W sobotę na stadionie imienia Władysława Króla w Łodzi po raz trzeci odbyło się święto kobiecego futbolu – finał Pucharu Polski. Zmierzyły się w nim drużyny podrażnione niepowodzeniem w walce o mistrzowski tytuł. Naprzeciwko siebie stanęły zawodniczki Czarnych Antrans Sosnowiec, najbardziej utytułowanego żeńskiego klubu na krajowym podwórku oraz ustępujące mistrzynie Polski – Pogoń Szczecin. Temperaturę meczu w zimne majowe popołudnie podnosił fakt, że oba zespoły niedawno rozstrzygnęły między sobą walkę o wicemistrzostwo Polski.
Zwycięsko z bezpośredniego starcia pod koniec kwietnia wyszli Czarni Antrans Sosnowiec, pokonując Pogoń na wyjeździe 2:1 po golu z rzut karnego w 87. minucie. Szczecinianki do sobotniego finału przystępowały więc dodatkowo podrażnione i zmotywowane, by odbić sobie niepowodzenie sprzed trzech tygodni. Ponadto Portowe debiutowały w finale Pucharu Polski po ich reaktywacji i połączeniu z Olimpią Szczecin w 2022 roku. Podopieczne Piotra Łęczyńskiego do ekstraligowej czołówki dołączyły w zeszłym roku, zdobywając premierowe mistrzostwo Polski. Biorąc pod uwagę samo doświadczenie, przewaga była więc po stronie sosnowiczanek, które ostatni raz w finale grały trzy lata temu i podniosły wówczas trofeum, po raz 13. w dziejach.
Starcie rozczarowanych
W dodatku w wyjściowym składzie Czarnych wyszła Natalia Chudzik, dla której był to już siódmy finał w karierze. Doświadczona obrończyni tylko raz zaznała w nich smaku porażki. W piątkowym Przeglądzie Sportowym w rozmowie z Grzegorzem Rudynkiem powiedziała: „Mamy wicemistrzostwo i niedosyt. Dlatego koniecznie chcemy zdobyć Puchar Polski”. Na łamach tego samego pisma w wywiadzie z Anetą Galek wtórowała jej bramkarka rywalek, Anna Palińska, która dwukrotnie w karierze cieszyła się z triumfu w tych rozgrywkach: „Jest w nas niedosyt, aczkolwiek szanujemy to, w jakim miejscu jesteśmy, ponieważ wiele zespołów na pewno chętnie by się z nami zamieniło”. Po takich wypowiedziach stało się jasne, że czeka nas finał, w którym absolutnie nikt nie będzie odpuszczał.
Z większym przekonaniem i pewnością w spotkanie weszły zawodniczki trenera Łęczyńskiego. Odznaczały się spokojnym panowaniem nad piłką i rzetelnym budowaniem akcji. Długo nie pozwalały też rozwinąć skrzydeł swoim rywalkom, szybko odzyskując futbolówkę po stracie. Portowe kilkukrotnie przedostawały się w pole karne rywalek czy też próbowały uderzeń z dystansu, ale za każdym razem brakowało im decydującego dotknięcia piłki lub skuteczności. Najbardziej mogły żałować tego, co wydarzyło się między 15. a 20. minutą. Najpierw po ładnie przeprowadzonym ataku środkiem pola Lena Świrska oddała płaski strzał zza pola karnego, a piłka przeleciała tuż obok bramki. Jeszcze lepsze sytuacje miała Kornelia Okoniewska. Kilka sekund po tym, gdy sprytnie obróciła się z piłką w polu karnym i oddała mocny strzał w poprzeczkę, rozległ się gwizdek i sędziująca to spotkanie Michalina Diakow wskazała na 11. metr. Tym razem strzał Okoniewskiej był dużo słabszy, a Julia Woźniak nie miała najmniejszego problemu, by złapać futbolówkę uderzoną niemal w środek bramki.
Rzuty karne były bezapelacyjnym aktorem pierwszoplanowym sobotniego widowiska. Na kilka minut przed zakończeniem pierwszej połowy podyktowana została „jedenastka” dla Czarnych Sosnowiec za zagranie ręką, ale po weryfikacji VAR Michalina Diakow anulowała swoją decyzję. Niezależnie od tego był to dobry moment w grze zespołu Sebastiana Stemplewskiego. Zainicjowała go Karlina Miksone w 29. minucie, po której odbiorze i strzale zza pola karnego swoimi umiejętnościami musiała wykazać się Palińska. Po tym sygnale sosnowiczanki zaczęły lepiej wychodzić spod dobrze zorganizowanego pressingu Pogoni i częściej przedostawały się pod jej pole karne. Pozytywną tendencję podtrzymały również po przerwie, czyniąc ten mecz pełnoprawnym finałem. Najlepsze bowiem było dopiero przed widzami tego spotkania. Chcące grać ofensywniej 13-krotne mistrzynie Polski dwa razy poważnie naraziły się na stratę bramki. W 55. minucie świetnie kontrę wyprowadził duet Natalia Oleszkiewicz – Zofia Giętkowska, ale tej pierwszej piłkę tuż przed strzałem w stuprocentowej sytuacji wygarnęła Amelia Chmura. Giętkowska mogła zanotować kapitalny występ, gdyż po niedoszłej asyście wywalczyła rzut karny. Tym razem sprawy w swoje ręce wzięła kapitanka Weronika Szymaszek, ale ona również nie uderzyła z dostateczną mocą oraz precyzją i Woźniak popisała się kolejną interwencją.
