schematycznych, poprawnych taktycznie, bo na schematy jeszcze przyjdzie czas. Pobyt tam ukształtował moje umiejętności techniczne, decyzyjność, co procentuje teraz na mniejszym boisku. W City bardzo się rozwinąłem.
Jakby na to nie patrzeć, akademia Manchesteru City jest jedną z czołowych na świecie, posiadającą wielu wychowanków, którzy teraz stanowią o sile największych europejskich marek. Udało ci się zetknąć z kimś takim?
Bardzo często w trakcie naszych treningów boisko lub dwa dalej, trenował Phil Foden (red. obecnie gwiazda Manchasteru City i reprezentacji Anglii). Mimo, że wtedy nie był jeszcze szeroko rozpoznawalny, to w szatni czy ogólnie na terenie akademii mówiło się o nim jako o wielkim talencie, pamiętam że bardzo się wyróżniał, miał zwyczajnie to „coś”.
A jeśli chodzi bardziej o mój przedział wiekowy, to pamiętam też takiego stopera – Calluma Doyle’a – on obecnie występuje w Chamiponship (red. Wrexham), wcześniej grał w Leicester. Mimo, że był w podobnym wieku, to z uwagi na warunki fizyczne trenował w starszej kategorii i zapowiadał się kapitalnie. Spora część zawodników, których pamiętam z tego okresu także się przebiła, ale bardziej do League One, czy League Two.
Biorąc pod uwagę, jak potoczyły się kariery twoich kolegów z City, można powiedzieć, że przygoda Huberta Nowackiego z futbolem jedenastoosobowym znalazła się ostatnio na ostrym zakręcie. Po awansie do III ligi ze Słowianinem zadecydowałeś o powrocie do Anglii. Bardzo szybko sukces wypracowałeś sobie jednak w socce, stąd podejrzewam, że tuż po turnieju wstąpiła w ciebie wiara, że może jeszcze nie wszystko stracone, a za marzeniami warto podążać.
Bez dwóch zdań, przede wszystkim zacznę od tego, że to nie tylko moja zasługa, ale i moich rodziców, którym nigdy nie brakowało zaangażowania, poświęcenia. Będąc dzieckiem nigdy niczego mi nie brakowało, pokonywali ze mną setki kilometrów w drodze na treningi i turnieje, więc tą dumą muszę się z nimi podzielić. To tak samo mój sukces, jak i ich.
Przechodząc do samych mistrzostw, jak duży przeskok czułeś na turnieju względem gry w Anglii?
Na pewno na mistrzostwach wszystko działo się dwa razy szybciej. Tutaj mierzysz się z najlepszymi zawodnikami na świecie, czasu na podjęcie decyzji też jest niewiele, dlatego faktycznie było kilka aspektów nad którymi musiałem popracować.
Na przykład?
Chociażby nad defensywą. W reprezentacji ściśle pracowaliśmy nad odpowiednim ustawieniem się, na co trener Hirsch zwracał zawsze szczególną uwagę. W tym aspekcie dbałość była zachowana co do każdego centymetra. Ustawiłeś się za bardzo w lewo – od razu musiałeś to poprawić, inaczej zostałbyś brutalnie ograny. W Anglii na pewno pod tym kątem jest większy „luz”, tam więcej jest zabawy, spontaniczności, a mniej taktyki. Jeżeli chodzi o sam poziom, to porównałbym go do Ligi Mistrzów.
Grasz w soccę kilka miesięcy, nagle jedziesz na wielki turniej z reprezentacją narodową. Jak wyglądało Twoje wejście do kadry?
Samo wejście było dość swobodne, ale duża w tym rola Bartka Dębickiego i Kamila Kucharskiego. Jako najbardziej doświadczeni zawodnicy w reprezentacji trochę się mną zaopiekowali, wzięli pod swoje skrzydła. Często rozmawialiśmy o tym, jaki kształt ma ta kadra, jakie cele nam przyświecają. Poza tym mogłem też liczyć na ich uwagi, rady, co zawsze dodaje pewności.
Wspomniałeś o trenerze Hirschu, więc o współpracę z nim też chciałbym zapytać. Zastanawiam się, czy miałeś kiedyś do czynienia z takim taktykiem, jak on?
