Gorzka prawda, czyli dlaczego rozumiem Sousę

2021.03.27, Warszawa,
Konferencja prasowa i trening Reprezentacji Polski
N/z Trener Paulo Sousa
Fot Rafal Oleksiewicz / PressFocus

2021.03.27, Warsaw,
Polish national team press conference and training session
Head coach Paulo Sousa
Credit Rafal Oleksiewicz / PressFocus

“Portugalczyku jak nóż bezlitosny” – zdaje się dzisiaj mówić całe polskie środowisko piłkarskie. W Internecie aż roi się od komentarzy w stylu “siwa menda”, czy też “zdrajca”. Owszem, Sousa mógł załatwić kwestię swojego ewentualnego odejścia bardziej elegancko. Trudno jest pogodzić się z tym, jak niefortunny timing miała jego decyzja. Wydaje się przecież, że w kluczowym momencie eliminacji zostawił naszą kadrę na pastwę losu.

Ostatecznie można jednak tę decyzję zrozumieć. Ja przynajmniej się staram to zrobić, i to mimo tego, że też mam do Sousy lekki żal. Liczyłem na to, że zostanie i wreszcie odmieni styl tej reprezentacji.

To, czego nie rozumiem, to z kolei postawa wszelkiej maści ekspertów, komentatorów i “mejwenów”, którzy spędzili cały rok na czepianiu się najmniejszych możliwych pierdół, rozkręcaniu afer i kwestionowaniu każdego ruchu Portugalczyka, a teraz są oburzeni, ponieważ ten znalazł sobie inną pracę.

Cóż, jak to mówią, kto wiatr sieje, ten zbiera burzę.

Szczególnie bawią mnie opinie uderzające w tony patriotyczne. Teksty o okłamywaniu 40 milionów Polaków, o tym że trenowanie naszej kadry to zaszczyt, albo o tym do czego zobowiązuje orzełek na piersi. A już określenia pt. “zdrada” nadają się na pierwszą lepszą noc kabaretową. Brakuje tylko oskarżenia Paulo Sousy o to, że zniszczył Polakom święta.

Ja rozumiem, że reprezentacja to coś, co traktujemy jak dobro narodowe, ale musimy sobie coś wyjaśnić: większość trenerów traktuje pracę z reprezentacją jako etap tymczasowy; jako swojego rodzaju odskocznię przed codzienną pracą w klubie, w której trenerzy mogą się w pełni realizować. Trener reprezentacyjny to przeważnie taki trener, który z różnych względów wypadł z “karuzeli” i nie jest na radarze klubów.

W pracy z reprezentacją Polski nie ma nic, co przekonałoby obcokrajowca bez żadnego powiązania z naszym krajem do tego, by na długi czas zostawić pracę w piłce klubowej. Nie mamy żadnej karty przetargowej (ani orzełek na piersi, ani Robert Lewandowski tego nie zmieni). Fajnie, że jesteśmy przekonani o własnej wyjątkowości, ale na litość boską, nie jesteśmy Niemcami czy Francją, żeby zainteresować sobą trenerów ze światowego topu, którzy mogliby ewentualnie potraktować pracę selekcjonera jako wyzwanie.

Mówiąc krótko – musimy liczyć się z tym, że dla takich trenerów jak Sousa jesteśmy jedynie przystankiem, co Portugalczyk zresztą wykorzystał w sposób dość brutalny. Cóż, kolejny raz widzimy, gdzie jest nasze miejsce w szeregu.

Możemy narzekać ile nam się podoba, ale prawda jest taka, że Paulo Sousa podjął decyzję o podpisaniu kontraktu w Brazylii dla dobra swojej kariery. Z jego punktu widzenia jest to świetny krok. Dostanie większą pensję, będzie miał szansę trenować jeden z najbardziej prestiżowych klubów świata (jakby nie patrzeć istnieje świat poza Europą), wróci do piłki klubowej, a w dodatku nikt nie będzie mu mówił, że musi oglądać Ekstraklasę.

Nie łudźmy się – chyba każdy z nas by taką ofertę przyjął.

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że myśl o odejściu kiełkowała w głowie Sousy od dawna. Jakbym miał strzelać, to powiedziałbym, że gdzieś tak od sierpnia, gdy prezesem PZPN został Cezary Kulesza. Wprawdzie daleki jestem od teorii spiskowych głoszących, że Sousa licząc na zwolnienie celowo wystawił słabszy skład w tym słynnym już meczu z Węgrami (a takie opinie też się pojawiają!), ale nie wydaje mi się, żeby obaj panowie mieli chemię taką, jaką Portugalczyk miał ze Zbigniewem Bońkiem. Sousa przecież tyle razy podkreślał to, jak były prezes PZPN przekonywał go do przejęcia reprezentacji po Jerzym Brzęczku.

Możliwe więc, że gdyby nie osoba Bońka, Sousa nawet by się nie zgodził na objęcie reprezentacji. Kto wie jakby potoczyła się kadencja Portugalczyka, gdyby sierpniowe wybory wygrał Marek Koźmiński…

Na razie jednak trzeba zostawić przeszłość i skupić się na tym co jest tu i teraz. No i mam obawy. Bardzo łatwo jest mi bowiem wyobrazić sobie scenariusz, w którym Cezary Kulesza stwierdza, że po burzliwej przygodzie z Portugalczykiem czas na sprawdzoną, zaufaną opcję z polskiego podwórka. Choć dzisiaj niektórym może wydać się to niemożliwe, myślę że zatęsknilibyśmy za Paulo Sousą tak szybko, jak kiedyś zatęskniliśmy za Leo Beenhakeerem.

Jakby tak się zastanowić, Sousę i Beenhakkera łączy nie tylko to, że są jak do tej pory jedynymi obcokrajowcami, którym powierzono polską kadrę. O obu można też powiedzieć, że rozstali się z kadrą w wyjątkowo chaotycznych warunkach. Mało tego, obaj przyszli z misją odmiany sposobu gry reprezentacji, i obaj szybko przekonali się o tym, że to nie takie proste. Obaj mieli także swoje zastrzeżenia na temat szkolenia młodzieży, czy też różnych krzywdzących opinii publicznych. I najgorsze jest to, że ich kadencje dzieli 12 lat, a nic się w tym czasie nie zmieniło na lepsze.

Ktoś może powiedzieć, że to jak obszedł się z nami teraz Paulo Sousa jest karmą za to, jak kiedyś wobec Leo Beenhakkera postąpił Grzegorz Lato. Inni zaś stwierdzą, że to czysty oportunizm i wyrachowanie.

Niezależnie od tego, jak będziemy sobie to tłumaczyć, ja to mimo wszystko rozumiem. Z ciężkim sercem, ale jednak…

Stanisław Pisarzewski