Dramaturgia godna finału
Tych dwóch elementów nie zabrakło Klaudii Małek w 78. minucie. Wówczas świetny wysoki pressing założyły zawodniczki z Sosnowca, zmuszając Pogoń do fatalnej straty przed własnym polem karnym. Tam przytomnością wykazała się Patrycja Sarapata, która natychmiastowo zagrała w „szesnastkę” do Małek, a ta bez zastanowienia posłała fantastyczny techniczny strzał na dalszy słupek. Wydawało się, że gol strzelony w takim momencie i okolicznościach może już ostatecznie przesądzić o rezultacie rywalizacji, ale w 82. minucie po drugiej żółtej kartce, otrzymanej za próbę wymuszenia rzutu karnego, boisko musiała opuścić Sarapata. Kilkadziesiąt sekund później Pogoń odzyskała nadzieję, gdy po rzucie rożnym Szymaszek w dużym zamieszaniu trafiła w słupek, ale przy dobitce była już bezbłędna. Portowe na fali euforii chciały zamknąć mecz w 90 minutach, jednak ich zryw okazał się nieskuteczny.
Pierwsza część dogrywki była odzwierciedleniem wspomnianych już przedmeczowych wypowiedzi, w których obie zawodniczki podkreślały klasę rywalek. Nikt nie chciał się zbyt mocno otworzyć, ale na wyróżnienie zasługuje postawa Czarnych, które w obliczu osłabienia nie zeszły do głębokiej defensywy i były równorzędnym rywalem. Najważniejszym wydarzeniem pierwszych 15 minut było zderzenie w polu karnym Pogoni, po którym Czarni Sosnowiec domagali się rzutu karnego, ale nie został on im przyznany. Po zmianie stron piłkarki Pogoni postanowiły nie zdawać się na loteryjność rzutów karnych i podjęły odważniejsze próby ataków. Najgroźniejszymi były strzał Agnieszki Garbowskiej w poprzeczkę oraz uderzenie Zuzanny Radochońskiej z rzutu wolnego już w doliczonym czasie, sparowane przez Woźniak. Niewykluczone, że 18-latka ma za sobą jeden z lepszych wieczorów w de facto dopiero rozpoczynającej się karierze. Nie dość, że przez cały mecz zapewniała duży spokój w bramce, to dwa obronione rzuty karne jej nie wystarczyły. W konkursie „jedenastek” przy stanie 2:3 świetnie zbiła uderzenie Oleszkiewicz, a chwilę później okazała się lepsza od Jaylen Crim. Dzieła dopełniła ta, która je zaczęła, czyli Klaudia Miłek, doprowadzając swój zespół do wybuchu radości po strzale na 4:3.
Opanować emocje
Starcie Czarnych Sosnowiec z Pogonią Szczecin było piękną wizytówką kobiecego futbolu. Obie drużyny wykazały się wysoką kulturą gry i wyszkoleniem technicznym oraz taktycznym. Pogoń może żałować swoich niewykorzystanych sytuacji, bo w trakcie meczu wykreowała ich więcej. Ponadto, nie odbierając zasług Julii Woźniak, trzeba przyznać, że wszystkie cztery zmarnowane rzuty karne Portowe mogły wykonać zdecydowanie lepiej. Ostatecznie zwyciężyło doświadczenie i doza wyrachowania ze strony Czarnych Sosnowiec, co w rozmowie z nami przyznała Klaudia Miłek: „Wydaje mi się, że w takich meczach potrzebne jest doświadczenie, ale też to, co się ma w głowie; to, jak się to poukłada. Cieszymy się, że u nas są takie zawodniczki. Jest Julka Woźniak, która jest młodą zawodniczką, a jednak pokazała klasę, że obroniła te karne w meczu, jak i później w (serii – przyp. red.) karnych. Także cieszymy się, że takie dziewczyny są akurat u nas, to duży szacunek dla klubu, że takie dziewczyny ściągają.”
Odniosła się również do początku spotkania, gdy jej drużyna nie miała inicjatywy: „Wydaje mi się, że gdzieś tam byłyśmy gotowe, że Pogoń może nas zaatakować. Też to na pewno był dla nich pierwszy mecz pucharowy (finałowy – przyp. red.), dla niektórych dziewczyn u nas tak samo. W pierwszej połowie na pewno emocje troszeczkę buzowały w każdej. Żeby się uspokoić, potrzebowałyśmy trochę minut. Pogoń lepiej weszła faktycznie, ale nawet z przewagą nie potrafiły nam strzelić dodatkowej bramki i cieszymy się, że to my jednak zdołałyśmy wygrać w karnych i wywozimy stąd puchar.”
„Cieszę się, że moje wejście dało gdzieś tam taki impuls drużynie i jeszcze się to udało udokumentować bramką. Cieszy to, ale mam nadzieję, że w przyszłości troszeczkę będziemy miały po tych strzelonych bramkach chłodniejszą głowę, żeby nie doprowadzić do strzałów przeciwniczek i żebyśmy mecz zamknęły w 90 minutach.”
Jedną z głównych bohaterek wieczoru zapytaliśmy również o jej gola: „Cieszę się, że moje wejście dało gdzieś tam taki impuls drużynie i jeszcze się to udało udokumentować bramką. Cieszy to, ale mam nadzieję, że w przyszłości troszeczkę będziemy miały po tych strzelonych bramkach chłodniejszą głowę, żeby nie doprowadzić do strzałów przeciwniczek i żebyśmy mecz zamknęły w 90 minutach”.
Zawodniczki Czarnych osłodziły sobie więc przegraną rywalizację z GKS-em Katowice o mistrzostwo Polski. Czy jednak zdobyty puchar pozwolił im o tym w pełni zapomnieć? „Faktycznie wicemistrzostwo i puchar są fajne, ale jednak mistrz i puchar by lepiej smakowały, ale trzeba doceniać to, co się ma. Także cieszymy się, że mamy puchar i wicemistrzostwo” – zakończyła Miłek.
Igor Dziedzic