Trener przede wszystkim wie jakich narzędzi używać, by nie tylko wygrać mecz, ale i zrobić to w ładnym stylu. Po każdym spotkaniu czekała nas dogłębna analiza, co poprawić, na co się przygotować w perspektywie kolejnego spotkania. Ja też nie znam się tak długo z trenerem, a mimo wszystko przed i w trakcie mistrzostw wielokrotnie rozmawialiśmy. Nie ukrywam, że spodobała mi się jego wizja na przyszłość tej kadry, a także mojego wkładu w nią. Zarówno od niego, jak i od asystenta Przemka bije wielki profesjonalizm, a zwłaszcza to, że oni po prostu żyją soccą i tą pasją się z nami dzielą.
Gdy rok temu rozmawiałem z Norbertem Jaszczakiem (red. najlepszym zawodnikiem świata w socca), opowiadał mi, że znacznie częściej kluby futbolu jedenastoosobowego pytały o niego po obejrzeniu meczów na mniejszych boiskach. Jak wiadomo, Mistrzostwa Świata w Omanie otworzyły mu wiele nowych furtek. Liczysz na to samo?
Moim celem nieustannie jest gra w piłkę jedenastoosobową, soccę traktuję przede wszystkim jako zabawę, świetną przygodę, choć muszę przyznać, że po przyjeździe z Meksyku pojawiają się różne propozycje – także finansowe. Na razie może nie będę zdradzał szczegółów, a na ten moment kontynuuję grę w Wiatrakach Bolton i Unionie Leicester.
Z przykładu Norberta jasno wynika jednak, że futbol sześcioosobowy także może stać się pracą, więc kto wie?
Oczywiście, dyscyplina rozwija się w mgnieniu oka, rośnie zainteresowanie, coraz więcej mediów sportowych chce się w to angażować, a co za tym idzie, naturalnie pojawiają się większe pieniądze. Muszę przyznać, że jadąc na turniej, nie spodziewałem się aż takiego rozgłosu naszych spotkań. Byłem wręcz zaskoczony, że tyle ludzi śledzi i emocjonuje się tym, czego dokonaliśmy w Meksyku.
Jak smakowała pierwsza bramka w narodowych barwach?
Kapitalnie, podobnie zresztą jak i debiut, później jeszcze udało się dołożyć do tego asystę. Może nie było po mnie widać, ale wewnętrznie byłem bardzo wzruszony, nie potrafię ująć tego w słowa. Poza tym, biegając po boisku w Cancún, czułem się trochę jak gwiazda. Atmosfera tego wydarzenia była kapitalna, głośny doping kibiców, kolejki przed stadionem, a sam finał z Meksykiem to już w ogóle kosmos – ponad 3 tysiące widzów, autografy, zdjęcia. Szał.
Dlaczego, twoim zdaniem, nie każdy profesjonalny zawodnik futbolu jedenastoosobowego jest stworzony do gry w socca? Wystarczy spojrzeć chociażby na bardzo kiepską postawę Ludovica Obraniaka na mundialu w Omanie przed rokiem, gdzie był jednym ze słabszych ogniw swojej reprezentacji. Ty, jako zawodnik z niższych szczebli, poradziłeś sobie znacznie lepiej.
Bardzo często poziom, jaki reprezentujesz bądź reprezentowałeś w klasycznej odmianie piłki, nie jest współmierny z umiejętnościami w socca. Nie każdy zawodnik jest stworzony do ciągłego wchodzenia w pojedynki, dryblingi, a tutaj te umiejętności liczą się najbardziej. W socce nie możesz wykonywać wślizgów, kontakt fizyczny jest znacznie bardziej ograniczony, musisz za to stawiać na technikę. Myślę, że mógłbym wskazać spokojnie kilku zawodników z IV ligi dolnośląskiej, gdzie występowałem, którzy poradziliby sobie w naszej kadrze, bo dysponują określonym profilem umiejętności, co – jak wspomniałem – wcale nie oznacza, że każdy zawodnik Ekstraklasy, czy pierwszej ligi odnalazłby się świetnie na mniejszym boisku. Tutaj nie ma reguły.
Jako że zbliża się koniec roku, zapytam Cię o zamierzenia i cele na najbliższą, ale i dalszą przyszłość.
Gdybym powiedział ci, że chciałbym jedynie utrzymać się w kadrze, skłamałbym. Ja chcę zostać jedną z kluczowych postaci tej reprezentacji, być jej ważną częścią. Może zabrzmiało to jakbym miał wygórowane ego, ale ja wiem, że przy odpowiedniej pracy, stać mnie na to, trener Hirsch też widzi we mnie potencjał, więc chciałbym tą ścieżką podążać.
Rozmawiał: Szymon Gawrycki-Tkacz
Fot. Złap chwilę – Fotografia i Film